Sezon do zapomnienia

Opublikowane przez , 5 maja 2014 w Artykuły, Podsumowania, 2 komentarze

W październiku nasze oczekiwania względem sezonu 2013/2014 były zupełnie odmienne. Niektórzy przewidywali kłopoty i już wtedy przekonywali, że najlepszym rozwiązaniem dla Jeziorowców będzie tankowanie. Większość kibiców Lakers twierdziła jednak, że nie będzie tak źle, a ciekawe wzmocnienia dokonane latem gwarantują rozgrywki co najmniej nie gorsze od tych poprzednich. Rzeczywistość twardo zweryfikowała opinie optymistów, choć tak fatalnego bilansu na koniec sezonu nie spodziewał się prawie nikt. Spójrzmy jeszcze raz na to, co przyniosło nam ostatnie pół roku w Lakerlandzie.

Prawie wszystko co dobre dla Lakers w tym sezonie skumulowało się w jego pierwszych tygodniach. Inauguracyjne zwycięstwo w derbach z Clippers było zaskoczeniem dla wszystkich. Grając w zupełnie odmienionym składzie, już w pierwszym meczu udało się pokonać jednego z pretendentów do mistrzowskiego tytułu. Było to jedno z niewielu spotkań, w których ujrzeliśmy takich Lakers, jakich chciał w tym sezonie Mike D’Antoni: preferujących szybką, efektowną koszykówkę i jeszcze nie zdziesiątkowanych serią kontuzji. Może tak wyglądałaby prawdziwa twarz Jeziorowców 2013/2014, gdyby nie najwyższa w lidze suma 319 meczów opuszczonych z powodu kontuzji przez wszystkich zawodników drużyny? – The Lakers are for real this year – powiedział wtedy zdobywca rekordowych w karierze 22 punktów, Xavier Henry. I wtedy choć na moment chyba wszyscy byliśmy w stanie mu uwierzyć.

Minęło ledwie kilka dni, a Lakers znów byli na ustach wszystkich. Mecz z 7 listopada w Houston pozostanie jednym z bardzo niewielu miłych wspomnień, jakie zachowamy po tym sezonie. Po wszystkich rozczarowaniach i upokorzeniach, jakie w poprzednich miesiącach przyniósł Jeziorowcom Dwight Howard, game-winner Steve’a Blake’a nad centrem Rockets smakował wyśmienicie.

Chociaż w listopadzie Lakers jeszcze zgrywali się po obu stronach parkietu, to pod nieobecność Kobe’ego Bryanta spisali się naprawdę przyzwoicie. Wygrali 9 z 17 rozegranych meczów, choć terminarz na start sezonu nie należał do najłatwiejszych. Drużyna D’Antoniego imponowała przede wszystkim głębią składu i zespołowością. Tacy zawodnicy jak Xavier Henry, Jordan Farmar czy Nick Young bardzo szybko wkomponowali się do nowego zespołu i w niektórych meczach grali nawet powyżej oczekiwań. To tylko potwierdzało, że kierunek obrany latem przez Mitcha Kupchaka jest właściwy, a po powrocie do gry Kobe’ego Bryanta powinno być już tylko lepiej…

Powrót koszmarów

Niezły początek sezonu rozbudził nadzieje, a grudzień miał być tym miesiącem, który pokaże, na co tak naprawdę stać tę drużynę. Wszyscy zadawali sobie pytanie, jak będzie wyglądać gra nowych Lakers, gdy pałeczkę lidera ponownie przejmie Kobe. Nikt jednak nie spodziewał się, że do Miasta Aniołów tak szybko wróci koszmar z poprzedniego sezonu – plaga kontuzji. Wydaje się, że tak beznadziejne pod tym względem rozgrywki mogą zdarzyć się tylko raz na kilka-kilkanaście lat. W Lakers D’Antoniego stało się to już drugi raz z rzędu.

Na początku grudnia z gry wypadł Jordan Farmar. W późniejszej części sezonu dwukrotny mistrz NBA musiał się zmagać jeszcze z kilkoma innymi urazami, które tak naprawdę zniszczyły mu pierwszy sezon po powrocie do NBA. A szkoda, bo na początku sezonu Farmar się rozkręcał i wydawało się, że może pełnić rolę bardzo solidnego przywódcy drugiego unitu Lakers. Po zaledwie kilku dniach sztab medyczny Jeziorowców musiał wpisać na listę kontuzjowanych kolejnego rozgrywającego, Steve’a Blake’a. To był jeszcze większy cios dla drużyny, bo pod nieobecność Kobe’ego były już zawodnik Lakers notował średnio 10 punktów i 7,7 asysty na mecz. D’Antoni stracił więc dyrygenta swojej ofensywy i teraz tę rolę musiał wejść powracający po kontuzji Bryant.

Na powrót Black Mamby wszyscy czekaliśmy ze wstrzymanym oddechem, ale jak się okazało, z wielkiej chmury spadł mały deszcz. Można było się spodziewać, że Kobe będzie potrzebował co najmniej kilku meczów na dojście do odpowiedniej formy i rzeczywiście tak było – lider Lakers przeplatał dobre występy ze słabszymi, notując kolejno 9, 20, 4, 21, 8 i 21 punktów. Najwięcej powodów do optymizmu Bryant dał chyba w meczu z Memphis, w którym obejrzeliśmy jedyny pamiętny highlight Kobe’ego, jaki przyniósł nam ten sezon. Kluczowy pull-up jumper nad Tonym Allenem w końcówce pozwolił myśleć, że Bryant jest już bliski odzyskania luzu, pewności siebie i komfortu w grze. Niestety, już dzień później okazało się, że pięciokrotny mistrz NBA okupił to spotkanie kontuzją kolana i czeka go kolejna dłuższa przerwa w grze. I patrząc na późniejsze losy Lakers, to był właśnie moment, w którym ten sezon tak naprawdę się dla nich skończył.

Kobe'ego Bryanta nie mogliśmy zbyt często oglądać w tym sezonie

Po wyjazdowym meczu z Memphis Jeziorowcy byli jeszcze w stanie odnieść zwycięstwo nad Minnesotą Timberwolves, ale od tamtego czasu zaczęli pikowanie. Brak kilku kluczowych zawodników osłabił i zniechęcił Lakers do gry w takim stopniu, że w następnych 13 meczach przegrali aż 12 razy. Mike D’Antoni nie potrafił poukładać defensywy, która seryjnie zaczęła tracić ponad 100 punktów na mecz. Problemy ze zdrowiem zaczęli zgłaszać kolejni zawodnicy (Henry, Pau Gasol) i już wtedy było wiadomo, że zarząd i kibice Lakers muszą zweryfikować swoje przedsezonowe oczekiwania.

W drodze po niechlubne rekordy

O ile grudzień w wykonaniu Jeziorowców był fatalny, to co powiedzieć o początku 2014 roku? Zanotowany w styczniu bilans 3-12 oznaczał, że Lakers mają za sobą najgorszy miesiąc w historii klubu od blisko 50 lat. Nie mogło być inaczej, skoro Bryant, Blake, Henry, Farmar i Nash cały ten czas spędzili w gabinetach lekarskich, a o sile drużyny mieli teraz stanowić Kendall Marshall, Ryan Kelly czy Manny Harris.

Skoro było jednak tak tragicznie, to skupmy się na pozytywach tamtego okresu. Marshall z miejsca stał się pierwszą opcją na pozycji nr 1 i niespodziewanie okazał się jednym z największych odkryć wśród rozgrywających w całej lidze. Dość powiedzieć, że w debiucie przeciwko Utah Jazz został pierwszym Jeziorowcem od 2002 roku, który w jednym meczu uzbierał 20 punktów i 15 asyst. Do końca rozgrywek Marshall miewał okresy słabszej gry, ale sezon zakończył ze średnią 8,8 asysty na mecz – w NBA więcej uzyskał tylko najlepszy pod tym względem Chris Paul. Również Ryan Kelly pokazał się w kilku meczach z bardzo dobrej strony do tego stopnia, że nieśmiało zaczęto go określać mianem „stealu” drugiej rundy draftu. Dumą napawała przede wszystkim postawa Pau Gasola. W styczniu Hiszpan 11 razy zanotował double-double i pokazał, że nawet w tak trudnych czasach potrafi być prawdziwym liderem zespołu.

Trapieni kontuzjami i innymi przeciwieństwami Lakers czasami przypominali Latający Cyrk Monty Pythona. Ich losy miały znamiona ironii losy i wszechogarniającego absurdu. Tak było 5 lutego podczas pamiętnego meczu w Cleveland, do którego Jeziorowcy przystąpili osłabieni brakiem kontuzjowanych Gasola, Meeksa, Hilla i Nasha. Mike D’Antoni uprawnił do gry jedynie ośmiu zawodników. W trakcie meczu urazy zmusiły jednak do opuszczenia parkietu Younga i Farmara, a limit fauli przekroczyli Chris Kaman i Robert Sacre. Ten drugi mimo sześciu przewinień pozostał na parkiecie, a Lakers… wygrali w meczu, w którym 26 punktów zdobył Kelly. Obrazek z Quicken Loans Arena, na którym Kaman kładzie się na ławce rezerwowych jest chyba najlepszym podsumowaniem do absurdalnej plagi kontuzji, jaka dotknęła Lakers w drugim sezonie z rzędu.

Kontuzji w obozie Lakers było aż tak wiele, że Chris Kaman mógł spokojnie wylegiwać się na ławce rezerwowych

Wszyscy dobrze pamiętamy, choć może nie chcielibyśmy pamiętać, ostatnie 2,5 miesiąca sezonu regularnego. Lakers wegetowali, podczas gdy większość z nas pierwszy raz zetknęła się z dylematem, do którego kibicowanie szesnastokrotnym mistrzom NBA wcześniej nas nie przyzwyczaiło – trzymać kciuki za zwycięstwa czy też porażki, przybliżające do lepszego wyboru w drafcie? Należy jednak pamiętać, że mimo tak fatalnego sezonu Jeziorowcy w żadnym momencie nie zaczęli tankowania. Nie było nawet takiej potrzeby, bo w lutym na większość meczów wypadli Gasol i nowa gwiazda Staples Center, Nick Young. Widząc bezcelowość dalszego mierzenia w zwycięstwa zarząd zdecydował się na ruch oszczędnościowy, wymieniając do Golden State Warriors Steve’a Blake’a za Kenta Bazemore’a i MarShona Brooksa. Obaj zaliczyli udany start w nowej drużynie, ale z biegiem czasu w rotacji utrzymał się tylko ten pierwszy. Zanim Bazemore, oczywiście, doznał kontuzji, zagrał w 24 spotkaniach Lakers i notował w nich średnio 13,1 punktu.

Luty złoto-purpurowi zakończyli bilansem 4-8 i można było się spodziewać, że w kolejnym miesiącu nie będzie lepiej. Jeziorowców czekał do końca sezonu najtrudniejszy w całej lidze terminarz meczów, w którym aż roiło się od starciami z zespołami czołówki NBA. Mimo tego, zaliczyli kilka zupełnie niespodziewanych zwycięstw na wyjeździe z Blazers i u siebie z Thunder, Suns czy Knicks. W meczu przeciwko OKC kapitalne spotkanie rozegrał Jodie Meeks, który był w tym sezonie jednym z niewielu pozytywów w drużynie D’Antoniego. Statystycznie zaliczył najlepsze rozgrywki w karierze, notując średnio 15,2 punktu i trafiając za trzy ze skutecznością 40,1%. Ostatnie miesiące mimo wszystko przyniosły mu cenne doświadczenia – pod niebecność Gasola i Younga wielokrotnie musiał brać na siebie rolę lidera drużyny, w której potrafił się sprawdzić. We wspomnianym meczu z Thunder zdobył rekordowe 42 punkty i sześciokrotnie trafił zza łuku.

Znacznie więcej było jednak tych złych momentów. Lakers zaskakiwali wtedy, gdy mieli wyjątkowo dobry dzień w rzutach za trzy, ale jeśli ten element nie funkcjonował tak dobrze, to w żadnym innym aspekcie nie potrafili pokonać rywali. Fatalna defensywa doprowadziła m.in. do kolejnej kompromitującej porażki w derbach LA z Clippers czy najwyższej w historii przegranej w starciu ze Spurs. W marcu Jeziorowcy aż sześć (!) razy tracili więcej niż 130 punktów, a miesiąc zakończyli najdłuższą w sezonie serią siedmiu niepowodzeń z rzędu (wcześniej taką samą zanotowali w lutym). Co nie dziwi, w wielu meczach wyraźnie brakowało im po prostu motywacji. Żaden z koszykarzy Lakers nie mógł być pewny pozostania w drużynie na następny sezon, więc jedynym bodźcem do lepszej gry była chęć korzystnego zaprezentowania się przed ewentualnym, nowym pracodawcą. To sprawiało, że kilka dobrych występów zaliczyli chociażby Jordan Hill czy pomijany przez większą część sezonu Chris Kaman, ale nigdy nie przekładało się na zespołową grę w obronie.

Przygoda Mike'a D'Antoniego z Lakers dobiegła końca. Kto zastąpi Szkoleniowca Roku z 2004?

Dla wielu kibiców Lakers największym skandalem tego sezonu nie jest bilans 27-55, a zamknięcie sobie drogi do wysokiego wyboru w drafcie wspomnianymi kilkoma zwycięstwami w marcu, do których Jeziorowcy dołożyli jeszcze dwie wygrane na pożegnanie sezonu w kwietniu. Po części należy docenić postawę zarządu Lakers, który mając na uwadze historię klubu nigdy nie zalecił drużynie odpuszczania meczów. Skutki takiej postawy poznamy dopiero po czerwcowym drafcie. Obecnie Lakers największą szansę mają na wybór z numerem szóstym, z którym dwa lata temu został wybrany chociażby Damian Lillard. W ostatnich draftach Mitch Kupchak mimo bardzo ograniczonego pola manewru rzadko się mylił i miejmy nadzieję, że podobnie będzie również tym razem.

Kolejny rozczarowujący sezon skłonił do rezygnacji nieustannie krytykowanego przez kibiców Lakers D’Antoniego. W trakcie rozgrywek nie było żadną tajemnicą, że ze szkoleniowcem nie jest po drodze kilku zawodnikom, m.in. Kamanowi czy Gasolowi. Trudno jednak jednoznacznie obwiniać D’Antoniego za fatalny bilans na koniec sezonu, bo dysponując tak zdziesiątkowaną drużyną, jakikolwiek inny trener miałby problem z osiągnięciem lepszych wyników.

Po najgorszym sezonie w historii Los Angeles Lakers mnożą się znaki zapytania. Jaki kierunek obiorą teraz Mitch Kupchak i Jim Buss? Czy czeka nas kolejny rok przejściowy, a czasem prawdziwej odbudowy ma być dopiero lato 2015? Kto zatem zostanie w drużynie na przyszły sezon? I przede wszystkim jaki szkoleniowiec będzie nią kierował? I choć na dziś powodów do optymizmu mamy niewiele, to możemy być pewni, że następne miesiące w Lakerlandzie będą niezwykle interesujące.

Na koniec zachęcamy do zapoznania się z liczbowymi ciekawostkami, które sporządził serwis ESPN:

32,9% – ostateczny procent zwycięstw Jeziorowców. Jest on najgorszy w historii organizacji, od kiedy ta przeniosła się z Minneapolis do Los Angeles.
2 – Pau Gasol wyprzedził Detlefa Schrempfa i zajmuje drugie miejsce w ilości zdobytych punktów w NBA wśród Europejczyków, ustępując jedynie Dirkowi Nowitzkiemu.
3 – tyle razy zawodnicy Lakers przekroczyli barierę 40 punktów. Dwa razy udało się to Nickowi Youngowi, a raz Jodie’emu Meeksowi.
4 – tylu uprawnionych do gry zawodników zostało Jeziorowcom do dyspozycji w meczu z Cleveland Cavaliers. Na parkiecie mimo przekroczonego limitu sześciu fauli musiał pozostać Robert Sacre.
7 – tyle zagrań 3+1 zanotował w tym sezonie Nick Young w sezonie, ustanawiając w tym względzie rekord w historii klubu. W całej NBA podobnym osiągnięciem może pochwalić się tylko Kyle Korver.
8 – liczba zawodników, która zanotowała nowe rekordy w ilości zdobytych punktów: Meeks (42), Farmar (30), Hill (28), Henry (27), Kelly (26), Bazemore (23), Marshall (20), Sacre (15).
9 – tyle razy na mecz Lakers w Staples Center nie sprzedano wszystkich biletów. Seria 320 meczów z rzędu z kompletem publiczności została przerwana w listopadzie.
14 – tyle asyst Kendall Marshall zaliczył aż dziewięciokrotnie, plasując się na drugim miejscu w tej kategorii w NBA (pierwszy był Chris Paul – 10).
19 – liczba trójek, którą Lakers rzucili w spotkaniu z Sacramento Kings z 28 lutego. Jest to nowy rekord organizacji w regulaminowym czasie gry.
35 – liczba różnych pierwszych piątek stosowanych przez D’Antoniego. Średnio zmieniały się one co 2,5 spotkania.
40 – wiek Steve’a Nasha, który obchodził urodziny w lutym podczas zwycięstwa Lakers nad 76ers.
48 – różnica punktów jaką Lakers przegrali z Clippers 6 marca. To najwyższa porażka w historii klubu.
51 – ilość punktów jaką Lakers zdobyli w trzeciej kwarcie starcia z Knicks, co stanowi ich nowy rekord.
319 – tyle meczów opuścili z powodu kontuzji wszyscy zawodnicy Lakers.
408 – tyle punktów w trzech kolejnych meczach Jeziorowcy pozwolili sobie wrzucić w marcu (Pelicans 132 Clippers 142 Nuggets 134).
10 335 – liczba asyst Nasha w jego karierze, dzięki której znajduje się na trzecim miejscu w historii NBA.
172 055 – wynagrodzenie jakie Kobe otrzymał za każdą minutę spędzoną na parkiecie w tym sezonie. W sumie pojawił się na nim przez 177 minut.

2 komentarze

  1. Dobre podsumowanie sezonu. Porownanie do Latajacego Cyrku Monthy Pythona rozbroilo mnie dosyc mocno, ale musze stwierdzic ze jest jak najbardziej na miejscu. Co by nie mowic ten sezon byl duzo bardziej tragiczny niz wskazywal na to poczatek. Sam moge stwierdzic ze przed sezonem i po dobrym poczatku twierdzilem ze gre tego zespolu bedzie ogladalo sie lepiej niz zbior emerytow i rencistow z poprzedniego sezonu, szybko jednak moja opinia zostala zmieciona przez oddawanie 40 punktow w jednej kwarcie. Patrzac na ten sezon jednak pozytywnie gorzej raczej nie bedzie, bo nie wyobrazam sobie zeby ta druzyna spadla na poziom Milwaukee Bucks. Co do trenera to osobiscie jak prawdopodobnie wiekszosc kibicow Lakers nie bylem fanem D’Antoniego, ale rzeczywiscie nikt nie bylby w stanie zrobic nic wiecej z tego skladu. Osobiscie jestem fanem George’a Karla i mam nadzieje ze to jego zarzad mianuje nastepnym trenerem Lakers. Moj osobisty perfekcyjny scenariusz w nadchodzacym offseasonie to wydraftowanie Dante Exuma i podpisanie Gasola i Denga.

  2. Exuma i Denga też bym chętnie widział w przyszłym sezonie w Lakers! Wszechstronność Luola bardzo by pomogła wszystkim – nawet Kobe’emu, jeśli ten pozwoliłby mu czasem rozegrać piłę.

    Sezon choć nieudany to na pewno nie stracony, pod warunkiem, że będziemy mieli wybór w top3. W przeciwnym razie będzie można żałować niektórych wygranych, szczególnie tych dwóch pod koniec… Zobaczymy więc co będzie 20 maja. Przyszłość jednak wydaje się być obiecująca :)

Skomentuj