Udany początek sezonu dla Lakers

Opublikowane przez , 30 listopada 2013 w Artykuły, Podsumowania, 0 komentarzy

Za nami pierwszy miesiąc rozgrywek NBA dla Los Angeles Lakers. Jeziorowcy ostatecznie wygrali 9 z 17 rozegranych spotkań i chyba nikt się nie spodziewał, tak dobrego startu pod nieobecność Kobe’ego Bryanta. Podopieczni Mike’a D’Antoniego przez cały czas walczyli aby osiągnąć dodatni bilans i w meczu z Detroit Pistons ta sztuka im się w końcu udała. Przez ponad 30 ostatnich dni ekipa zaliczyła kilka wzlotów i upadków, miała momenty słabości ale finalnie więcej było pozytywnych aspektów w ich grze, niż negatywnych. Jak na tak młodą ekipę, bez wyraźnego lidera trzeba przyznać, że poszło im nadzwyczaj dobrze. Mając jeden z najtrudniejszych kalendarzy na start sezonu, Lakers zdołali pokonać takie zespoły jak Los Angeles Clippers, Houston Rockets, Golden State Warriors, czy New Orleans Pelicans, którzy przecież nie przegrali żadnego pojedynku w preseasonie. Do tego wygranie ostatnich 5 z sześciu rozegranych spotkań (w tym dwa na wyjeździe), może naprawdę napawać optymizmem i dać wiarę w kolejne zwycięstwa oraz jeszcze lepszy nadchodzący miesiąc.

Od samego początku było widać, że w grze Lakers wiele się zmieniło od zeszłego sezonu. Mimo, że teoretycznie ofensywa koszykarzy złota i purpury znacznie się pogorszyła (spadek ORTg o 4.7 punktów), to wygląda ona o niebo lepiej niż rok temu. W końcu zawodnicy znają system, wiedzą jak w nim grać, egzekwują założenia trenera, a zmiennicy dają ogromne wsparcie z ławki i co mecz wnoszą do gry wiele energii. Do szczęścia w tym wszystkim brakuje tylko Kobe’ego Bryanta, który samą obecnością na parkiecie, ułatwiłby grę w ataku swoim kolegom. Mimo jednak braku lidera zespołu, spotkania z udziałem Jeziorowców mogą naprawdę cieszyć oko. W drużynie nikt nikomu nie wyrywa piłki z rąk, zawodnicy szukają partnera, który jest na jak najlepszej pozycji rzutowej i w pełni wykorzystują swoje atuty. Efektem tego są zaliczane 24 asysty na mecz i piątce miejsce w NBA pod tym względem.

Pierwsze osiem spotkań mogły przypominać trochę kalejdoskop. Lakers jednego dnia wygrywali, po czym następnej nocy przegrywali, zaliczając po drodze blowouty z Warriors, Mavericks i Timberwolves. Wpływ na to miało brak koncentracji i słaba obrona, jak również brak ustabilizowanej rotacji, która wydaje się, że dopiero po meczu z Wilkami się ukształtowała. Przesunięcie do pierwszej piątki Jordana Hilla i Wesleya Johnsona (czego chciała większość fanów) dodało zastrzyku energii reszcie podstawowych zawodników. Do tego z gry wypadł Steve Nash, który najlepsze lata gry ma już chyba za sobą, a Steve Blake stał się nowym, ważnym punktem drużyny. Na pierwsze efekty tych zmian nie trzeba było długo czekać.

Jeziorowcy od tego czasu wygrali 6 z dziewięciu rozegranych spotkań, czyli de facto po każdych dwóch zwycięstwach, przychodziła jedna porażka. To zdecydowanie lepszy bilans niż w pierwszych ośmiu meczach (3-5), który mocno pobudził do intensywnej gry podopiecznych D’Antoniego. Co najważniejsze, drużyna z Los angeles udowodniła, że całkiem dobrze radzi sobie na wyjazdach. Już w meczach z Rockets i Pelicans pokazała, że ma szansę nawiązać równę rywalizację z przeciwnikiem na ich terenie. Również starcie z Denver Nuggets nie można zaliczyć do wpadek, bowiem tam od 2003 roku Lakers mają problem z wygrywaniem drugiego spotkania back-to-back. Tymczasem przez większość meczu 16 – krotni mistrzowie NBA utrzymywali się w grze i podobnie jak w starciu w Nowym Orleanie, o wszystkim zadecydowała czwarta kwarta, w której po prostu zabrakło im sił w nogach i Kobe’ego Bryanta.

Xavier Henry podczas wykonywania tzw. reverse layupa w meczu z Rockets

W dwóch ostatnich pojedynkach Jeziorowcy udowodnili jednak, że potrafią wygrywać bez pięciokrotnego mistrza NBA w składzie. W Brooklynie kluczowym przechwytem zabłysnął Wesley Johnson, a osobiste trafiali Jodie Meeks i Xavier Henry, z kolei we wczorajszej nocy Jordan Farmar, Shawne Williams i Nick Young mieli bardzo duży udział w końcowym zwycięstwie i uratowali swoją drużynę przed porażką w czwartej kwarcie. Do tego wszystkiego trzeba zaliczyć również wcześniejsze spotkanie z Rockets, w którym Steve Blake trafił trójkę na 1.3 sekundy do końca. Jeziorowcy w ciągu tych paru dni poprawili się w tym elemencie i choć nic nie zastąpi obecności Kobe’ego Bryanta w ostatnich minutach meczu, to trzeba pochwalić zawodników i trenera, że całkiem nieźle potrafią sobie radzić również bez niego.

Na pochwałę zasługuje ostatnio w szczególności Jordan Farmar, który wydaje się brać większy ciężar gry na swoje barki i wypełniać lukę po Black Mambie. Były rozgrywający m.in. Nets, który dziś obchodzi swoje 27 urodziny, po tym jak dobre spotkania przeplatał słabymi wydaje się, że w końcu ustabilizował swoją formę i stał się stałym oraz mocnym punktem ławki rezerwowych. W ostatnich pięciu meczach Farmar notuje średnio 14.6 punktów, trafiając na 58% skuteczności, w tym 54% zza łuku. Do tego 27 – latek rozdaje każdego wieczoru 5 asyst. Zespół z Kalifornii będzie potrzebował tak solidnej gry z jego strony w dalszej części rozgrywek, bowiem Jordan jest liderem drugiego unitu i to w głównej mierze od niego zależy, jak będzie grała reszta.

Co jeszcze zasługuje na pochwałę? Oczywiście skuteczność Lakers zza łuku. Jeziorowcy trafiają aż 41% rzutów z dystansu i są na czwartym miejscu w lidze w tej kategorii. Jest takie powiedzenie w NBA „live by the three, die by the three” ale z drugiej strony, gdy tacy zawodnicy jak Meeks, Blake, czy Johnson są niepilnowani na dystansie, to dlaczego mieliby się ograniczać pod tym względem? Każdy z tej trójki trafia ponad 43% swoich trójek. Najważniejsza w tym wszystkim jest pewność siebie z jaką grają koszykarze z Miasta Aniołów. Mike D’Antoni dał im zielone światło na rzucanie z dobrych pozycji i nikt nie przejmuje się tym, że może nie trafić. Jest to zupełnie inna sytuacja niż ta, którą oglądaliśmy dwa lata temu, kiedy to Mike Brown m.in. zabraniał Mattowi Barnesowi oddawania niektórych rzutów. To blokowało niskiego skrzydłowego, który zaliczył przeciętny sezon i dopiero w Los Angeles Clippers odzyskał swoją formę, co wynikało z większej swobody przy podejmowaniu decyzji. Zawodnicy D’Antoniego są szczęśliwi ze swoich ról i z grania w jego systemie, a to oznacza większą pasję i zaangażowanie na parkiecie. Patrząc na Nicka Younga, Jordana Farmara, czy też Wesley’a Johnsona, trudno się z tym niezgodzić.

Myślę, że czerpiemy wiele radości ze wspólnej gry i nabieramy kształtów w tym momencie. Wszystko zaczyna się układać. Wykonujemy naprawdę dobrą robotę.

Przy miesięcznym podsumowaniu nie można zapomnieć również o tym, jak spisywali się Lakers w obronie w tym okresie. Zawodnicy w końcu są po tej samej stronie parkietu i pomagają sobie nawzajem. W drużynie widać chemię i zrozumienie i pod tym względem jest zdecydowanie lepiej niż rok temu. Oczywiście Lakers zaliczyli okropne wpadki w starciach z Warriors i Mavericks na wyjeździe, czy też z Timberwolves u siebie ale z drugiej strony, takie spotkania jak z Rockets, Pelicans u siebie, Grizzlies, czy Kings pokazały nam naprawdę dobrą defensywę. Jeziorowcy mają jednak nad czym pracować i najwięcej powinno się dostać Pau Gasolowi, który póki co jest po prostu beznadziejny w defensywie. Hiszpan nie pomaga przy pick & rollach, nie wychodzi wyżej aby ograniczyć poczynania zawodnika, korzystającego z zasłony itd., a do tego jest wolny i mało mobilny. Dwukrotny mistrz NBA musi pamiętać, że jest centrem w drużynie i jego rola jest najważniejsza. Efekty braku zaangażowania Gasola w obronie można było szczególnie zobaczyć w meczu z Wizards, kiedy to Farmar kilkakrotnie zmuszał Walla do pójścia w tą samą stronę, a Pau ani razu nie był przygotowany i nie wyciągnął ręki aby utrudnić mu oddanie rzutu z półdystansu. Jego gra oraz ogólna współpraca wysokich musi się poprawić, bowiem tutaj jest największy problem, co pokazali również gracze Detroit Pistons w The Palace of Auburn Hills przez 36 minut gry. Mimo tych braków i tak jest dużo lepiej niż w zeszłym sezonie i jak na zespół, typowany przez ekspertów do bycia w ostatniej piątce NBA pod względem defensywy, radzi on sobie całkiem dobrze, plasując się na 13 miejscu pod względem DRTG (104.8) oraz 11 jeżeli chodzi i skuteczność rywali (44.7%).

Obrona to ten element gry, nad którym Jeziorowcy sporo pracowali w ostatnim czasie

Bardzo duży udział w tym ma Wesley Johnson, który do tej pory spisuje się fantastycznie po tej stronie parkietu. Pisząc fantastyczny, mam na myśli głównie jego postawę w obronie zespołowej ale i indywidualnie Wes wypada dobrze. Jego DRTg w obecnym sezonie to 102 punkty, procent posiadań przeciwników, które kończą się przechwytami gdy przebywa na parkiecie wynosi 2.1, a z kolei bloków 4.3. Poza tym Johnson zatrzymuje swoich rywali na 34.2% skuteczności (dla porównania World Peace 43.9%). Te wszystkie wartości są najwyższe w drużynie złota i purpury. Statystyki tylko potwierdzają to, co można zobaczyć oglądając spotkania, czyli dobre ustawienie, koncentrację, pomoc swoim kolegom oraz doskonałe wyczucie czasu.

Kiedy widzę okazję żeby być agresywnym lub podwoić kogoś – po prostu to robię. Trenerzy mówią mi, że reszta drużyny dostosuje się do tego, co robię. Cokolwiek to jest, oni będą grać za mnie, będą mnie wspierać i asekurować.

Cieszy taka postawa całego zespołu – to, że każdy stoi za sobą murem i jest gotów naprawić błąd swego partnera z drużyny. Lakers zdają sobie sprawę ze swoich indywidualnych słabości, czy to w ataku, czy w obronie i dlatego każde zwycięstwo jakie odnoszą, mogą zawdzięczać grze zespołowej.

Podsumowując Los Angeles Lakers udowodnili wszystkim w lidze, że nie powinno się ich lekceważyć. W tych 17 spotkaniach pokazali swój potencjał, który jeszcze wzrośnie gdy do składu powróci Kobe Bryant. Bardzo cieszy fakt, że obóz przygotowawczy, odpowiednio dobrani asystenci przez Mike’a D’Antoniego oraz nowe wzmocnienia przynoszą rezultaty i były tym, czego ta ekipa potrzebowała. Wola walki, poświęcenie oraz gra z sercem to coś, co powinno charakteryzować każdego gracza przychodzącego do Lakers. Między innymi to właśnie te cechy odróżniają obecną ekipę od zeszłorocznej i wpłynęły na wygranie dziewięciu spotkań. Oby tylko w dalszej części sezonu 16 – krotni mistrzowie utrzymali taką postawę. Straty do czwartego miejsca w lidze są naprawdę niewielkie i listopad pokazał nam, że walka o playoffs będzie w tym roku niezwykle wyrównana. Ważne jest jednak to, że Lakers na pewno będą się w niej liczyć.

Skomentuj