Wyniki KONKURSU: L.A. Lakers. Złota Historia NBA

Opublikowane przez , 1 kwietnia 2015 w Newsy, Konkursy, 0 komentarzy

We wtorek 31 marca o 23:59 zakończył się nasz konkurs, w którym do wygrania był egzemplarz książki Marcina Harasimowicza „Los Angeles Lakers. Złota Historia NBA”. Dziękujemy wszystkim uczestnikom za nadesłane prace, w których opisaliście jak zrodziła się Wasza miłość do organizacji Jeziorowców. Zwycięzca jednak może być tylko jeden i po wspólnych obradach zdecydowaliśmy, że książka trafi w ręce Michała Sobczyka. Serdecznie gratulujemy i prosimy o skontaktowanie się z nami w celu podania niezbędnych danych do wysyłki.

A oto treść zwycięskiej pracy:

15 kwietnia 1995

Sennie zapadające się powieki, robiły się coraz cięższe. Myślałem już wyłącznie by odpłynąć w krainę snu, gdy nagle do mych uszu dobiegło wołanie Włodzimierza Szaranowicza „Hej Hej tu NBA”, krzyżujące się z znanym mi od urodzenia głosem brata „Mały śpisz? Zaczyna się!”. Chciałem potwierdzić, powiedzieć „dobra idę spać, obejrzę innym razem”, jednak fascynacja z jaką o transmisjach zza oceanu ligi NBA mówił mój brat, rozpalała we mnie kolejne pokłady ciekawości. Czy rzeczywiście ten sport jest aż tak ekscytujący?

Nie pozostało więc nic innego jak podnieść się z łóżka i iść przemyć zaspane oczy, by następnie wpatrywać się w szklany, jeszcze wówczas kineskopowy ekran telewizora. Z początku małe klejące się oczy, musiały robić się coraz większe, gdyż to co ujrzałem wywoływało u mnie niedowierzanie, aż w końcu zaczęły przypominać wielkością te, których właściciel wprawiał mnie w osłupienie. Mowa bowiem o niskim rozgrywającym Nicku Van Exelu. To było coś, co sprawia, że pragniesz niemal z samego rana zacząć osiedlowe treningi koszykówki. Szalejący na parkiecie Van Exel, raz za razem popisywał się efektownymi zagraniami to do Vlade Divaca to do Cedrica Ceballosa, czy Eddiego Jonesa. Naprzeciw nich stanęła drużyna nie mniej efektowna, z A.C. Greenem, Charlesem Barkley’em i Kevinem Johnsonem w składzie. Łatwo więc zrozumieć z kim Jeziorowcy musieli zmierzyć się tej nocy – Phoenix Suns. To właśnie wtedy, purpurowe barwy Lakersów sprawiły, że zacząłem wykazywać zainteresowanie drużyna z Miasta Aniołów. Duża w tym zasługa siedzącego obok mojego brata, który po każdej akcji K.J. – Barkley szalał z radości mówią,c że to najlepsza drużyna NBA. Najlepsza? Moje niemal wrodzone poczucie rywalizacji z bratem kazało mi natychmiast zacząć wspierać Jeziorowców, choć dzieliły nas setki tysięcy kilometrów. Uznałem niemal natychmiastowo, że Lakers będą moją drużyną i jeszcze tego wieczoru pokażą swoją wyższość nad Słońcami. Jeszcze tej nocy Ja i moje Los Angeles pokonamy Huberta i jego Phoenix. Choć walka była zacięta i wyrównana, niestety okazała się porażką. Ceballos wyprawiał na parkiecie cuda, kończąc mecz z 40 punktami na koncie, jednak wynik końcowy był korzystny dla Suns [sprawdzam 114:119]. Ja jednak poprzysięgałem sobie, że będę od dziś wyczekiwał na każdy mecz Lakersów.

31 marca 2015

Od wspomnianego wieczoru z roku 1995 zacząłem pogłębiać swoją wiedze o NBA, a w szczególności o Lakersach, zasiadając nocami przed ekranem telewizora, niczym Jach Nicholson przy parkiecie. Pamiętam do dziś decyzję z 1996 roku, którą wówczas uważałem za jeden z największych błędów Jerry’ego Westa. Wymienił doświadczonego tarana, jakim był Vlade Divac na młodego, nieznanego mi wówczas Kobe’ego Bryanta. Dziś muszę to przyznać, był to z pewnością najlepszy ruch transferowy, jakiego stałem się świadkiem. Para Kobe-Shaq to pomimo animozji i wzajemnej niechęci obu dżentelmenów, jeden z najlepszych duetów w historii NBA. Może tylko gra Scottie’ego Pippena i MJa wywoływała u mnie większe ciarki na całym ciele. Ale nie samym Shaqiem-Atakiem i Kobe’em drużyna z Miasta Aniołów żyła. Robert Horry, Derek Fisher, Glen Rice, czy ściągnięty z Bulls Ron Harper – oni wszyscy sprawili, że pokochałem drużynę z krainy 10 000 jezior jeszcze mocniej, przez te wszystkie lata.

Dziś NBA nie wywołuje już u mnie takiej ekscytacji. Oczywiście śledzę ją, oglądam i cieszę się jej atrakcyjnością. Jednak jako człowiek, który dorastał pod podwórkowym koszem, marząc o tym by wykonać kiedyś wsad ala Shaq, wraz z odejściem z ligi każdego z zawodników, którego nazwisko krzyczałem oddając rzut do kosza, straciłem część miłości do tej ligi. Dla mnie NBA na zawsze pozostanie ligą w której grali Sir Charles Barkley & K.J. – Clyde „Szybowiec” Drexler & Hakeem Olajuwon – Shawn Kemp & Gary Pyton – Karl „Mailman” Malone & John Stockton. W której widziałem niemal komediową rywalizację Shawna Bradleya i Muggsy Boguesa. Ligą do której wracam, włączając nagrany na kasecie VHS Mecz Gwiazd rozegrany w 1995 roku w Arizonie i ciesząc się na widok Mitcha Richmonda odbierającego statuetką MVP. NBA to dla mnie cieszące oko przerywniki miedzy kwartami, to „NBA Action” co piątek w TVP2, to dostarczający posterów miesięcznik „Magic Basketball”, z kart którego czytałem o naszej ukochanej lidze, a której pierwsza strona już zapowiadała „Czy wiesz że [Mich Richmond] już wie, że następny numer Magic Basketball ukaże się…?”. Za to wszystko kocham NBA i takie je chce pamiętać. Być może dlatego, że przenosi mnie w czas dzieciństwa. Nigdy też jednak nie zgłębiłem w pełni wiedzy o Jeziorowcach. W latach 90-tych nie mieliśmy internetu, nie mogliśmy poznać całej historii ligi.

Dlatego dziś gdy nadarza się okazja by sięgnąć po książkę, która przeniosłaby mnie w czasy młodości, dodatkowo pozwalając zgłębić wiedzę o moich idolach sprzed lat, jak również o tych o których moja wiedza jest szczątkowa, jak Wilt „Szczudło” Chamberlain czy Kareem Abdul-Jabbar, dostaje tych samych dreszczy na ciele, jakie miałem będąc małym chłopakiem czekającym, aż usłyszy głos Ryszarda Łabędzia i Włodzimierza Szaranowicza, zapowiadających nocne wrażenia prosto z parkietów najlepszej koszykarskiej ligi świata. Dlatego bardzo chciałbym by „Los Angeles Lakers. Złota historia NBA” trafiła w moje ręce. Podanie jej do mnie, będzie z pewnością tak dobrym wyborem, jak podkoszowe zagranie Van Exela do Ceballosa, jak zagranie Kobe’ego Bryanta do Shaquille O’Neal’a, zakończone potężnym wsadem. Czekam więc niczym pod koszem na podanie, które zakończę mentalnym alley-oopem.

P.S. Śledźcie nas uważnie, gdyż już niebawem pojawi się kolejny konkurs z nagrodami!

Tagi:

Skomentuj