Rozpoczynamy luty, a tym samym walkę o pick!

Opublikowane przez , 2 lutego 2017 w Artykuły, Zapowiedzi, 0 komentarzy

Po znakomitym początku sezonu w wykonaniu Lakers nie ma już śladu. Nikt już nie pamięta, że ostatnia (obecnie) ekipa Konferencji Zachodniej jeszcze wchodziła w miesiąc grudzień z bilansem 10-10 po niezwykle ważnym zwycięstwie w Chicago. Później jednak podczas tamtej trasy wyjazdowej przydarzyły się urazy i Jeziorowcy polegli w ośmiu meczach z rzędu. Luke Walton nie był w stanie już odbudować pewności siebie tej młodej drużynie. Dość powiedzieć, że Lakers od tamtej pory zaledwie raz wygrali dwa mecze pod rząd, a łącznie zanotowali na swoim koncie jedynie 7 zwycięstw, przegrywając aż 24. Kibice i eksperci nie mają wątpliwości, że zespół skupia się teraz bardziej na zgrywaniu się, rozwoju młodych graczy oraz walce o pick w drafcie. Niestety dla Jeziorowcy ten sezon potrwa jeszcze ponad miesiące i choć miesiąc luty będzie mniej obfity w mecze, ze względu na przerwę na All Star Game, to i tak Lakers czeka 10 spotkań. Początek miesiąca to tradycyjny już Grammy Tour po wschodnim wybrzeżu. Staples Center zmienia się wówczas w epicentrum muzyczne i Lakers oraz Clippers muszą rozgrywać swoje mecze w obcych halach. Nie będzie to jednak najdłuższy trip wyjazdowy w obecnym sezonie, bowiem ten miał miejsce w grudniu i jak wiemy wówczas skończyło się to fatalne dla Jeziorowców. Zakończyli oni wówczas marzenia o powrocie do playoffs po kilku latach nieobecności. W tamtym okresie zwyciężyli w zaledwie 1 z 13 spotkań, wygrywając jedynie w Filadelfii i to po bardzo wyrównanym meczu, który w czwartej kwarcie mógł przeważyć się na którąkolwiek ze stron. Do tej pory ich bilans na wyjazdach jest drugim najgorszym w lidze, jedynie Brooklyn Nets są gorsi w tym względzie, ale oni ten sezon spisali na straty już przed rozpoczęciem rozgrywek. To nie zwiastuje dobrze przed Grammy Tour’em, tym bardziej, że rywale jakich Lakers podejmą to zespoły walczące o playoffs i w większości znajdują się obecnie w znakomitej formie.

Na pierwszy „ogień” pójdą Washington Wizards, czyli najgorętszy obecnie team Konferencji Wschodniej. Ekipa Marcina Gortata jest niepokonana u siebie od 15 meczów. Jest to najdłuższa taka seria w wykonaniu klubu ze stolicy od ponad 20 lat. Co więcej po fatalnym początku sezonu „Czarodzieje” pną się w górę tabeli i obecnie wobec słabszej dyspozycji innych drużyn mogą powalczyć nawet o 2 miejsce. Co ciekawe gdyby Wizards przenieśli się do sąsiedniej Konferencji wówczas byliby na zaledwie 7 miejscu. Pokazuje to jak wielkie zróżnicowanie występuje obecnie pomiędzy ekipa z obu wybrzeży Stanów Zjednoczonych. Nie zmienia to jednak faktu, że Washington za sprawą znakomitej gry Walla i Beal’a to team, który będzie faworytem w starciu z Jeziorowcami. Mimo, że rzucają oni stosunkowo mało trójek (8.7 przy 23.4 próbach) to ich skuteczność zza łuku niezwykle wysoka (37.1% co daje im piąte miejsce). Bierze się to z faktu bardzo dobrej gry w pomalowanym, gdzie prym wiodą John Wall i Marcin Gortat. Polak znakomicie współpracuje z rozgrywającym w akcjach pick & roll, a jego skuteczność z gry 59.3% daje mu ex-equo szóstą lokatę w lidze. Na dodatek Marcin dobrze zbiera i już teraz ma 26 double-double i zwiastuje to pobicie jego rekordu z zeszłego roku (41 double-double). Lakers, którzy bardzo słabo bronią tego typu akcje będą mieć ogromne problemy z duetem Wall-Gortat. Stąd też zapowiada się niezwykle ciężkie wyzwanie dla podopiecznych Luke’a Waltona.

Na dodatek już dzień później, bez chwili wytchnienia podejmą w Bostonie – równie gorących w ostatnich tygodniach – Celtics. Prowadzeni przez filigranowego rozgrywającego Isaiaha Thomasa, Celtowie są rewelacją rozgrywek. Aktualnie znajdują się na drugim miejscu na Wschodzie, ale wciąż muszą odpierać ataki z tyłu (m.in. Wizards) i marzą też o tym by dogonić przeżywających problemy Cavaliers. Każda wygrana jest więc dla nich na wagę złota, tym bardziej u siebie i z tak znienawidzonym rywalem, jakim dla kibiców w TD Garden cały czas są Lakers. Mimo, że czasy dawnej rywalizacji, m.in. na tle rasowym, już dawno za nami, to w Bostonie cały czas słychać przeraźliwe gwizdy gdy do hali zawitają Jeziorowcy. Obie ekipy są najbardziej utytułowane w historii ligi, mają więcej tytułów niż cała reszta ligi razem wzięta. Lecz teraz po odejściu wielkich gwiazd rozpoczęły one proces przebudowy. I zdecydowanie lepiej ten okres przechodzą Celtics, którzy już rok temu awansowali do playoffs, a w tym sezonie są nawet kandydatem do walki o najwyższe laury. Lakers natomiast stoją w miejscu już czwarty sezon. Kolejne wybory w drafcie nie pomagają, letnie transfery znowu okazały się nietrafione i wygląda na to, że jedynie ustąpienie menedżer’a i Prezydenta Jima Bussa coś zmieni. Jeziorowcy powinni się uczyć od Danny’ego Ainge’a, który zaczynał od zera, nie dostał tak wysokich picków, a zbudował w kilka lat znakomity team. Tak dobry, że w starciu tych obu ekip to Boston jest zdecydowanym faworytem do wygrania. Ba! Przegrana Celtów w starciu z Lakers zostanie odebrana w Massachusetts jako ogromny zawód.

Jordan Clarkson podczas wejścia pod kosz w meczu Lakers z Celtics z 30 grudnia 2015 roku

Kolejnym teamem, który podejmą podopieczni Luke’a Waltona podczas Grammy Tour będą Knicks. Spotkanie w Madison Square Garden zostanie rozegranie 6.02, więc Lakers będą mieć dwa dni odpoczynku po meczu z Celtics. Oby jednak te dwa dni nie podziałały demobilizująco i rozluźniająco. W końcu Nowy Jork swoje prawdziwe piękno ukazuje nocą, a dla młodych graczy to by była z pewnością nie lada gratka. Coach powinien zadbać o to, by wszyscy grzecznie położyli się do łóżek. Mimo, że Lakers już nie grają o nic w tegorocznych rozgrywkach i więcej przegranych niż zwycięstw będzie dla nich bardziej korzystne, to powinno się zachować profesjonalny tryb, aby te nawyki pozostały. Starcie będzie ostatnią okazją w sezonie do zmierzenia się z Anthony’m, Porzyngisem i Rose’m, gdyż 11 grudnia miał miejsce pierwszy mecz z Knicks. Wówczas lepsi okazali się goście za sprawą znakomitej gry Derricka i Kristapsa, którzy zdobyli łącznie ponad 50 punktów i w kluczowych momentach rzucali ważne kosze. Nowojorczycy cały czas balansują na granicy ósmego miejsca w Konferencji, więc każde zwycięstwo będzie dla nich ważne.

Dwa dni później Lakers zagrają w Detroit, z drużyną znajdującą się także na ostrzu noża, podobnie jak Knicks. Pistons brakuje zaledwie dwóch wygranych aby znaleźć się w playoffs i na pewno będą ich szukać w starciu z Lakers. Już raz w tym sezonie wygrali z Jeziorowcami i to w Staples Center, gdzie wyrwali wygraną w ostatniej minucie po fantastycznym rzucie trzypunktowym Harrisa. Od czasu powrotu Reggiego Jacksona Stan Van Gundy ma zdecydowanie więcej opcji w ataku, a jego środkowy Andre Drummond w końcu dostaje znakomite asysty. Jednakże to wciąż może być za mało na awans do playoffs na niezwykle wyrównanym Wschodzie. Na pewno walka będzie trwała do samego końca, toteż każde zwycięstwo będzie się liczyć. Podobnie jak w Motor-Town, tak samo sprawy mają się w Milwaukee. Ekipa ze stanu Wisconsin jest oczko wyżej niż Pistons, ale wciąż czegoś im brakuje, żeby przebić się do ósemki. Lakers zmierzą się z Bucks na koniec Grammy Trip. Będzie to zwieńczenie całej trasy wyczerpującej trasy wyjazdowej, na dodatek z tak silnym i nieprzewidywalnym rywalem. Ekipa Jasona Kidda to bardzo chimeryczna drużyna, która jednego dnia potrafi pokonać Cavaliers by dzień później ulec z Sixers. Jednak ma w swoim składzie wielu młodych zawodników, a ich granie w lidze jest niewielkie stąd też zdarzają im się takie wahania. Lecz za sprawą dwóch graczy (Antetokounmpo i Parker) ogląda ich się niezwykle przyjemnie i jednego możemy być pewni – show nie zabraknie! Starcie z Lakers będzie więc ciekawe i miłe do oglądania, ale zwycięzca może być tylko jeden. Giannis i Jabari postarają się, aby to gospodarze zeszli z parkiet z podniesioną głową.

D'Angelo Russell w starciu Lakers z Bucks

Kiedy zakończy się Grammy Trip, a Staples w końcu zostanie posprzątane po gali wręczenia nagród dla najlepszych muzyków, 14 lutego do Miasta Aniołów przybędą Sacramento Kings. Będzie to już trzeci pojedynek obu drużyn i jak na razie jest remis. Co ciekawe oba mecze zostały rozegrane w stolicy Kalifornii, jednakże pierwszy zwycięski był dawno temu, kiedy Lakers byli jeszcze rozpatrywani jak kandydat do playoffs. Teraz role się odwróciły i to Kings z DeMarcusem Cousinsem na czele walczą dzielnie o ósmą lokatę. Jak do tej pory tracą parę wygranych do Nuggets, ale jest to niewielka różnica, zdecydowanie do odrobienia. Na dodatek Sacramento większość z pozostałych spotkań rozegra u siebie. W samym lutym aż 9 z 11 meczów będzie miało miejsce w hali Golden Centre. To ma duże znaczenie dla zespołu zbierającego wygrane. Lakers może będą chcieli utrzeć nosa „Królom”, bowiem jak wiadomo stosunki pomiędzy oboma drużynami są napięte od czasu pamiętne serii z 2002 roku. Jeziorowcy nie grają już o nic, ale wyrzucenie Kings z walki o playoffs to dla fanów w Staples Center nie lada gratka.

Następnego dnia po meczu z Kings Lakers udadzą się do Arizony. Tam czeka ich pojedynek z Suns. Obie drużyny okupują ostatnie miejsca w Konferencji Zachodniej, zmieniając się na zaszczytnej 15-tej lokacie. Będzie to więc starcie o nic. Nikt nie będzie walczył o playoffs, ale to nie znaczy, że możemy się spodziewać słabego meczu. Wręcz przeciwnie. Oba tamy są młode i żądne zwycięstw, a ich podstawowi rozgrywający to przyszłe gwiazdy ligi. Z tą tylko różnicą, że Booker nie był brany pod uwagę jako tzw. superstar przed draftem, a Russell tak. Tymczasem rozwijają się zgoła inaczej. Aktualnie to Devin jest kandydatem do nagrody MIP, a D’Angelo to bardziej rozczarowanie. Co prawda kontuzje hamują jego prawidłowy rozwój, ale i tak wydaje się, że potencjał ma dużo większy, niż to co prezentuje. Nie zmienia to jednak faktu, że za kilka lat może stanowić o sile Lakers wraz z Randlem i Clarksonem. Co ciekawe dla obu ekip będzie to ostatni mecz przed przerwą na All Star Game. Ostatnia szansa by się pokazać, a później Russell i Booker połączą siły, by powalczyć z ekipą reszty świata w Rising Star Challenge.

Po meczu gwiazd kszykarze dostaną kilka dni wolnego i do gry powrócą dopiero w czwartek, jednak swój mecz rozegrają dzień później. To oznacza, że przed pojedynkiem w Oklahomie będą dużo bardziej wypoczęci i głodni gry. Tylko nie wiadomo czy im to pomoże w starciu z bardzo silnym rywalem jakim co roku są Thunder. Team Russella Westbrooka może nie błyszczy tak jak, gdy w składzie był jeszcze Durant, ale cały czas to czołówka ligi i pewniak do playoffs. Nie jest pytaniem czy Oklahoma się tam znajdzie, ale na którym miejscu skończy rozgrywki i czy uda im się wywalczyć przewagę parkietu w pierwszej rundzie. Wobec ogromnych kłopotów z kontuzjami jakie maja Clippers, coś co jeszcze niedawno wydawało się nierealne, stało się możliwe do wykonania. Bez dwóch zdań największą gwiazdą ekipy Billy’ego Donovana jest Westbrook, zdobywca 24 triple-double (w trakcie pisania tego artykułu – do 24 lutego pewnie będzie ich kilka więcej). Od czasu Oscara Robertsona nikomu nie przydarzył się tak wspaniały sezon. Pytanie tylko, czy Russ nie gra zbyt egoistycznie i nie forsuje zbyt wielu rzutów na siłę. Patrząc na jego skuteczność z gry (41% – najmniej od rookie season) i ilość strat (5.5 – najwięcej w karierze) można odnieść takie wrażenie. Lecz czy Thunder byliby w tym miejscu gdzie są gdyby większą odpowiedzialność na siebie wzięli Adams, Kanter czy Oladipo? Szczerzę wątpię. Dla tak słabego teamu „hero ball” to jedyna szansa. Wystarczy spojrzeć tylko na statystyki Westbrooka w końcówkach. On jest jak to mówią Amerykanie „Clutch” i tego się trzymajmy. Thunder to Westbrook. Wyłączenie go z gry to jedyna szansa na zwycięstwo z OKC.

Obecnie Russella Westbrooka nikt nie jest w stanie zatrzymać. A już na pewno nie Lakers...

Jeśli Oklahoma to drużyna jednego człowieka, to kolejny rywal Lakers to ich zupełne przeciwieństwo. Spurs, bo oni 26 lutego zawitają do Staples, to najbardziej zespołowo grająca ekipa obok Golden State Warriors. Ba! To oni zapoczątkowali nieustanne dzielenie się piłką, co w niecny sposób skopiował Kerr, swoją drogą uczeń Grega Poppovicha. Tak, tak, Steve Kerr był zawodnikiem Spurs przez kilka lat i podpatrzył tajniki „mocy” swego wielkiego mentora, a teraz wprowadza je w życie w klubie z Oakland. Wracając jednak do San Antonio. Oni od lat mają się znakomicie. Nie pozwalają sobie na żaden przestój mimo, że w czasie piastowania urzędu przez Popa, kilku wielkich graczy odeszło już na emeryturę (Robinson, Bowen, Jackson i ostatnio także Duncan). Tutaj nie ma czasu na odbudowę od zera. Spurs nie spadli poniżej playoffs ani razu podczas ery Poppovicha, ba, oni nawet nigdy nie wygrali mniej niż 50 razy! Te niesamowite statystyki potęguje fakt, że ta passa trwa już 19 lat! Wówczas NBA była jeszcze pod rządami Michaela Jordana. Obecnie nie ma w lidze żadnego zawodnika pamiętającego tamten wspaniały sezon 1997-98. To tylko pokazuje jak wielki szacunek ma w swojej drużynie trener i czemu Spurs znajdują się wciąż w czołówce. Oczywiście Poppovich nie miałby szans zaistnieć gdyby nie wielcy gracze jakich prowadził. Obecnie to Kawhi Leaonard stanowi o sile San Antonio. Zawodnik rozwinął się w tym roku niesłychanie po atakowanej stronie tablicy. To już nie jest tylko świetny defensor i stoper dla wielkich gwiazd. W bieżących rozgrywkach zdobywa średnio ponad 25 punktów/ mecz. Wyraźnie ciągnie team z Teksasu wobec słabszej dyspozycji Parkera czy Aldridge’a. Wszystko wskazuje też na to, że drugi rok z rzędu Spurs skończą rozgrywki tuż za plecami Warriors, ze znakomitym bilansem ponad 60 wygranych. Dla San Antonio mecz z Lakers to będzie więc formalność, podobnie jak to też miało miejsce w dwóch poprzednich przypadkach w tym sezonie.

Luty zakończy spotkanie z Hornets. Będzie to swego rodzaju rewanż za grudniowy pojedynek, który nie może dobrze się kojarzyć zawodnikom Luke’a Waltona. Pobili oni w tym meczu kilka swoich tegorocznych rekordów (najwięcej punktów w połowie, najwięcej trójek w połowie i najwięcej trójek w całym meczu), jednak mimo prowadzenia 19-toma punktami i tak polegli. Był to swego rodzaju gwóźdź do trumny, który ostatecznie dobił młodych koszykarzy Lakers i zakończył ich marzenia o playoffs. Hornets są na drugim biegunie. Oni są na 8 miejscu na Wschodzie i wierzą w awans do walki o tytuł, ale wciąż muszą odpierać ataki Piston, Bucks i Knicks. Wygrana w Staples to byłaby dla nich przyjemna niespodzianka w trakcie tak trudnej trasy wyjazdowej po Zachodzie, którą wówczas będą odbywać.

Wśród tych 10 spotkań, trudno wytypować jedno, które można stwierdzić, że Lakers na pewno wygrają. Drużyna Luke’a Waltona nie walczy już o czołową ósemkę. Bardziej skupia się na tym, aby rozwinąć skrzydła młodym graczom, stąd też coraz więcej minut dla Ingrama. Wydaje się, że Jeziorowcy będą starać się zająć jak najniższą pozycję, by utrzymać pick w drafcie. Bowiem ten zostanie przy nich tylko wówczas, gdy znajdą się w czołowej trójce. Czy wtedy uda im się dokonać jakiejś konkretnej wymiany, która odwróci losy organizacji? Chyba tylko tak można będzie powrócić do czołówki na Zachodzie. Droga poprzez draft aktualnie, przy tak naszpikowanych gwiazdami Warriors, Spurs, Rockets czy Clippers, jest żmudna i chyba zbyt wyboista dla managementu Lakers.

Skomentuj