Sylwetki zawodników: Jeremy Lin

Opublikowane przez , 16 lipca 2014 w Artykuły, Zawodnicy, 0 komentarzy

Jeremy Lin trafił do NBA w 2010 roku ale jego kariera tak naprawdę rozpoczęła się dopiero dwa lata później pod wodzą Mike’a D’Antoniego, który ze względu na dużą liczbę kontuzji w New York Knicks, zdecydował się dać szansę młodemu Tajwańczykowi, urodzonemu w Los Angeles. To właśnie wtedy cały świat po raz pierwszy usłyszał o Linie, który idealnie pasował do koncepcji Mike’a D’Antoniego i praktycznie co noc czarował widownie zgromadzone w halach NBA, prowadząc ekipę z Big Apple do siedmiu zwycięstw z rzędu. Ten etap kariery Jeremy’ego był dla niego najważniejszy w życiu. Wykorzystał on jedyną szansę, którą dostał i udało mu się zabłysnąć w amerykańsko-kanadyjskiej lidze. Fani dwukrotnych mistrzów NBA szaleli na jego punkcie, a jego znakomita zyskała przydomek Linsanity.

To za sprawą swojej krótkiej ale bardzo owocnej kariery w Knicks, w barwach których notował średnio 14.6 punktów i 6.2 asysty na mecz, grając nieco poniżej 27 minut, Lin otrzymał ofertę od Houston Rockets, wartą aż 25 milionów dolarów za trzy lata gry (w pierwszych dwóch zarobił nieco ponad 10, z kolei w trzecim sezonie, który spędzi w barwach Lakers, dostanie niecałe 15 milionów dolarów). Patrząc z perspektywy czasu, trudno ocenić ten kontrakt jako dobre posunięcie, gdyż Jeremy po odejściu z systemu Mike’a D’Antoniego już nigdy tak nie błyszczał, a jego okres spędzony w Rakietach można raczej uznać za przeciętny. 25 – latek w czasie dwóch sezonów spędzonych w Texasie, noował srednio 13 oczek i 5.2 asysty, grając blisko 31 minut w każdym meczu. Niemniej jednak Lin w tamtym okresie czasu generował ogromne zainteresowanie i trzeba mieć na uwadze to, że z punktu marketingowego podpisanie go było świetnym ruchem, a wykorzystanie do tego klauzuli „poison pill” ułatwiło ruchy władzom Rockets na rynku wolnych agentów w kolejnym roku, dzięki czemu byli w stanie podpisać m.in. Dwighta Howarda.

Nie da się ukryć, że Lin najwięcej zyskał na grze w systemie D’Antoniego (tak samo jak Kendall Marshall; o sytuacjach obu zawodników pisałem już kiedyś w tym artykule). Jednak Jeremy Lin nie jest typowym rozgrywającym, a ostatnie lata spędzone w Houston, to potwierdziły. Jeremy lepiej czuje się jako dwójka, co pokazał szczególnie poprzednim sezon, w którym jego produkcja na pozycji rzucającego obrońcy była większa niż w przypadku, gdy grał jako rozgrywający (19.3 – 12.6 biorąc pod uwagę 48 minut gry). Nie zmienia to jednak faktu, że najlepiej czuje się mając piłkę w ręku i gdy sam kreuje sobie okazje do zdobywania punktów. Jednak gra u boku Jamesa Hardena pozwoliła mu nieco poprawić grę bez piłki i odnaleźć swoją rolę na parkiecie. To dobrze wróży dla niego i Kobe’ego Bryanta, który przecież nie zrezygnowałby z klepania piłki nawet jeśli u jego boku grałby Chris Paul. Zestawienie tych dwóch zawodników nie powinno być najgorszym rozwiązaniem dla zespołu (a kto wie, może i najlepszym), chociaż tak jak pisałem wyżej – Lin woli być jednak głównym punktem ofensywy (niekoniecznie odpowiedzialnym za kreowanie sytuacji innym) i dlatego być może lepiej by było, gdyby wchodził z ławki – tak samo jak to miało miejsce w Houston. To już jednak problem przyszłego szkoleniowca Jeziorowców, który będzie musiał się nieźle natrudzić aby znaleźć dla każdego jak najlepszą rolę w drużynie i połączyć to wszystko w całość. Tak czy inaczej Jeremy lubi być często wykorzystywany w ataku i wydaje się, że jest efektywny tylko wtedy, kiedy często sprawuje kontrolę nad piłką.

Skuteczność Jeremy'ego Lina oraz miejsca, z których rzucał najczęściej w sezonie 2013-14

Lin znany jest przede wszystkim ze swojej ofensywy i agresywnych wejść pod kosz. Dobrze spisuje się przy grze pick & roll, którą wykorzystuje przede wszystkim dla siebie samego, co pokazują ostatnie lata spędzone w Houston, gdzie liczba asyst z roku na rok spadała w przypadku Tajwańczyka. Szczególnie jest on niebezpieczny przy zagraniach typu handoff, przy których to rzucał na 58.6% skuteczności w ostatnim sezonie (21 miejsce w lidze). Ponadto mówiąc o tym 25 – latku nie można pominąć faktu, że wykorzystuje on całą połowę parkietu do zdobywania punktów – rzuca z dystansu, z półdystansu i spod kosza. Nie jest on jednak wybitnym shooterem, o czym świadczy jego skuteczność (34% zza łuku w całej karierze i niecałe 36% w ostatnim sezonie). Najlepiej radzi sobie za to pod koszem (64% w ostatnim sezonie) i na dalekim półdystansie (40.5%).

Chociaż jego ofensywa jest mocnym punktem, tak Jeremy’ego nie wyróżniają żadne nadzwyczajne i efektowne zagrania. Rzadko korzysta z runnerów, floaterów, rzutów z odchylenia itd. gdzie po prostu nie są one jego mocną stroną. Oprócz tego jego stosunek asyst do strat był jednym z najgorszych w zeszłym sezonie wśród rozgrywających, którzy grali średnio 20 minut w każdym meczu (1.67), co tylko zdaje się potwierdzać to, że nie jest on typową jedynką i w NBA zabłysnął przede wszystkim za sprawą Mike’a D’Antoniego, gdzie był naprawdę bardzo często wykorzystywany w ataku i gdzie cały zespół (z Tysonem Chandlerem na czele) starał się jak najbardziej ułatwić mu prowadzenie ofensywy.

Jeżeli chodzi o obronę, to tutaj wypada nieco ponad przeciętnie. Dobrze radzi sobie przy zagraniach jeden na jednego (zatrzymuje tutaj rywali na 30% skuteczności), kryciu pick & roli oraz spot-up shooterów ale średnio wypada w innych kategoriach, a najgorzej gdy musi biegać za strzelcami po zasłonach. Jego DRTg w ostatnim sezonie wyniósł 109 punktów na 100 posiadań (niecałe trzy punkty gorzej od obrony całego zespołu), choć trzeba przyznać, że bez niego na parkiecie Rockets tracili więcej punktów (108.7) niż z nim (105.9). Tak czy inaczej wskaźniki DWS i OWS, które przedstawiają wpływ danego zawodnika na odnoszone przez drużynę zwycięstwa za sprawą obrony (DWS) i ataku (OWS) mówią o tym, że Jeremy daje swojej drużynie więcej w ofensywie niż w defensywie. Choć jest dobrym shotblockerem jak na jego pozycję (siódme miejsce w lidze wśród rozgrywających) i nieźle radzi sobie z ograniczaniem łatwych punktów drużyny przeciwnej, tak nie da się ukryć, że jest słabym zbierającym (421 miejsce w lidze) i bardzo przeciętnym przechwytującym (208).

Czy Jeremy Lin odbuduje się w nowym zespole?

Grając w barwach Lakers, w mieście w którym się urodził, Lin będzie miał okazję odbudować swoją reputację po paru przeciętnych latach spędzonych w Houston, szczególnie, że będzie on jednym z lepszych zawodników reprezentujących Jeziorowców w przyszłym sezonie. Gdyby trenerem był nadal Mike D’Antoni, to niemal pewne jest, że Lin mógłby liczyć na duże minuty i całkiem udany sezon. Teraz jednak będzie musiał prawdopodobnie samodzielnie wskoczyć na wyższy poziom i to bez posiadania piłki tak często, jak to było w Nowym Jorku. Zobaczymy czy podczas pobytu w Texasie udało mu się zbalansować swoją grę jako jedynka i dwójka i czy bez piłki będzie potrafił być tak samo skuteczny jak z nią. Do tej pory bowiem nie był spot-up shooterem ale jeżeli będzie grał u boku Black Mamby, to Jeremy najprawdopodobniej będzie musiał się nim stać. Powinien on być gotowy do wszelkich poświęceń, gdyż jest to jego ostatni rok kontraktu. Raczej mało prawdopodobne jest aby teraz, ktoś był w stanie zagwarantować mu taką samą umowę, jak Rockets dwa lata temu.

Poza tym na koniec warto powiedzieć, że ściągniecie Lina do Los Angeles to nie tylko pozyskanie spadającego kontraktu oraz dwóch wyborów w drafcie ale także szansa na nową bazę fanów, którzy powędrują za nim z Texasu do Kalifornii. Być może zarząd nie wiąże z byłym graczem Knicks i Rockets dłuższych planów ale w przypadku niepodpisania LeBrona Jamesa i Carmelo Anthony’ego, nie mógł zrezygnować z takiej okazji. Choć Lakers będą walczyć praktycznie o nic, tak Lin będzie starał się ponownie zwrócić na siebie uwagę w NBA i być może uda mu się skłonić niektórych zwolenników złota i purpury do zobaczenia kilku spotkań w nadchodzącym sezonie. To jest prawdopodobnie jego jedyna motywacja w tym momencie, a z kolei dla fanów Lakers jedyna szansa na małą ekscytację w nadchodzących rozgrywkach.

Tagi:

Skomentuj