Zapowiedź stycznia, czyli jak wejść w nowy rok

Opublikowane przez , 2 stycznia 2015 w Artykuły, Zapowiedzi, 1 komentarz

Po średnio udanym grudniu, w którym Lakers zwycięstwa przeplatali seriami porażek, szanse Jeziorowców na przyzwoity bilans i walkę o ósme miejsce na Zachodzie trzeba odłożyć na kolejny sezon. Tego już nie da się ukryć, drużyna Byrona Scotta musi tankować, jeśli oczywiście chce zachować swój pick w nadchodzącym drafcie. Gdyby Mitch Kupchak miał inne plany być może przekonamy się o tym już wkrótce, w końcu okienko transferowe cały czas jest otwarte, a jak inaczej zachęcić do przyjścia latem super gwiazdę, jak nie wzmacniając swojej przygasającej drużyny z podstarzałym liderem. Tak moi drodzy Kobe Bryant już nie przyciągnie wielu chętnych do gry w L.A. Jego popisy z grudnia przekonały nas o tym, że Black Mamba zbliża się już do kresu swojej kariery i być może następny sezon będzie ostatnim w jego wykonaniu dlatego na pewno chciałby zobaczyć w barwach Lakers kogoś innego niż nieopierzonego młokosa z draftu, na którego rozwój musiałby czekać 3-5 lat. On chce wygrywać tu i teraz, stąd też spodziewajmy się jakiś ruchów transferowych w wykonaniu Kupchaka. Może nie będą to spektakularne transfery, ale na pewno będą one miały na celu przygotowanie gruntu pod letni szał zakupów. A będzie się działo w lipcu, podobnie jak w 2014 na rynku wolnych agentów znajduje się wiele łakomych kąsków. Wątpię, żeby Lebron James czy Kevin Love chcieli po roku wspólnej gry poszukać innego miejsca zatrudnienia, ale spróbować zapytać zawsze można. A ponadto do wzięcia są przecież inne gwiazdy z Markiem Gasolem, LaMarcusem Aldridgem i Goranem Dragicem na czele. Będzie w kim wybierać, stąd też nie wiem czy naprawdę jest sens zarzucać sieci na przykładowy czwarty wybór w drafcie? Czy warto tankować i pokazywać jacy jesteśmy słabi? Przecież to chyba nie zachęci wolnych agentów do wstąpienia w szeregi Lakers, a wręcz odwrotnie.

Tyle w kwestii przemyśleń, a teraz skupmy się na tym co czeka nas w styczniu. Podobnie jak w poprzednim miesiącu tak i w tym Jeziorowców czeka 15 spotkań. Różnica polega jednak tym iż teraz 9 spotkań rozegranych zostanie w Staples Center, a nie jak w grudniu na wyjeździe. A jak pokazał mecz z Warriors czy starcie z Phoenix (co prawda przegrane) Lakers u siebie grają zdecydowanie lepiej i są groźniejszym zespołem. Może nie widać tego po bilansie, gdyż ten jest praktycznie identyczny, ale gdy przyglądniemy się już temu bliżej widzimy iż wszystkie porażki na własnym parkiecie (oprócz tej z Minnesotą) to były starcia z potęgami z Zachodu. Styczeń z kolei przyniesie starcia z takimi ekipami jak Indiana, Orlando czy Miami, które mają ujemny bilans zwycięstw do porażek, a co więcej Lakers przeciwko ekipom z Konferencji Wschodniej są na razie na remis (4-4).

Jednak po kolei, sprawdźmy co czeka nas w styczniu zaczynając od początku. I trzeba przyznać, że będzie się działo, bowiem już 2 stycznia do Staples zawitają Memphis Grizzlies, czyli trzeci zespół na Zachodzie. Już dwa razy w tegorocznych rozgrywkach pokonali oni Jeziorowców, ale oba mecze były niezwykle wyrównane. Oba decydowały się w końcowych minutach. Trzeba przyznać, że jest to chyba najlepszy okres na ten pojedynek, ponieważ Niedźwiadki są nieco pod formą. Ekipa ta wygrała zaledwie 6 z 10 spotkań, co jak na nich jest słabym rezultatem. Lakers muszą jednak zagrać niemal perfekcyjnie, aby liczyć na wygraną, gdyż nawet w nieco słabszej dyspozycji Grizzlies to wciąż potęga. Dwa dni później z kolei do Staples zawita Indiana Pacers, zespół zawodzący w tych rozgrywkach i borykający się z wieloma problemami. Co prawda część czołowych graczy zaleczyła już kontuzje, ale ich powrót do najwyższej formy pewnie jeszcze trochę potrwa. Będzie to rewanż za mecz z 15 grudnia, gdzie Jeziorowcy zostali rozbici 110-91. Lecz tu trzeba z góry zaznaczyć, że Pacers na wyjazdach to zupełnie inny team. U siebie notują bilans 6-9, natomiast w obcych halach 5-12, jest to więc szansa dla Kobe Bryanta i spółki, żeby udowodnić kibicom w Staples iż wcale nie są tacy słabi jak się o nich mówi.

Gwiazda Lakers w spotkaniu z Indianą Pacers

Następnie przed Lakers dwa trudne mecze wyjazdowej, z tym, że tylko jeden tak naprawdę będzie miał miejsce poza Los Angeles. 5 stycznia, a więc zaledwie dzień po starciu z Indianą ekipa Byrona Scotta leci do stanu Oregon, aby tam podjąć miejscowych Blazers. Nie będzie to spotkanie z typu tych łatwych. Ba! Piekielnie trudno będzie w nim o zwycięstwo. Portland to drużyna zajmująca obecnie drugie miejsce nie tylko na Zachodzie, ale także w całej lidze. W ciągu ostatnich 10 spotkań wygrała osiem i depcze po piętach liderom z Golden State. Forma Lillarda i Aldridge’a idzie cały czas w górę i trudno się spodziewać, by Lakers dotrzymali kroku tak znakomitej drużynie. Jednakże to jest NBA i każdym może wygrać z każdym. Podobnie można pomyśleć o kolejnym rywalu, którym będą lokalni rywale Clippers. Z nimi także o wygraną będzie niezwykle ciężko, ale jak wiadomo to są derby. A one rządzą się swoimi prawami i kto wie czy Jeziorowcy nie utrą nosa faworyzowanym podopiecznym Doca Riversa. W końcu Staples Center jest także ich halą i przewaga własnego parkietu nikomu nie będzie sprzyjać. A co więcej Clippers ostatnio nie błyszczą. Wygrali tylko 5 z 10 pojedynków i na dodatek spadli na szóste miejsce w tabeli na Zachodzie. Ten mecz już 7 stycznia, a zaledwie dwa dni później do Miasta Aniołów przyjadą gracze Orlando Magic. Lakers meczem z nimi zapoczątkują serię czterech spotkań na własnym parkiecie. Będą kolejno podejmować Magic, Blazers, Heat i Cavaliers. I przynajmniej dwa z tych spotkań powinny zostać rozstrzygnięte na ich korzyść. Zdecydowanie mam tu na myśli pokonanie ekip z Florydy, które w tym sezonie grają dużo poniżej oczekiwań. Portland i Cleveland to czołówka swoich Konferencji, choć ci ostatni również nie prezentują się tak jak od nich oczekiwano. Co więcej na wyjazdach mają przeciętny bilans 7-6, więc nie zdziwiłbym się jakby Lakers powalczyli z nimi o wygraną. Tym bardziej, że przyjazd do miasta Lebrona Jamesa (choć nie wiadomo czy zdąży on powrócić po kontuzji) podwójnie zmotywuje całą ekipę z Kobe Bryantem na czele. Dobrze by jednak było, aby była to pozytywna złość, a nie determinacja okraszona +30 rzutami w meczu. Zdecydowanie lepiej wyglądałby występ Kobe z numerkami równymi tym, które zaprezentował w starciu z Nuggets z 30 grudnia.

Starciem z Cavs Lakers zakończą serię meczów u siebie i ruszą w trasę wyjazdową. Będzie to podróż po zachodnim wybrzeżu i wydaje się, że podopieczni Byrona Scotta nie będą aż tak przemęczeni w jej trakcie, ponieważ pomiędzy poszczególnymi pojedynkami będą spore odstępy. Najpierw Jeziorowcy udadzą się do Salt Lake City, by podjąć team, który również okupuje dolną pozycję w tabeli, a mianowicie jest tylko pozycję wyżej. Utah Jazz są w fazie przebudowy od kilku już lat, odkąd oddali do New Jersey, a teraz już Brooklyn Nets Derona Williamsa. Wciąż nie widać na horyzoncie jego następcy, a Dante Exum wybrany w tym sezonie z piątym numerem w drafcie zawodzi na całej linii. Nowym liderem jest Gordon Hayward i to wokół niego włodarze z Salt Lake City starają się budować ekipę. Na razie nie wychodzi to zbyt dobrze, po odejściu Milsapa i Jeffersona pod koszem również królują młodzi: Favors i Kanter, ale to wciąż nie jest drużyna na miarę Playoff. Lakers mogą więc pokusić się o zwycięstwo w bardzo gorącej hali Energy Solutions, w której Jazz mają bilans 6-9.

Kobe Bryant podczas atakowania kosza w meczu z Jazz

Po trzech dniach od spotkania z Utah przyjdzie czas na pojedynek w Arizonie. Będzie to już czwarty mecz z Suns w tegorocznych rozgrywkach i wszystkie jak do tej pory wygrali gracze Jeffa Hornacka. Każde spotkanie okraszone było wysokim wynikiem i nie inaczej pewnie będzie 19 stycznia w Phoenix. Być może Lakers uda się wyrwać wygraną, ale będzie o to niezwykle ciężko, bo „Słońca” są na fali. Pną się w górę w tabeli na Zachodzie i cały czas liczą się w walczą o czołową ósemkę na Zachodzie. Natomiast dwa dni później Jeziorowcy zmierza się z głównym przeciwnikiem Suns do wywalczenia miejsca w Playoff, czyli New Orleans Pelicans. Wydaje się, że to właśnie ekipa Pelicans, Suns i Thunder stoczą bój o ósmą lokatę, dlatego każda wygrana będzie na wagę złota, dla tych teamów, tym bardziej w starciach z drużynami z dołu tabeli. Anthony Davis i koledzy na razie nie są na straconej pozycji, ale przed nimi trudny terminarz. Być może właśnie w tych decydujących momentach sezonu przekonamy się o prawdziwej wartości silnego skrzydłowego z przedmieść Chicago. Wciąż jest on brany pod uwagę w przypadku przyznania statuetki MVP, bowiem jego statystyki z tego sezonu są wręcz olśniewające (24.5 pkt 10.6 zb i 2.9 bl). Z pewnością gdyby Pelicans byli wyżej szanse Davisa stałyby wyżej, ale i tak będzie się on liczył do samego końca. U siebie ekipa z Nowego Orleanu notuje znakomity bialsn 10-4, więc potyczka w ich hali będzie dla Lakers ciężkim testem. Ale jeśli z Pelicans będzie ciężko to co powiedzieć o starciu ze Spurs, które będzie miało miejsce dwa dni później. San Antonio to przecież obecni mistrzowie NBA, zespół zbudowany z myślą o obronie tytułu. Są piekielnie mocni i mają po dwóch, czy nawet trzech znakomitych graczy na wszystkich pozycjach. Jeśli są zdrowi są praktycznie nie do pokonania, lecz w tegorocznych rozgrywkach trzon ekipy Poppovicha boryka się z urazami i to może być cień szansy dla Lakers na zwycięstwo. Tym bardziej, że 12 grudnia udało im się sensacyjnie pokonać Spurs w hali At&T. Jednakże nawet osłabieni i zdziesiątkowani kontuzjami, a także podłamani kolejnymi porażkami „Ostrogi” to wciąż elita NBA w przeciwieństwie do Jeziorowców. To oni będą zdecydowanym faworytem meczu, który odbędzie się 23 stycznia.

Po tym meczu Lakers wrócą do domu i na koniec miesiąca czekać ich będą trzy spotkania w Staples Center. Najpierw zmierzą się z Houston, z którymi o dziwo w tym sezonie są na remis. W meczu otwarcia co prawda polegli, ale później zrewanżowali się „Rakietom” na wyjeździe. Będzie to też mecz wyjątkowy z uwagi na kolejną wizytę w Los Angeles wroga numer jeden Dwighta Howarda. Po tym jak opuścił on Jeziorowców by grać dla Rockets będzie on jeszcze długo wygwizdywany przy okazji bezpośrednich pojedynków. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że Howard wiedział co robi, zostawiając tonący okręt i przenosząc się do samej elity ligi. Houston po ostatnich transferach (Josh Smith, Corey Brewer) są uznawani za jednego z głównych faworytów do wygrania mistrzostwa. Obecnie są na czwartym miejscu na Zachodzie, ale do lidera tracą naprawdę niedużo. W znakomitej formie jest James Harden, kandydat do zgarnięcia nagrody MVP i najlepszy strzelec rozgrywek. Ten mecz będzie bardzo ciężko wygrać, ale na pewno warto powalczyć, przynajmniej dla kibiców, którzy przyjdą zobaczyć porażkę nowej drużyny Howarda.

Rozgrywający Lakers - Jeremy Lin znów zmierzy się ze swoją byłą ekipą

Ostatnie dwa spotkania to pojedynki z ekipami ze Wschodu, a ściślej mówiąc z samą czołówką. Chicago i Washington nadają w tym sezonie ton w sąsiedniej Konferencji. U pierwszych swoje zrobił powrót Derricka Rose’a oraz transfer Pau Gasola. Ich trzon niezbyt się zmienił, a znakomite metody trenerskie Toma Thibodeau dalej zdają egzamin. Bulls są na jak najlepszej drodze aby mieć przewagę parkietu w pierwszej rundzie postseason. Podobnie jak Wizards, którzy mierzą nawet znacznie wyżej. Sprowadzenie Paula Pierce’a miało pozwolić im zbilansować młodość z doświadczeniem. I jak na razie znakomicie się to sprawdza. „Czarodzieje” ostatnio ustąpili miejsca Hawks, ale do drugiego czy też nawet pierwszego miejsca tracą niewiele. Walka o pierwszeństwo na Wschodzie będzie toczona aż do ostatnich spotkań sezonu regularnego. Co warto również zaznaczyć oba teamy są w czołówce defensywnej ligi, więc będzie to swego rodzaju test dla ofensywy Lakers, która ostatnio od czasu powrotu do gry Bryanta i jego mniej samolubnej gry, przeżywa prawdziwy renesans.

Czy styczeń okaże się lepszy od grudnia? Być może, są ku temu wszelkie powody. Jednakże tak się stać nie musi. Wszystko zależy od tego z jakim nastawieniem na parkiet w kolejnych spotkaniach będą wychodzić Lakers. Czy będą to ospali i bierni Jeziorowcy między innymi ze spotkań z niżej notowanymi Pacers czy Celtics, czy też ci Lakers ze spotkań z Warriors czy Nuggets. O tym przekonamy się wkrótce. Jedno jest pewne przegrywanie może wcale nie okazać się dobrym pomysłem. W końcu jaki jest sens w podkładaniu się w kolejnych meczach? Chyba nie tędy prowadzi droga. Draft? Cytując Bryanta: „Nah, nie sądzę.”

1 komentarz

  1. DrJ

    Wg mnie 4-11

Skomentuj