Za nami listopad i… właściwie wszystko jest jasne

Opublikowane przez , 30 listopada 2015 w Artykuły, Podsumowania, 0 komentarzy

Pierwszy pełny miesiąc rozgrywek NBA w sezonie 2015/16 dobiegł końca. A przynajmniej dla Los Angeles Lakers, którzy w ostatnim meczu ulegli Indianie Pacers 103-107. Tym samym zakończyli ten okres z zaledwie dwoma zwycięstwami i aż 14 porażkami na koncie. Wszyscy fani żyją jednak teraz informacją o przejściu Kobe’ego Bryanta na emeryturę w kwietniu 2016 roku. Black Mamba nieoczekiwanie przed pojedynkiem z ekipą Paula Georga postanowił poinformować wszystkich o swoich planach i tym samym przygotować ich na jego ostatnie miesiące jako koszykarza w lidze. O karierze Bryanta będzie jeszcze czas pisać. Teraz jednak, jak to mam w zwyczaju robić, chciałbym się skupić na tych ponad 30 dniach, w czasie których Jeziorowcy po prostu sięgnęli dna. Mimo lepszego składu niż rok temu, mimo powrotu do gry lidera zespołu, który przecież w preseasonie grał całkiem nieźle, Byron Scott nie był w stanie uczynić z tej drużyny lepszej ekipy. Mało tego – wydaje się, że pokazał całemu światu, że nie nadaje się do trenowania w NBA, a jego podejście, metody szkoleniowe i pomysły (a może ich brak) są po prostu przestarzałe. W listopadzie mijały kolejne dni, Lakers przegrywali kolejne spotkania, a mimo to Scott nie zmienił nic w grze swoich podopiecznych. I to oczywiście po obu stronach parkietu.

Na początku sezonu ofensywa 16-stokrotnych mistrzów NBA statystycznie wyglądała całkiem dobrze. Podkreślam jednak, że tylko statystycznie. Bowiem gdy ktoś oglądał mecze Jeziorowców, to z pewnością widział, że w ataku dominują izolacje, nieefektywna gra Bryanta, rzucanie trójek z nieprzygotowanych pozycji i ogólny brak konkretnego gameplanu. Można więc było spodziewać się, że prędzej czy później, ORTg Lakers znajdzie się w ogonie ligi. I tak też się stało. Po ponad 30 dniach gry, ofensywa zespołu z Kalifornii zajmuje odległe 25 miejsce w lidze (średnio zdobywa 100.1 punktów na 100 posiadań). W drużynie, w której jest tak dużo utalentowanych ofensywnie zawodników, jest to po prostu niedopuszczalne i pokazuje nieudolność Byrona Scotta. Były szkoleniowiec m.in. Cleveland Cavaliers nie potrafi „wyrwać” piłki z rąk Black Mambie, który swoją drogą jest jednym z dwóch najmniej efektywnych w ataku zawodników Lakers (ORTg na poziomie 85 oczek). Gorszy jest tylko Robert Sacre (62).

Mimo to obecnemu trenerowi koszykarzy z Miasta Aniołów ani na chwilę nie przyszło do głowy, żeby skrytykować swojego lidera i zaproponować mu inne rozwiązanie, a grę oddać w ręce młodych graczy Los Angeles. Bryant podczas przebywania na parkiecie, ma aż 29.5% czasu piłkę w rękach – najwięcej z całej drużyny. To aż o 6.2% więcej od drugiego – Lou Williamsa, który swoją drogą również spisuje się beznadziejnie. Za mało natomiast wykorzystywany jest m.in. Roy Hibbert, którego Byron widzi chyba tylko w obronie. Tymczasem zaawansowane statystyki pokazują, że były center Indiany Pacers być może mógłby być bardziej przydatny Lakers w ofensywie (ma on najwyższy wskaźnik ORTg oraz OWS, który pokazuje indywidualny wpływ na odnoszone wygrane). Jak na razie jednak Roy to człowiek od bronienia dostępu do kosza oraz stawiania zasłon.

Lakers podczas starcia z Golden State Warriors

I nic nie wskazuje na to, żeby miało się to zmienić. Byron prawdopodobnie nie widzi gdzie leży problem (a przecież leży w nim). Zamiast tego woli winę zrzucać na swoich podopiecznych, a mediom powiedzieć, że jego zawodnicy po prostu sobie nawzajem nie ufają i stąd taka słaba ich gra. W rzeczywistości jednak nie trzeba być ekspertem żeby zauważyć, że w ataku Lakers nie mają żadnej zagrywki, a indywidualna gra nie przynosi efektów. Prawda jest więc taka, że gdy Jeziorowcy zdobywają punkty, to dokonują tego tylko i wyłącznie dzięki talentowi (patrz Nick Young), z czego powinni się niezwykle cieszyć. O ich beznadziejności świadczy m.in. średnia skuteczność, która wynosi zaledwie 41% (29 miejsce w całym NBA), w tym 31.5% zza łuku (25 miejsce) oraz brak odpowiedniego ruchu piłki (średnio 18.6 asyst, 27 miejsce). Warto tutaj wspomnieć, że tylko 44.5% punktów zdobywanych z półdystansu jest asystowana, a jedynym plustem tego wszystkiego jest to, że zawodnicy notują stosunkowo mało strat (14.4, 6 miejsce), a ich rywale zaliczają średnio tylko 6.6 przechwytów na mecz (drugie miejsce w lidze).

Trudno jednak coś więcej pozytywnego napisać o grze Lakers w ataku. Niestety gdy wydaje się, że już gorzej być nie może, to trzeba wspomnieć również o defensywie. A ta faktycznie znajduje się na ligowym dnie. Defensive Rating Jeziorowców wynosi 109.4 oczka na 100 posiadań, co daje odległe 28 miejsce (gorsi są tylko koszykarze New Orleans Pelicans oraz Milwaukee Bucks). Głównym powodem takiego stanu rzeczy jest obrona na obwodzie, która pozwala przeciwnikom oddawać średnio 26.3 trójek na mecz, gra w transition defense (13.4 punktów), gra na desce (23 miejsce w lidze pod względem ilości zbieranych piłek pod własną tablicą, 15.8 traconych oczek), obrona pod koszem (ponad 44 oczka tracone w każdym pojedynku) oraz ogólnie – agresywność i nastawienie graczy Scotta (notują tylko 6.9 przechwytów na mecz, 26 miejsce).

Defensywa Lakers spoczywa tylko i wyłącznie na barkach Roy'a Hibberta

Nie mogę tutaj niestety też nie wspomnieć o tym, że wbrew słowom Byrona Scotta, najgorszym (lub jednym z najgorszych) obrońców w zespole jest Kobe Bryant (DRTg 111 punktów na 100 posiadań, DBPM -3.4). Byłoby jednak błędem w tym wypadku zwalać wszystko na Black Mambę. Po prostu bowiem cała drużyna nie broni, a schematy Byrona Scotta musiały gdzieś zaginąć (lub co bardziej prawdopodobne – nigdy nie istniały). Szkoleniowiec zespołu pewnie myślał, że po przyjściu Roy’a Hibberta Lakers z miejsca staną się jedną z dziesięciu najlepszych defensyw w lidze. A to tak oczywiście nie działa. Roy co prawda dwoi się i troi pod własną obręczą, stara się blokować każdy rzut (średnio 2.1 na mecz) ale nie jest w stanie wykonywać wszystkich czynności na raz, a szczególnie blokować i zbierać jednocześnie.

Ogólnie więc Jeziorowcy grają dokładnie tak, jak wskazuje na to ich bilans – beznadziejnie. Nie ma się też co spodziewać poprawy. Jasne – Kobe Bryant poniekąd psuje grę całej ekipy ale tak naprawdę jest to wina Byrona Scotta, który nie wprowadził żadnej taktyki, żadnego porządku oraz nie zaprowadził dyscypliny. Bez Black Mamby więc, być może Jeziorowcy byliby lepsi ale ich gra nadal byłaby daleka o tej, którą prezentuje obecnie większość ekip w NBA. Pochwalić można jedynie indywidualne występy Jordana Clarksona, który jest chyba najlepszym (a przynajmniej najrówniej grającym) Jeziorowcem (średnie na poziomie 17.8 punktów, FG 47.1%, 3FG 43.1%. 3.8 zbiórek, 2.7 asyst) oraz Juliusa Randle’a. Ten drugi jest zupełnie inną osobą niż w Lidze Letniej 2015 i choć często przeplata dobre mecze złymi, tak jednak pokazał, że jest w nim potencjał na stanie się jednym z najlepszych silnych skrzydłowych w lidze. Do tej pory w 16 rozegranych spotkaniach notował średnio 14.4 oczka na 43.8% skuteczności. Jako jedyny też w całym zespole zbiera zazwyczaj ponad 10 piłek (10.9) w 28.5 minut spędzanych na parkiecie. Przynajmniej tyle dobrego można napisać o obecnej drużynie. Teraźniejszość więc na pewno nie zachęca do zarywania nocek, a Jeziorowcy najprawdopodobniej będą bili się o ostatnie miejsce w NBA. Nadal jednak wszyscy powinniśmy mieć nadzieję na to, że w przyszłości będzie zdecydowanie lepiej. Bo są ku temu przesłanki. Ale o tym więcej napiszę innym razem.

Skomentuj