Wczoraj, dziś i jutro okiem Bryanta

Opublikowane przez , 27 lutego 2015 w Wywiady, Inne, 0 komentarzy

Kobe Bryant jest ostatnio wszędzie. Niedawno udzielił wywiadu Ahmadowi Rashadowi na antenie stacji NBA TV, później Billowi Simmonsowi z Grantlandu, a także znalazł czas by porozmawiać z redaktorami GQ Magazine, czy wystąpić u Jimmy’ego Kimmela, u którego wyraził rozczarowanie ostatnim zachowaniem Jeziorowców po ich zwycięstwie nad Bostonem Celtics (link). Tak pełno Kobe’ego w mediach nie było już dawno. Nie jest to jednak przypadek. Wszystko z powodu zbliżającego się filmu dokumentalnego poświęconego Black Mambie, zatytułowanego „Muse”, który swoją premierę będzie miał 28 lutego na antenie stacji Showtime. Dziennikarze, reporterzy bardzo chcą więc rozmawiać z Kobe’em i vice versa. Bryant coraz bardziej otwiera się na świat i zdradza mu swoje sekrety, tajemnicy, dzieli się swoją filozofią, podejściem do życia i sportu, myślami, a także nie boi się wypowiedzieć na temat niektórych zawodników, z którymi przyszło mu współpracować lub się mierzyć. Taki jest właśnie Kobe – Kobe, którego od jakiegoś czasu poznajemy na nowo – jaki jest prywatnie, jaki jest w szatni itd. Każda jego wypowiedź sprawia, że chcemy dowiadywać się jeszcze więcej na jego temat i ciągle jest nam mało wywiadów z jego osobą. Nie inaczej jest w przypadku wywiadu przeprowadzonego przez Sama Amicka z USA Today, w którym pięciokrotny mistrz NBA mówi przede wszystkim o zamiłowaniu do opowiadania opowieści, a także m.in. o powodach, dla których powstał jego nowy film dokumentalny, dlaczego nie jest jeszcze gotowy aby wybrać się na sportową emeryturę, czy też dlaczego Dwight Howard od początku nie był odpowiednim elementem do układanki w Jeziorowcach. Całość możecie przeczytać w rozwinięciu tekstu.

Sam Amick: Najbardziej ze wszystkiego chciałbym zrozumieć, dlaczego robisz niektóre rzeczy, które robisz? Dlaczego akurat teraz ten film? Dlaczego starasz się wrócić do gry po tylu kontuzjach? Co cię motywuje?

Kobe Bryant: To zabawne ale obie rzeczy się łączą ze sobą, więc odpowiedź na nie jest taka sama. Rozpoczęliśmy kręcenie filmu w ciągu tego procesu (powrotu do gry po kontuzji). Reżyser Gotham (Chopra) przyszedł do mnie z propozycją zrobienia filmu dokumentalnego dla Showtime, na co ja odpowiedział: „Tak, pewnie”. Zaczęli mnie więc śledzić z kamerami itd. aż w końcu mieliśmy film. Usiedliśmy tutaj, zobaczyliśmy go… Już wtedy wiedziałem co zrobimy z Kobe Inc. i co lubię robić, czyli opowiadać historie. Po tym więc jak zobaczyliśmy film, powiedziałem: „Wiesz co? Nie róbmy typowego filmu dokumentalnego. Zróbmy coś więcej”. Jeżeli mam bowiem zrobić film dokumentalny, to chcę to zrobić tak, jakbym pisał książkę ale zamiast niej, zróbmy film”. Skupiliśmy się więc na tym projekcie i stworzyliśmy coś zupełnie nowego.

Amick: Jeżeli chodzi o Gothama… to chyba nie jest to przypadek, że fan Bostonu Celtics reżyseruje film o tobie? Szczególnie, że przecież żadna inna organizacja tak bardzo cię nie zainspirowała (jak Celtics).

Bryant: Czasami właśnie tak wychodzi, rzeczy dzieją się w ten, a nie inny sposób (śmiech). To za te żarty w biurze.

Amick: Jedyna rzecz, która mnie w tym wszystkim uderza, to że ta twoja otwartość może się odbić na wszystkim wokół ciebie. Rozwiązuje się jakaś tajemnica, wyjaśnia dlaczego jesteś kim jesteś. A jako że nie skończyłeś jeszcze grać, to czy jakaś część ciebie czuje, że to może pomóc ci w rekrutowaniu zawodników (do Lakers)?

Bryant: Ci co rozumieją mnie, to dzieciaki, które dorastały oglądając mnie, tak jak ja dorastałem oglądając Michaela (Jordana) i Magica (Johnsona). Ci co nie rozumieją, nie wiedzą jak to jest wznieść tę organizację na następny poziom. To wiąże się z dużym obowiązkiem. Musisz pogodzić się z tym, że nie zadowolisz wszystkich. Kyrie Irving, James Harden, (Russell) Westbrook – ta generacja zawodników mówi dokładnie moim językiem. Oni dorastali z tym samym przekonaniem co ja. Nie patrzę więc na to i myślę sobie: „To pomoże im lepiej zrozumieć”. Oni wiedzą kim jestem. Bardzo łatwo jest ulegać plotkom lub tym, co mówią inni ludzie ale prawda jest taka, że wszyscy chcą grać dla tej organizacji, ponieważ jest ona po prostu świetna.

Choć fakty są faktami, tak jednak salary cap jest salary capem. Zawodnicy nie zostawią milionów dolarów na stole tylko po to, aby przyjść tutaj grać. To nierealistyczne. Chcieć aby LeBron (James) przyszedł tutaj i ponownie zgodził się na sporą obniżkę płac (w ostatnie lato), po tym jak wziął już taką gdy dołączał do Miami jest nierealistyczne. Melo (Carmelo Anthony) zostawiający 15-20 milionów dolarów na stole również. Są więc pewne ograniczenia ale jakoś sobie poradzimy.

Amick: W wielu twoich wywiadach słyszałem jak mówisz co nieco o DNA. Czy teraz jest mniej zawodników w lidze z twoim DNA niż kiedy po raz pierwszy się w niej pojawiłeś?

Bryant: Absolutnie tak.

Amick: Dlaczego?

Bryant: Mogę tylko zgadywać ale kiedy dorastałem to czymś normalnym było być osobą rywalizującą, która chce być lepsza od innych. To było całkowicie zrozumiałe, że chcę być lepszy od Tima Thomsa, gdy wychodziłem ze szkoły średniej, a on, że chciał być lepszy ode mnie. To było w porządku, a teraz jest więcej postaw pasywnych: „Nie, nie staram się być lepszy od ciebie, ale ty jesteś”. Zamiast rzucić komuś rękawicę i powiedzieć: „Nie, będziemy się ze sobą zmagać, nawet jeżeli jesteśmy przyjaciółmi”. Magic i Isiah (Thomas) byli wspaniałymi przyjaciółmi ale to było zrozumiałe, że: „Ja chcę mieć to, co ty masz”. Wydaje mi się, że AAU circiut (koszykarski zjazd Amateur Athletic Union) może mieć wpływ na to jak jest, ponieważ zawodnicy są wokół siebie przez cały czas, dobrze się poznają i liczą na siebie, wspierają się nawzajem itd., co jest w porządku. Ale za dużo jest w tym wszystkim koleżeństwa, przez co później aż głupio jest im tak naprawdę ze sobą rywalizować.

Kobe Bryant w starciu ze swoim idolem - Michaelem Jordanem

Amick: Mówiłeś nawet, że tak też powinno być podczas Meczów Gwiazd, gdzie sam nadal rywalizujesz z innymi, starasz się za wszelką cenę.

Bryant: Cofnij się do przeszłości i zobacz Mecz Gwiazd z 1988 roku lub 1989. Ci faceci walczyli ze sobą. Starali się wygrać. Zawsze starałem się robić to samo. Kiedy pojedynkuję się z Vince’em (Carterem) w Meczu Gwiazd lub Dwayne’em (Wade’em), to oni wiedzą że nie odpuszczę. Mam nadzieję, że Mecze Gwiazd wrócą do tego poziomu.

Amick: Jednym z zawodników, który według ciebie zdecydowanie nie miał odpowiedniego DNA w sobie, był Dwight Howard. Otwarłeś się ostatnio co nieco i powiedziałeś jak to wszystko się potoczyło. Chciałbym jednak zapytać się ciebie o coś konkretnego. Zawsze słyszałem, że powiedziałeś mu w lato w lipcu 2013 roku, że za trzy-cztery lata od twojego odejścia, to on może być „tą osobą” (w Lakers). Czy to prawda?

Bryant: To bardzo proste. Tu nie chodzi o trzy lub cztery lata i powiedziałem to zarządowi. Dla mnie chodzi o to, aby upewnić się, że Lakers mają odpowiednią osobę na miejscu, która jest w stanie pociągnąć tę organizację. Starałem się uczyć Dwighta. Pokazać mu (to i owo). Ale w rzeczywistości jest tak, że jeżeli masz pewien pogląd na to, jak wygrywa się mistrzostwa – i jest on przyjazny, bardzo towarzyski, który polega na ciągłym wspieraniu się nawzajem w szatni i byciu przyjaciółmi (to trudno jest go zmienić).. To jest pewien pogląd. Myślę, że to był właśnie jego. Kiedy jednak zobaczył jaka jest rzeczywistość, to nie czuł się zbyt komfortowo w niej. Trudno jest wtedy zwalczyć to, poradzić sobie z tym wyzwaniem. Nie sądzę, że był gotowy poradzić sobie z tym niewygodnym uczuciem i bojowym podejściem (do tego sportu).

Amick: A była jakaś część ciebie, która martwiła się tym, że możesz zostać zmuszony do współpracy z nim?

Bryant: Nie, zawsze powtarzałem organizacji: „Mogę podzielić się z wami tylko moją opinią ale dostosuję się do waszych wskazówek, drogi jaką zechcecie obrać”, ze względu na to, że tak dużo zrobili dla mnie podczas mojej kariery”. Będę więc pracował z każdym elementem ich układanki, jaki mi dadzą.

Amick: W filmie dużo mówisz o twoich inspiracjach i korzeniach tego, jak stałeś się takim agresywnym zawodnikiem. Czy był kiedyś taki moment, w którym pomyślałeś o zmianie, ponieważ podejście takie powoduje konflikty?

Bryant: W filmie jest świetny rozdział zatytułowany „Czarny kapelusz” i (noszenie go) pomaga czasem zachować równowagę. Mogę bowiem zawisnąć za długo po stronie dobrego lub złego gliny. Będąc liderem, to sztuka znaleźć tę równowagę, odpowiednią ilość czasu z każdym zawodnikiem z osobna i tym, co potrzebują. To wymaga patrzenia na zewnątrz a nie tylko wewnątrz. W 2008, 2009 i 2010 roku (z Lakers) to bardziej chodziło o zawodników w szatni, obserwowanie ich, w jakich chwilach stają się emocjonalni. Wcześniej bowiem myślisz: „Gdzie ja jestem, jak ja mogę pożądane osiągnąć pożądane rezultaty?”. To wielka różnica – to mała zmiana ale wielka różnica. Ponieważ kiedy już otworzysz swoje oczy i zaczniesz patrzeć wokół siebie, to zaczniesz dostrzegać bardzo oczywiste rzeczy. Łatwo jest zrozumieć wtedy co Pau (Gasol) potrzebuje w danym momencie, co Lamar (Odom) potrzebuje itd. Trzeba po prostu otworzyć oczy na to.

Amick: Phil Jackson był dla ciebie bardzo ważny pod tym względem, prawda?

Bryant: Bardzo. Bardzo ważny. Potrafić zostać w teraźniejszości, w danym momencie, a nie przewidywać to co będzie, co chcesz żeby było (to ważne). Widzisz to przez cały czas w swoim zawodzie. Pisarze podchodzą i rozmawiają z zawodnikami i od razu mają jakąś ideę o czym będą pisać. Więc odpowiedź jaką otrzymasz, jaką zobaczysz, jest postrzegana przez pryzmat tego, co chcesz napisać. Jako lider, musisz mieć jednak zupełnie czystą kartę. Nie możesz iść i oczekiwać tego, co chcesz zobaczyć. Musisz być obecny teraz. Tutaj. To jest trudne.

Kobe Bryant i Phil Jackson z kolejnym mistrzowskim trofeum

Amick: Twoja pasja do opowiadania historii jest czymś, o czym nie wiedziałem o tobie. Skąd się wzięła?

Bryant: Zawsze sprawiało mi to przyjemność. W szkole średnie, miałem świetną nauczycielkę ze sztuki mówienia. Motywowała nas do formułowania, tworzenia historyjek, dzielenia się nimi i zawsze mi się to podobało. Kiedy przyszedłem do ligi, to bardzo zaciekawił mnie proces tworzenia reklamówek i dlaczego niektóre z nich, wywołują określone emocje. Dlaczego Wieden-Kennedy (agencja reklamowa współpracująca z Nike) robi to w taki spektakularny sposób, a inne nie potrafią wyzwolić tych emocji. Pochłonąłem to wszystko i sam założyłem agencję (w 2005 roku Zambezi Media), którą miałem aż do niedawna. Tworzyliśmy kampanie reklamowe dla wielu różnych ludzi.

Stąd to się wzięło. Zacząłem więc pisać moje własne reklamówki. Kiedy podpisałem umowę z Nike, to wtedy nabrało to wszystko kształtów, ponieważ teraz mam nie tylko możliwość formułowania tych historii ale także przekazania ich poprzez produkt. Wtedy właśnie zacząłem naprawdę rozumieć to wszystko, ponieważ miałem te pomysły, a od nich jako od świetnej marketingowo firmy, uczyłem się tego jak je dopracowywać. W kolejnym roku natomiast przychodziłem z kolejną historią. Nasz produkt ma historię od początku do końca. Wszystko ma swój cel. A tym celem jest historia, która się z nim wiąże. Dla mnie jest to moja pasja. Rozumiesz o czym mówię? Dla innych zawodników to może być coś innego, być może inwestycja… To zależy co jest twoją pasją.

Amick: Kiedy nastąpiła w tobie zmiana? Kiedy zdecydowałeś, że będziesz sobą, bez względu na to co ludzie sobie pomyślą?

Bryant: Kilka lat temu, kiedy po prostu się otworzyłem. W zasadzie to zaczęło się to od pierwszej kampanii z Nike. To była właściwie reklama drukowana, na podstawie której stworzyliśmy spot w TV. To była reklama „Love Me, Hate Me” (link). Zrobiliśmy ją w jeden dzień i wtedy zadecydowałem, że wszystko co robię, będzie jak zdjęcie. To prawie jak spoglądanie na bilans (w przedsiębiorstwie). Możesz mnie złapać w dowolnym momencie, więc kiedy później spojrzę na wszystko, bez względu na to czy jest to historią którą napisałeś albo kampania reklamowa, albo but – wszystko to reprezentuje gdzie byłem w danym momencie mego życia.

Swoją drogą to całkiem zabawne spoglądać za siebie, szczególnie na swoją mentalność przez te wszystkie lata i być w stanie dorosnąć. Dla mnie to bardzo wyjątkowe, ponieważ dorastałem w tym samym mieście, w tej samej organizacji przez te wszystkie lata.

Amick: Ty i ja rozmawialiśmy wcześniej w tym sezonie o koncepcji, fakcie że wiele ludzi przypuszcza, że w końcu będziesz chciał uciec od tego wszystkiego, ze względu na to, jak źle się dzieje w Lakers.

Bryant: Ja tak nie robię. Muszę pogodzić dobry czas w tej organizacji, z tym złym. Nie możesz być liderem organizacji, a potem kiedy przychodzą gorsze dni powiedzieć: „W porządku, dziękuję wam”.

Amick: Kilka losowych pytań dla ciebie. Mówiłeś kiedyś o tym fascynującym zwyczaju jaki masz, a mianowicie o kontaktowaniu się z ważnymi ludźmi aby uczyć się od nich. Z kim ostatnio się skontaktowałeś?

Bryant: Z Anną Wintour.

Amick: Powinienem chyba wiedzieć kto to jest.

Bryant: Redaktor naczelny Vogue’a.

Amick: To była rozmowa czy e-mail?

Bryant: E-mail. Wymieniliśmy e-maile.

Amick: Dlaczego?

Bryant: Ma reputację w jej działce podobną do mojej, a poza tym nakręcamy, inspirujemy ludzi. Bardzo chciałem zrozumieć to, jak jest w stanie stworzyć taką kulturę doskonałości, prestiżu w jej publikacjach i być w stanie robić to konsekwentnie rok po roku. Jak ta kultura została stworzona przez tę firmę i jak tak dobrze się trzyma? To zabawne, ponieważ reakcja zawsze jest ta sama (od ludzi, z którymi się kontaktuje). Zawsze każdy się nieco cofa, ponieważ nikt tak naprawdę nie miał szansy, czasu zastanowić się nad własnym procesem jak robi pewne rzeczy. Okazuje się więc to być doświadczeniem terapeutycznym. Masz szansę pomyśleć „Jak to zrobiłem?”.

Bryant reklamujący jego Nike Kobe X

Amick: Jako że twój film dotyczy całej twojej kariery, jakie były twoje najlepsze i najgorsze momenty w ciągu tych ostatnich 20 lat?

Bryant: Myślę, że opinia publiczna jest w stanie zgadnąć, jakie to były momenty. To czego się nauczyłem w czasie takich chwil, to pozostawać ciągle na prostej, co bardzo trudno zrobić. Prawda jest taka, że dzisiaj jest świetnie, a jutro może być (przekleństwo). Trzeba więc trzeźwo myśleć, być konsekwentnym w tym co się robi. Być jeden krok przed innymi, przejść do następnej rzeczy i zrobić coś lepiej następnego dnia.

Amick: Ostatnio ciągle pytano cię o film Whiplash, chociaż ja go nie widziałem. Widziałem jednak „Snajpera”, którego wiem, że nie widziałeś ale główny bohater w nim (Chris Kyle) bardzo mi ciebie przypomina. Jego ojciec nauczył go nie być „owcą” w stadzie i być agresywnym (w dobrym tego słowa znaczeniu). Na końcu jest scena, w której mówi o tym, jak bardzo myślał o tych żołnierzach, których nie ocalił, zamiast o tych, których ocalił – co kojarzy mi się z twoimi komentarzami na temat tego, że powinieneś mieć siedem mistrzowskich tytułów, a nie pięć.

Bryant: Wiesz co Sam, jak dobrze prześledzisz ten temat, to zauważysz, że między nim, mną Anną Wintour, Philem Jacksonem, czy Steve’em Jobsem nie ma żadnej różnicy. To nie ma znaczenia. Głód jest taki sam, bez względu na to co robisz. To jak nienasycone pragnienie nauczenia się więcej albo poczucia, że mógłbyś zrobić więcej, bycie brutalnie szczerym ze sobą i samokrytycznym, co jest trudne. Naturą ludzką jest bowiem obwiniać o coś kogoś innego. Bardzo trudno natomiast samemu przyznać się do winy. Myślę więc o nim, że jest bardzo świadomą osobą, która kiedy życia ludzkie są w niebezpieczeństwie, ma odwagę wziąć to wszystko na siebie i powiedzieć: „Mogłem zrobić więcej”. To fenomenalne.

Amick: Kolejne pytanie niezwiązane z głównym tematem: rozmawiałeś ostatnio z Lamarem Odomem?

Bryant: Tak.

Amick: Jak się ma?

Bryant: Dobrze, radzi sobie dobrze. Rozmawiałem z nim podczas jego słabszych momentów i myślę, że to zabawne jak sport może mieć wpływ (na człowieka), ponieważ wykorzystałem to, co robiliśmy jako drużyna, tą twardość oraz hart ducha i podzieliłem się z nim kilkoma opowieściami, aby przypomnieć mu o tej naszej wspólnej podróży, prawda? Zabrałem go z powrotem do tego miejsca, aby ponownie mógł je odnaleźć i wyjść z tego wszystkiego.

Amick: Ostatnio rozmawiałeś albo kiedy był w samym środku swoich problemów?

Bryant: To było kiedy był w samym środku tego wszystkiego, a potem rozmawiałem z nim jeszcze dwa miesiące później. Ma się dobrze (Kobe pokazał dwa kciuki do góry w tym momencie). Wszyscy jesteśmy sobie bliscy. Z Shannonem (Brownem) na przykład jadłem kolację poprzedniej nocy. Kiedy przechodzisz przez coś takiego i wygrywasz coś takiego (jak mistrzostwo) jako grupa, razem – to nie tracisz tego.

Źródło: USA Today (link)

Tagi:

Skomentuj