Styczeń najgorszy w historii

Opublikowane przez , 3 lutego 2014 w Artykuły, Podsumowania, 0 komentarzy

Piątkowy wieczór w Los Angeles. O tej porze centrum Miasta Aniołów tętni życiem, zabawą i entuzjazmem, ale opuszczający halę Staples Center kibice Lakers są dalecy od dobrego nastroju. Dopiero co wygwizdali swoją drużynę, która doznała kompromitującej porażki na własnym parkiecie z Charlotte Bobcats i stacza się na dno Konferencji Zachodniej. Osiemnasta porażka w ostatnich 21 meczach – w taki oto sposób Jeziorowcy zakończyli granie w styczniu 2014, jednym z najgorszych miesięcy w historii klubu.

Jeśli ktoś u progu nowego roku miał jeszcze nadzieję, że Lakers są w stanie odwrócić swoje losy i wrócić na zwycięski szlak, styczeń musiał boleśnie zweryfikować jego zdanie. Statystyki mówią same za siebie – bilans 3-12 to najgorszy bilans zanotowany przez Jeziorowców w pojedynczym miesiącu od 1964 roku i najgorszy w historii jeśli chodzi o styczeń. W całej lidze więcej porażek zaliczyli w tym okresie tylko Magic, Bucks i Celtics, a więc zespoły, które już od dłuższego czasu intensywnie myślą o tegorocznym drafcie.

Motyw przewodni – zero defensywy

Styczeń był dla Lakers kolejnym miesiącem naznaczonym plagą kontuzji. Mike D’Antoni w ani jednym spotkaniu nie mógł skorzystać z Kobe’ego Bryanta, Steve’a Blake’a, Jordana Farmara, Xaviera Henry’ego i Steve’a Nasha. W pewnym momencie Jeziorowców zaczęto określać nawet mianem D-Fenders, bo w niektórych meczach wiodącą rolę odgrywali Kendall Marshall, Ryan Kelly czy pozyskany właśnie z NBDL Manny Harris.

Częściowo usprawiedliwia to tragiczną postawę w defensywie, która była motywem przewodnim prawie wszystkich piętnastu styczniowych meczów Lakers. Prawie, bo jedynym wyjątkiem od tej reguły było zwycięstwo nad Utah Jazz z 3 stycznia (110-99) – wówczas koszykarze z LA zdołali zatrzymać rywali poniżej granicy 100 zdobytych punktów. Ile razy ta sztuka udała im się w pozostałych styczniowych spotkaniach? Tyle, co mi czy któremukolwiek z Was – ani razu! Najbardziej „spektakularnymi” wynikami były straty 114 „oczek” w Orlando, 120 w Cleveland czy aż 137 w Denver. Średnio Jeziorowcy pozwalali rywalom na zdobywanie 112,1 punktu ze skutecznością rzutów bliską 48%. Tak, granie przeciwko drużynie D’Antoniego jest ostatnio dużą przyjemnością. A korzystali na tym tacy zawodnicy jak Al Jefferson (40 punktów), Tobias Harris (28) czy Timofey Mozgov (20), z czego dwaj pierwsi wyrównali lub pobili swoje życiowe rekordy.

Jordan Hill mimo wszystko utrzymuje dobrą postawę na atakowanej tablicy

Przez cały miesiąc w Lakerlandzie wręcz wrzało od rozważań – fatalna postawa w obronie to rezultat niefrasobliwości samych zawodników czy bardziej trenera D’Antoniego? Prawdą jest, że w obecnym składzie na próżno szukać zawodników, którzy wyróżnialiby się ponadprzeciętnymi umiejętnościami w obronie. Brak doświadczenia i zgrania (w styczniu Lakers dobili do liczby 24 różnych zestawień pierwszych piątek) powodowały podstawowe, wręcz szkolne błędy. Te zaś budziły zniechęcenie i często w defensywnych poczynaniach Lakers brakowało zadziorności i woli walki. W efekcie rywale robili z nimi co chcieli, szczególnie w polu trzech sekund i na tablicach, gdzie zespół z Miasta Aniołów zbierał średnio aż o osiem piłek mniej od przeciwników.

Nie brakowało jednak opinii, że to D’Antoni jest głównym winowajcą dziurawej defensywy Lakers. Te najpopularniejsze wygłaszał oczywiście Magic Johnson, który wyrósł niedawno na pierwszego krytyka obecnego szkoleniowca Jeziorowców. – Popełniliśmy krytyczny błąd, nie zatrudniając z powrotem Phila Jacksona. Trener D’Antoni… lubiłem go, kiedy był w Phoenix – wypalił ostatnio legendarny rozgrywający Lakers, po czym dodał: – Nie mogę znieść oglądania Lakers, bo w obronie za każdym razem dzieje się to samo: pick-and-roll i obrońca rywali ma pustą drogę do kosza. Za nami już ponad 40 meczów w sezonie, a Lakers wciąż nie potrafią zatrzymać jednego, tego samego zagrania – grzmiał Magic na kanapie w programie Jay’a Leno. Johnson uwielbia być na czołówkach serwisów informacyjnych, stąd nikogo nie powinny dziwić jego kontrowersyjne i radykalne opinie. Niezależnie od tego, ile w nich jest prawdy, to szkoda, że słowa krytyki pod adresem D’Antoniego pochodzą od kogoś, kto w swojej trenerskiej przygodzie w NBA wygrał zaledwie 5 z 16 meczów…

(prze)Grammy Trip

Coroczna Grammy Trip to zazwyczaj moment, w którym realne możliwości Lakers zostają poddane miarodajnej weryfikacji. Pamiętacie rok 2009? Wówczas podczas sześciomeczowej serii meczów poza domem osłabieni brakiem kontuzjowanego Andrew Bynuma Jeziorowcy nie doznali ani jednej porażki, finiszując dwoma spektakularnymi zwycięstwami nad Celtics (po dogrywce) i Cavaliers (jeden z najlepszych występów Odoma w barwach Lakers) – wówczas głównymi pretendentami do mistrzowskiego tytułu. Kilka dni wcześniej Kobe ustanowił punktowy rekord hali MSG, zdobywając 62 „oczka”. Jak po czasie przyznawał sztab szkoleniowy, to właśnie na tej trasie narodził się silny i pewny siebie team, który przez dwa lata nie miał sobie równych w NBA.

Grammy Trip 2009 zdefiniowało tamtych Lakers, a ta sama seria wyjazdowa w 2014 roku zdefiniowała obecną drużynę. W Orlando, gdzie Jeziorowcy przegrali z jedną z najsłabszych drużyn w lidze, podopieczni D’Antoniego sięgnęli dna. Kobe Bryant stwierdził, że jeszcze nie widział Gasola równie zdenerwowanego, jak właśnie po tym spotkaniu. – Gdy przegrywasz z najgorszymi drużynami w lidze, musisz zadać sobie pytanie dlaczego tak się dzieje i kim cię to czyni – mówił wówczas rozgoryczony Hiszpan. Ta wypowiedź doskonale może posłużyć jako cytat podsumowujący Grammy Trip, jak i cały styczeń w wykonaniu Lakers.

Jedynym pozytywnym dla fana Lakers momentem, być może zarazem najlepszym w całym sezonie, był mecz w Bostonie. Starcie w TD Garden, wygrane przez Lakers w dramatycznych okolicznościach różnicą trzech punktów, pokazało, że nawet na samym dnie NBA pojedynek dwóch najbardziej utytułowanych drużyn ligi jest wielki. I że zwycięstwo nad odwiecznym rywalem zawsze smakuje wyśmienicie – nawet wtedy, gdy przesądza o nim Kendall Marshall, a najlepszym zawodnikiem Celtów jest Kevin Olynyk.

Vintage Pau

Choć styczeń był dla Lakers tak fatalny, to niektórzy zawodnicy rozegrali w nim kilka naprawdę udanych spotkań. Największą niespodzianką okazał się Kendall Marshall, który z miejsca rozruszał ofensywę Jeziorowców, świetnie regulował tempo gry i stał się jednym z najczęściej asystujących graczy ligi. Nick Young w wielu meczach był wiodącą postacią drużyny, choć pod koniec miesiąca nieco zatracił dobrą skuteczność. Świetną dyspozycję w rzutach zza łuku podtrzymywał Jodie Meeks, który w tym sezonie trafia 40,6% rzutów za trzy, czyli więcej, niż w trakcie całej dotychczasowej kariery (tylko 35,7% w zeszłych rozgrywkach). Uśmiech na twarzach fanów Lakers niejednokrotnie wywołał także Ryan Kelly. I to niekoniecznie uśmiech politowania – pierwszoroczniak z Duke był jednym z bohaterów wygranych w Bostonie i Toronto, gdzie zdobył kolejno 20 i 17 punktów.

Najrówniej i najsolidniej grającym zawodnikiem Lakers był jednak Pau Gasol. Dla wielu dwukrotny mistrz NBA w barwach Jeziorowców był już skończony, ale w styczniu Hiszpan pokazał, że wciąż potrafi grać na wysokim poziomie i zależy mu na zwycięstwach swojej drużyny.

Pau wraca do swojej formy All-Stara w barwach Lakers. Czy uda mu się ją utrzymać?

W 15 meczach rozegranych w styczniu Gasol tylko cztery razy nie zaliczył double-double. Wówczas trzykrotnie zabrakło mu jednej zbiórki i raz dwóch „desek”. Średnia? 20,8 punktu, 11,9 zbiórki i 3,9 asysty, czyli prawie tak, jak za najlepszych czasów w barwach Lakers. To diametralna różnica w porównaniu do grudnia, gdy Pau zaliczał 15,5 punktu i 7,8 zbiórki na mecz. Spory progres Katalończyk zanotował także pod względem skuteczności rzutów z gry – w styczniu trafiał 51% swoich prób, czyli aż o pięć procent więcej niż w poprzednim miesiącu. Co ciekawe, Gasol zdołał osiągnąć taki wynik oddając średnio o trzy rzuty więcej na mecz. To pokazuje, że nie tylko odzyskał właściwą formę, ale także ochotę do gry i zaangażowanie. Dodatkowo budzi szacunek fakt, iż ostatnio borykał się z kontuzją pachwiny. Pod nieobecność Kobe’ego Pau podjął rękawicę i nawet w tak beznadziejnych okolicznościach okazał się być prawdziwym liderem zespołu. Aż strach pomyśleć, jak wyglądałyby wyniki Lakers, gdyby Gasol był w równie przeciętnej dyspozycji jak na początku sezonu.

W sobotę minęło sześć lat, odkąd Pau trafił do Los Angeles. Najbliższe tygodnie (który to już raz?) będą decydującymi, jeśli chodzi o jego przyszłość w barwach Lakers. Najnowsze plotki mówią o dyskutowanej wymianie z Phoenix Suns. Jedno jest pewne – w styczniu Gasol pokazał zarządowi Jeziorowców, że zależy mu na pozostaniu w drużynie i wciąż jest w stanie pracować na szacunek dla koszulki, która kiedyś zawiśnie pod kopułą hali Staples Center. Ewentualny nowy pracodawca otrzymał zaś sygnał, że 33-letni Pau nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i warto na niego postawić.

Styczeń ostatecznie zweryfikował, jaka przyszłość czeka Lakers w drugiej części sezonu. Był miesiącem triumfu dla zwolenników odpuszczenia sezonu i tankowania. Ale nie wyrzucajcie go z pamięci! Gdy pewnego dnia Jeziorowcy będą sięgać po 17. mistrzowski tytuł, wspomnicie bilans 3-12, porażki z Magic i Bobcats czy derbowy blamaż z Clippers, gdy w pewnym momencie złoto-purpurowi przegrywali 59-100. Wówczas z jeszcze większą satysfakcją spojrzycie na żmudny proces odbudowy, który wyprowadzi Lakers z powrotem na szczyt NBA.

Skomentuj