Władze Lakers wciąż żyją w XX wieku…

Opublikowane przez , 3 lipca 2015 w Artykuły, Drużyna, 2 komentarze

Za nami dwa pełne dni okresu free agency. W ciągu tych 48 godzin drużyny zmieniło naprawdę wielu zawodników. Obie strony umowy bardzo szybko dochodziły do porozumienia i po chwili Adrian Wojnarowski lub inny dziennikarz sportowy z USA donosili, że zawodnik X podpisał kontrakt z drużyną Y. A w Jeziorowcach? Cisza… No prawie, bowiem z obozu złota i purpury dochodziły do nas same negatywne wiadomości. Zarząd nie potrafił przekonać do siebie ani LaMarcusa Aldridge’a, ani DeAndre Jordana, ani też Grega Monroe. Mało tego – w ogóle nie potrafił dobrze się zaprezentować przed tymi zawodnikami. Jeśli wierzyć różnym plotkom, to zamiast rozmawiać o przyszłości, Mitch Kupchak i spółka mówili o… przeszłości. O zdobytych mistrzostwach, Magicu Johnsonie, erze Showtime, a także o mieście Los Angeles, fanach oraz dumie z noszenia koszulki złota i purpury. Wszystko fajnie ale co z perspektywami na przyszłość? Jak Lakers zamierzają się odbudować? Co zrobią? Jaki mają plan? Te kwestie nie zostały poruszone przez Kupchaka. Być może po prostu Lakers uważają, że są nieistotne. Być może po prostu nie mają planu na przyszłość, a być może są zwyczajnie beznadziejni w tym co robią. To smutne ale wydaje się, że władze 16-stokrotnych mistrzów NBA zatrzymały się gdzieś na 2010 roku (w najlepszym wypadku). Jimowi Bussowi oraz Mitchowi Kupchakowi wydaje się, że każdy zawodnik marzy o grze dla Lakers. A tymczasem tak nie jest. Dla graczy priorytetem jest szansa na odniesienie zwycięstwa. Na drugim miejscu z kolei są pieniądze. Kiedyś prawdopodobnie były one wyżej w hierarchii ale teraz sprawa wygląda nieco inaczej. Dlaczego? Bowiem właściwie każda drużyna je posiada, a za rok zespołów, które będą mogły pozwolić sobie przynajmniej na jeden maksymalny kontrakt, będzie jeszcze więcej. Stąd też oferowanie maksymalnych umów na wstępie już chyba nikogo nie zaskakuje. Tak samo jak i przepłacanie zawodników. Dlatego też, choć Lakers mają miejsce w salary cap, tak obecnie ma ono marginalne znaczenie.

Zacznijmy jednak od początku. Każdy z nas nie miał nic przeciwko, żeby Lakers spróbowali ściągnąć do siebie np. Jimmy’ego Butlera, czy też LaMarcusa Aldridge’a. W końcu nie ma nic złego w próbowaniu. Wiadomo, że Jeziorowcy nie byli/nie są obecnie najlepszym miejscem dla tego typu graczy (najwyższego kalibru) ale nie zaszkodzi spróbować. W tym samym czasie trzeba jednak również próbować z innymi zawodnikami, niekoniecznie All-Starami, którzy mogliby pomóc zespołowi Byrona Scotta stać się lepszą ekipą. Lakers powinni więc prowadzić rozmowy na wielu frontach i znać swoje ograniczenia. Wiadomo bowiem, że Randle, Clarkson i Russell to tylko projekt i ciągle nie wiemy, czy się sprawdzi. Stąd też Jeziorowcy powinni mieć plan B oraz plan C i realizować go w tym samym czasie, a każdemu zawodnikowi, z którym się spotkają powiedzieć: „Słuchaj, umowa leży na biurku. Rozmawialiśmy też z innymi graczami, którymi jesteśmy zainteresowani. Jeżeli jednak oddzwonisz do nas pierwszy, to chętnie powitamy cię w naszej drużynie”. Tymczasem podejście Mitcha jest zupełnie inne – najpierw polujemy na tzw. grube ryby, a dopiero potem na zawodników z niższej półki. Problem w tym, że po kilku dniach czekania, najlepsi omijają Lakers, a na upolowanie innych solidnych zawodników jest już wtedy najczęściej za późno.

W 2013 roku ekipie z Miasta Aniołów nie udało się zatrzymać Dwighta Howarda. Po tym niepowodzeniu, Mitch Kupchak zdecydował się zatrudnić kilku zawodników na jednorocznych umowach aby spokojnie przemyśleć plan na kolejne lato i zachować elastyczność finansową. Wtedy to był bardzo dobry ruch i przez wielu ekspertów była chwalona cierpliwość, z jaką podszedł do wszystkiego menedżer Lakers. Zresztą nadal chyba było to najlepsze rozwiązanie w tamtym momencie i nie można się przyczepić do 61-latka o podjęte przez niego decyzje.

Później w grudniu Lakers przedłużyli umowę z Kobe Bryantem na dwa lata za 48.5 milionów dolarów. Wtedy wydawało się to absurdem, który miał pogrzebać szanse Jeziorowców na mistrzostwo w najbliższych latach (link). Black Mamba został przez wielu skrytykowany za to, że bardziej od mistrzowskiego pierścienia ceni sobie pieniądze i pewnie część fanów Lakers na pewno się na nim zawiodła w tym momencie. Wydawało się bowiem, że ten kontrakt może utrudnić polowanie na wolnych agentów ale z perspektywy czasu, było to raczej błędne założenie. Ale o tym nieco niżej.

Kobe Bryant w momencie przedłużenia umowy z Lakers.

Po tym burzliwym końcu roku, przyszedł wreszcie czas na lato 2014. Jeziorowcy wybrali w drafcie Juliusa Randle’a i wydawało się, że powoli się odbudowują. Do tego mieli, pomimo podpisania kontraktu z Bryantem, i tak całkiem dużo środków pieniężnych do wydania, więc każdy sądził, że uda im się ściągnąć do siebie jednego z lepszych graczy. Problem był jednak w tym, że Mitch Kupchak skupił się tylko na tych najlepszych – LeBronie Jamesu oraz Carmelo Anthonym. Inni zawodnicy zeszli na drugi, albo nawet trzeci plan. Kupchak nawet nie poddał się w momencie gdy usłyszał od agenta Kinga Jamesa, że ten w ogóle nie rozważa możliwości gry w Lakers. Od razu wtedy wsiadł w samolot i poleciał na spotkanie z Richem Paulem. Oczywiście heroiczna próba zakontraktowania dwukrotnego mistrza NBA zakończyła się fiaskiem, a James ogłosił, że wraca do Cleveland. Podobnie było z Carmelo Anthonym. Jeziorowcy czekali ze wszystkimi innymi ruchami, dopóki Melo nie zdecyduje pomiędzy nimi, Bulls i Knicks. Jak wiemy, Carmelo pozostał w Knicks, a Kupchak zanim się obudził, został z niczym. Na rynku nie było już nikogo ciekawego, więc po raz kolejny menedżer złota i purpury zdecydował się zaproponować kilku graczom niskie, jednoroczne umowy (w tym Edowi Davisowi, który okazał się być stealem). A gdyby zupełnie inaczej podszedł do całego okresu free agency, to mógłby podpisać np. Lance’a Stephensona na zaledwie dwa lata (to był świetny deal Hornets) lub Luola Denga (również dwa lata). Choć Jeziorowcy nie walczyliby o Finał Konferencji Zachodniej, tak w pełnym składzie na pewno biliby się o ósmą lokatę, a w tym roku (lub w następnym), z pewnością byliby dużo bardziej atrakcyjnym miejscem dla potencjalnych wolnych agentów.

No ale dobra – jestem w stanie wybaczyć Mitchowi ten okres free agency. Zaryzykował, rzucił się na najlepszych, gdyż nadal myślał, że w Los Angeles Lakers każdy chciałby zagrać. W końcu wcześniej tak było, więc dlaczego tak miałoby nie być i teraz? Nie wyszło – trudno ale mam nadzieję, że wyciągnął wnioski na przyszłość i jest w stanie nieco lepiej podejść do tego całego lipcowego zamieszania. Niestety okazało się, że się myliłem. Mamy 2015 rok, rozpoczyna się okres free agency i już po kilku godzinach znamy nowe zespołu kilku zawodników. Wiele drużyn dogaduje się z agentami potencjalnych graczy i świętuje ich sprowadzenie do klubu. Potrafią ich do siebie przekonać swoim składem oraz potencjałem i to pomimo tego, że nie posiadają bogatej historii, nie wygrywali mistrzostw, czy też ich miasto jest raczej nudne. Lakers natomiast rzucają się na LaMarcusa Aldridge’a, DeAndre Jordana, Grega Monroe i nic z tego nie wychodzi. Mało tego – na spotkaniach z nimi nie rozmawiają o koszykówce, a o historii i wspaniałych latach 80-tych, czy też erze Kobe’ego i Shaqa lub Kobe’ego i Paua. To były naprawdę wspaniałe czasy ale dlaczego miałyby zainteresować kogoś z tej trójki? Czyżby Aldridge po podpisaniu kontraktu miał cofnąć się w czasie i grać u boku Magica? Raczej nie. Więc o co w tym wszystkim chodzi?

Po prostu o to, że władze Lakers zatrzymali się na XX wieku lub w najlepszym wypadku – na początku XXI wieku. Nie potrafią zmienić swojego podejścia ani do koszykówki, ani do free agency. Nadal wszystkim w obozie Jeziorowców wydaje się, że każdy chce grać dla Lakers, choćby mieli być poza playoffs. W tym wszystkim zapominają o tym, że Konferencja Zachodnia jest coraz silniejsza i sprowadzenie jednego All-Stara do trójki pierwszo/drugoroczniaków raczej nic nie da. Zapominają też o tym, że inne zespoły również dysponują gotówką, a za rok będą mieli jej jeszcze więcej, także z tej elastyczności finansowej nic nie pozostanie. Ciągłe mówienie o Hollywood, Showtime’ie, 16-stu mistrzostwach jest już nudne dla graczy. Być może kiedyś, dla wielu zawodników najważniejsze były przede wszystkim pieniądze oraz rynek ale obecnie, kiedy np. Aldridge może je dostać wszędzie, to również istotne (a nawet bardziej) jest wygrywanie. Niestety ale Lakers, czy Knicks nie znaczą obecnie więcej od takich Bucks, którzy mają podstawy do stania się solidnym zespołem w Konferencji Wschodniej. Jak więc widać nowe CBA jednak działa i zaczyna wyrównywać poziom w lidze. Na razie tylko na Zachodzie ale i na Wschodzie w końcu pewnie też będzie lepiej.

Czy Mitch Kupchak zgubił gdzieś po drodze swoją magiczną różdżkę?

Do czego więc w tym wszystkim zmierzam? Do tego, że Mitch się wypalił, a Jim bazuje tylko na tym, czego nauczył go ojciec, który nie miał okazji do popisu w „nowej erze koszykówki”. Do tego nie jest tak charyzmatyczny jak Jerry, no i suma summarum – Lakers są cały czas na dnie. Jeziorowcy ciągle żyją przeszłością i mają tradycyjne podejście do tego sportu. Dopóki to się nie zmieni, dopóki nie będą wygrywać. Kolejnym przykładem tutaj może być zatrudnienie Byrona Scotta – trenera, który uważa trójki za samo zło i nie akceptuje analitycznego punktu widzenia, ani żadnych zaawansowanych statystyk. Nie obchodzi go to, że inne drużyny stosują je na porządku dziennym. On wygrał trzy mistrzostwa w latach 80-tych, więc musi mieć rację i basta. Szkoda tylko, że tak nie jest.

Osoby zarządzające Lakers są więc do odstrzału. Jeszcze do niedawna broniłem Mitcha i spółki i w rozmowie z niektórymi mówiłem: „Spokojnie, daj im czas. Mają plan i wydaje się on być całkiem rozsądny”. Ten plan, polowania na najlepszych i odpuszczania każdego innego, solidnego gracza się jednak nie sprawdza i nie jest tym, czego oczekiwałem. Drugi rok z rzędu fani Jeziorowców muszą przechodzić przez to samo i ostatecznie pewnie okaże się, że znów w Lakers na centrze będzie grał Jordan Hill, a z ławki będzie wchodził Jeremy Lin. Niestety ale ewidentnie widać, że magia Los Angeles już nie działa i trzeba natychmiast zmienić plan i podejście do free agency, póki jeszcze nie jest za późno. Nie można wiecznie szorować po dnie NBA, szczególnie że pick w przyszłym roku chroniony jest tylko w top 3 (a więc szanse na jego zachowanie są strasznie małe). Lakers powinni starać się ściągać do siebie najlepszych ale w międzyczasie także próbować z innymi i nie czekać na decyzję topowych graczy na rynku, bo mogą się bardzo rozczarować (tak jak to miało miejsce ostatnio). Trzeba więc odbudować się powoli – krok po kroku. Pierwszy został wykonany – do Jeziorowców trafiło trzech prospectywnych graczy. Czas na drugi – ściągnąć solidnych zawodników, o których pisał już Jan Zwierzyński (link) na w miarę krótkich umowach i mieć nadzieję na to, że kolejny sezon będzie lepszy od poprzedniego. Krok trzeci – ściągnąć All-Stara, który widząc postępy w ostatnich latach samego zespołu i graczy wybranych wcześniej w drafcie oraz potencjał na przyszłość, zdecyduje się dołączyć do ekipy z Kalifornii. A później można zastanawiać się, kogo z wcześniej podpisanych graczy należałoby się pozbyć (czy to w wymianie, czy po prostu dać im odejść i środki pieniężne przeznaczyć na kogoś nowego), a tym samym z poziomu średniego, wskoczyć na najwyższy.

Póki co jednak Lakers nie mają żadnych konkretnych argumentów do tego, żeby skupiać się tylko i wyłącznie na najlepszych, a wspomniani już Randle, Clarkson i Russell to na dzień dzisiejszy za mało. Nie można w jednej chwili z bardzo słabej drużyny, stać się contenderem. Najpierw trzeba też zahaczyć o przeciętność. Mitch i spółka muszą to wreszcie zrozumieć, skończyć żyć przeszłością i iść z postępem. Jeśli im się to nie uda, to chyba będzie to oznaczało, że pora się z nimi pożegnać a cały zarząd Lakers wymienić na zdecydowanie młodszy i bardziej kreatywny, który wprowadzi powiew świeżości i orientuje się w tym, jak powinno się budować drużynę w dzisiejszej lidze.

2 komentarze

  1. DrJ

    Kapitalny tekst. Szkoda, że z takimi wnioskami.

  2. StaryFan
    DrJ napisał(a):Kapitalny tekst. Szkoda, że z takimi wnioskami.

    Tekst jest kapitalny, właśnie ze względu na wnioski. Smutne ale prawdziwe.

Skomentuj