Roundtable: Żegnamy Kobe’ego Bryanta

Opublikowane przez , 21 kwietnia 2016 w Roundtable, 0 komentarzy

Tydzień temu cały świat NBA pożegnał się z Kobe Bryantem, który w swoim ostatnim meczu w karierze zdobył 60 puntów, po czym przeszedł na zasłużoną emeryturę. Bez wątpienia był (i zapewne nadal będzie) jednym z najbardziej rozpoznawalnych, charakterystycznych oraz zwycięskich zawodników złota i purpury. Właściwie jego osobę można wyrazić tylko jednym słowem: Legenda. Dziś więc to my żegnamy się z pięciokrotnym mistrzem ligi. W naszym skromnym redakcyjnym gronie, wypowiadamy się o sposobie, w jaki Kobe ogłosił zakończenie kariery, przypominamy sobie nasze ulubione chwile z nim związane, plasujemy go w rankingu All-Time Lakers, a także wybiegamy w przyszłość i myślimy o tym, jak mogą wyglądać Jeziorowcy bez niego oraz kto może zostać jego następcą.

 Co uważasz o sposobie ogłoszenia zakończenia kariery przez Bryanta?

Jędrzej Nowe: Miałem o tę kwestię niezliczone kłótnie ze znajomymi, którzy „siedzą” w temacie NBA. Uważam, że Kobe podjął dobrą decyzję, o ogłoszeniu decyzji w trakcie sezonu. To dało mu możliwość podziękowania kibicom i innym drużynom i odwrotnie. Sam Bryant podkreślał, że nie chce żadnego „farewell tour”, natomiast jasne było, że taki dostanie, czego kulminacją były horrendalne ceny biletów na mecz z Jazz, pamiątki, krótko mówiąc wyznacznik XXI wieku. Myślę, że samemu Bryantowi zależało na daniu ludziom radości i świadomości, że obejrzą go jeszcze trochę. Gdyby zakończył karierę teraz, ile osób przeklinałoby przeoczenie meczu z Jazz, ilu kibiców żałowałoby, że nigdy nie zobaczyło idola w akcji.

Karol Frankowski: Sposób pożegnania Kobe Bryanta z NBA trzeba uznać za wyjątkowy. Był to niezwykły rodzaj promocji zarówno samego gracza jak i całej ligi. Nie tylko zyskali na tym finansowo, ale też marketingowo. Nikt nie patrzył na to w jakim stylu Kobe żegnał się ze swoją ukochaną dyscypliną pod względem czysto koszykarskim. A ten był momentami ciężki do oglądania, by nie powiedzieć, że fatalny. Był nawet miesiąc, w którym 5-krotny mistrz NBA trafiał ze skutecznością poniżej 30% z gry, co nawet jak na niego jest wynikiem poniżej godności. Kobe rzucał dużo, najwięcej w zespole, jak zwykle, ale te 20 lat odcisnęło na nim spore piętno. Bryant cierpiał, a my razem z nim oglądając kolejne spotkania. Jednak na sam koniec dał nam ostatnią chwilę radości w karierze. Tak jak przystało na prawdziwego mężczyznę, którego poznaje się po tym jak kończy. Ten był iście holywoodzki.

Mateusz Kikolski: Sposób ogłoszenia tej decyzji bardzo mi się podobał. Spokojnie, bez zwoływania konferencji, bez pompy. Jeśli chodzi o późniejsze wydarzenia – tutaj już nie byłem zachwycony, ale po prostu musiało się to odbyć nietypowo, bo taki był Kobe. Być może decyzja została ogłoszona zbyt wcześnie, ale od tego momentu zainteresowanie meczami Lakers znowu było ogromne, niezależnie od wyników. Z drugiej strony ostatni mecz przyćmił całe tournée i większość właśnie w taki sposób będzie kojarzyła pożegnanie Bryanta z ligą.

Krystian Wąsik: Jak dla mnie wszystko byłoby w jak najlepszym porządku, gdyby Bryant wcześniej nie zapowiadał, że nie chce farewell tour. A tak to doszukuję się w tym wszystkim pewnej hipokryzji. Od samego początku było bowiem wiadomo, że Vino nie odejdzie z NBA tak po prostu. Wiele wspaniałych filmików, zapowiedzi w obcych halach, oklasków itp. były naprawdę czymś wyjątkowym. Fani złota i purpury mogą/mogli być dumni z tego, że Kobe był częścią tej organizacji. Ale to wszystko mogło być lepiej rozegrane, a sam Kobe mógł bardziej zastanowić się nad tym, czego chce i nie wysyłać błędnych sygnałów.

Jan Zwierzyński: Farewell tour Kobe’ego był wymierzony rzecz jasna w zyski finansowe. Walcząca jedynie o utrzymanie picku organizacja pozwoliła sobie na takie zagranie, zyskując na tym duże pieniądze. Na niektóre mecze Bryanta było po prostu przykro patrzeć, w związku z czym ostatni wspaniały mecz z Jazz spowodował u mnie uczucie ulgi, gdyż poniekąd odsunął w niepamięć słabą dyspozycję zniszczonej kontuzjami gwiazdy Lakers.

W hali Lakers w ostatnim meczu Bryanta, nie mogło zabraknąć specjalnej oprawy wizualnej

Jakie jest Twoje najlepsze wspomnienie z Black Mambą?

Jędrzej Nowe: Z racji tego, że urodziłem się w 1995, to there-peatu nie pamiętam zbyt dobrze, tak więc wspomnienia są bardziej z tego drugiego mistrzowskiego okresu. Oczywiście w międzyczasie były kosmiczne 3 kwarty z Mavs i słynne 81 z Raptors, ale najlepiej wspominam mecz nr 7 finałów 2010, w którym Kobe’emu nie szło, ale poprowadził swoją walecznością Lakers do mistrzostwa. Z tamtego meczu najlepiej pamiętam 3 sytuacje: podanie do Artesta przed kluczową „trójką” na minutę do końca, emocje przy rzutach wolnych Vujacicia i bieg w ostatnich sekundach z zaciśniętą w górze pięścią. No i oczywiście wspomnienie, którego nie przebije żadne mistrzostwo. Zwinięty w kulkę papier na lekcji polskiego, przedostatnia ławka, wskazówki zegara przesuwają się wolno, nauczyciel odwraca wzrok, kulka papieru, która była wtedy idealnie pomarańczowym Spaldingiem wpada czysto do kosza na śmieci stojącego w rogu. Z tyłu klasy półszeptem słychać tylko: „Kobeeeeee!”.

Karol Frankowski: Najlepiej wspominam sezon 2008/09. Kobe i Lakers tuż po porażce z Celtics w Finale NBA w kolejnych rozgrywkach grali niesamowicie. Wygrali aż 65 spotkań, a Bryant rozegrał wszystkie spotkania, co zdarzyło mu się zaledwie cztery razy w karierze. Poza tym trafiał rekordowe 47% z gry, przy znacznie mniejszej ilości minut gry niż rok wcześniej. Był liderem z prawdziwego zdarzenia i widać było, że przegrana z Bostonem wiele go nauczyła. Postanowił zaufać kolegom z drużyny, a na efekty nie trzeba było długo czekać. Zespół prowadzony przez Phila Jacksona przeszedł bez większych problemów pierwsze trzy rundy playoffs, czekając w Finale na LeBrona Jamesa i jego Cleveland. Lecz ku ich zaskoczeniu na jego miejsce wskoczyli niespodziewanie Orlando Magic. W tych pięciu meczach Kobe nie dał sobie już drugi raz wyrwać upragnionego tytułu. Dzielił i rządził na parkiecie prezentując swoją najlepszą formę. Zasłużenie dostał tytuł MVP i zdobył swój czwarty pierścień mistrzowski, a pierwszy bez Shaqa.

Mateusz Kikolski: Prawie 18 lat kibicowania, ciężko wybrać jedno konkretne wspomnienie… jeśli chodzi o emocje, największym przeżyciem był ostatni mecz drugich finałów z Celtics, niesamowite spotkanie, mimo że Mambe nie szło zbyt dobrze. Nie można też przejść obojętnie obok meczu z Toronto, w którym rzucił im 81 punktów.

Warto jeszcze wspomnieć o jednym wydarzeniu, które będę zawsze pamiętał, tym razem negatywnym. Bardzo mocno przeżywałem oskarżenie Kobe o gwałt i całą tę sprawę, którą przyszło nam obserwować. Byłem przygnębiony na samą myśl o tym, że kariera Bryanta może skończyć się w więzieniu. To jedno z najważniejszych wydarzeń, które zawsze będzie towarzyszyło moim wspomnieniom związanym z Kobe’em. Mimo, że negatywne.

Krystian Wąsik: Najlepiej wspominam chyba mistrzostwo z 2010 roku i oczywiście mecz numer 7. I to nawet pomimo tego, że Bryant rzucał wtedy na beznadziejnej skuteczności. Jego waleczność, postawa na tablicy i determinacja mogły jednak każdemu zaimponować. A zdobycie piątego mistrzostwa (i szesnastego w historii Lakers) przeciwko Celtics było naprawdę wyjątkowe. Jeżeli jednak chodzi o indywidualne występy, to bardzo dobrze wspominam sezon 2007/08. Bryant robił wtedy na parkiecie niemal wszystko, a jego fantastyczne zagranie w starciu 23 marca 2008 roku z Golden State Warriors, na zawsze pozostanie w mej pamięci. Poza tym bardzo wysoko na swojej liście mam także spotkanie z Dallas Mavericks pod koniec 2005 roku, w którym zdobył 62 oczka w trzy kwarty oraz serię czterech meczów z rzędu z 50+ punktami na koncie (2006/07).

Jan Zwierzyński: Jeśli chodzi o najpiękniejszy krótki moment to zdecydowanie tytuł w 2010 roku, po pokonaniu Celtów w rewanżu za sezon 2007/08. Natomiast najchętniej wspominam niesamowitą serię Black Mamby przeciw San Antonio Spurs w WCF 2008 roku. Nikt nigdy nie rozrywał defensywy Popovicha w taki sposób. Przeciw żadnemu zawodnikowi w lidze ten wybitny coach nie był tak bezradny jak wtedy. Oglądanie ówczesnego Bryanta było prawdziwą przyjemnością.

Na którym miejscu masz Kobe’ego w rankingu All-Time Lakers?

Jędrzej Nowe: Każdy wie, że Kareem Abdul-Jabbar i Magic Johnson to koszykarze wybitni. Każdy zna grację, która umieściła Jerry’ego Westa w logo ligi. Ja od kiedy pamiętam, podziwiałem Kobe’ego i Lakers, bo na jego karierę w NBA przypadło moje dzieciństwo, więc w pewien sposób mogę być w tej kwestii subiektywny. Dlatego stawiam Bryanta na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o zawodników kiedykolwiek grających w purpurze i złocie.

Karol Frankowski: Kobe Bryant to najlepszy gracz Lakers jakiego byłem w stanie oglądać na żywo. Jednak dzięki dobrodziejstwu internetu dane mi było obejrzeć także wyczyny Kareema, Magica czy też Charmberlaina oraz Westa. Gdybym musiał stworzyć swój osobisty ranking Jeziorowców Kobe byłby w nim wysoko, pewnie ex aequo na pierwszym miejscu razem z Johnsonem, którego karierę niestety powstrzymała choroba, inaczej to pewnie on byłby moim numerem jeden. Mam bowiem nieodparte wrażenie, że Magic i Lakers mogliby chociaż raz ukraść tytuł Jordanowi i jego Bykom. Jerry West był niewątpliwie najlepszy indywidualnie, ale grał w innych czasach i miał pecha przegrywając wielokrotnie z Celtics w Finałach. Kobe to West moich czasów i to właśnie on był moim idolem.

Mateusz Kikolski: Tutaj raczej nie ma niespodzianek. Pierwszy, jednoznacznie. Czynników jest wiele i ciężko o obiektywną ocenę, ponieważ z grona największych Jeziorowców miałem okazję oglądać jeszcze tylko Shaqa, a to również ma znaczenie. Co wpływa na takie, a nie inne sklasyfikowanie Kobe? Masa klubowych rekordów, długa kariera w jednym zespole, pięć mistrzostw… jest z czego wybierać.

Małą rysą jest tylko jedno wyróżnienie tytułem MVP sezonu zasadniczego, ale CV jest wystarczająco bogate, żeby wskazać Bryanta jako najlepszego Jeziorowca w historii.

Krystian Wąsik: Krótka odpowiedź – pierwszym. Dlaczego? Powodów jest wiele. Pięć mistrzostw, dwa MVP finałów NBA, jedno MVP sezonu zasadniczego, jeden z najlepszych scorerów w historii ligi, prowadzenie Lakers do kolejnych zwycięstw w dwóch różnych erach itd. Wpływ na umiejscowienie Bryanta na pierwszym miejscu ma chyba jednak najbardziej fakt, że jego grę miałem okazję obserwować na bieżąco, z kolei czasy Showtime’u znam tylko z filmów dokumentalnych, meczów i historii, które można przeczytać w Internecie. Oczywiście jeśli jednak ktoś wyżej stawia Magica Johnsona lub Kareema Abdul-Jabbara, to nie mam zamiaru się z nim kłócić i jak najbardziej to rozumiem. Nawet bez jeśli tego nie uzasadni.

Jan Zwierzyński: Może podpadnę niektórym fanom, ale umiejscawiam Kobe’ego na 1 miejscu, przed Magic Johnsonem i Kareemem Abdul-Jabbarem. Liga w latach osiemdziesiątych wyglądała inaczej i powiedzmy sobie szczerze – ówczesna zachodnia konferencja była po prostu słaba. Bryant w ciągu dwóch dekad radził sobie w wielu rolach – od utalentowanego młokosa, obarczonego mianem następcy Jordana, przez najlepszego sidekicka w historii NBA, członka najlepszego duetu w historii NBA, wybitnego scorera w fatalnym teamie do dojrzałego koszykarza prowadzącego samodzielnie Lakers do triumfów. A jeszcze na zakończenie swej prawdziwej sportowej kariery (czyli do momentu kontuzji w 2013 r.) w heroiczny sposób zaciągnął Jeziorowców do ostatnich dotychczas w historii organizacji playoffs. Prawdziwy symbol Lakers i całej ligi.

Kobe Bryant na wyświetlanym video w Staples Center przed meczem z Utah Jazz

Jak wyobrażasz sobie Lakers bez Kobe’ego Bryanta już w najbliższym sezonie?

Jędrzej Nowe: Ciężko jest mi wyobrazić sobie Lakers bez Kobe’ego. Od kiedy pamiętam, zawsze widziałem jego nazwisko czy to w składzie Jeziorowców na najbliższy mecz, czy to w składzie w NBA 2k (kiedy miał kontuzję, zostawało tylko to…). Tak naprawdę zdałem sobie sprawę z jego odejścia, gdy na 4.1 sek do końca mecz z Jazz schodził z boiska, wtedy uderzyło mnie znaczenie tego momentu, więc obecnie cały czas trawię tę informację (razem z informacją o braku dostępnych swingman jerseys Kobe’ego). Myślę, że odpowiedź na to pytanie lepiej poznamy w offseason, kiedy zobaczymy w jakim kierunku pójdzie przebudowa składu w erze „po Kobe”. Jeśli Mitch Kupchak „zdobędzie” w jakiś sposób przynajmniej jednego All-Stara z rynku wolnych agentów lub przez wymianę (Durant, LeBron, Westbrook, DeRozan), jeśli w Drafcie Lakers utrzymają się w pierwszej trójce i wezmą Simmonsa lub Ingrama, a do całości dojdą solidni zmiennicy, to widzę ich walczących o playoffs. Innej wersji nie chcę na razie rozważać.

Karol Frankowski: Los Angeles Lakers w przyszłym sezonie to będzie wielka niewiadoma. Po pierwsze dlatego, że po raz pierwszy od 20 lat w ich barwach nie zobaczymy Kobe Bryanta, czyli niezaprzeczalnie największej gwiazdy tej ekipy w ostatnich dwóch dekadach. Jeziorowcy marzą o tym, aby powrócić do playoffs po trzyletniej przerwie. W tym celu muszą, ale to bez dwóch zdań muszą sprowadzić jakąś gwiazdę latem. Młode gwiazdki co pokazały ostatnie sezony są bardzo chimeryczne, a wybryk D’Angelo Russella tylko potwierdza tezę iż zbudowanie potęgi poprzez draft to zadanie niezwykle żmudne i wyzwanie niemal niewykonalne. Wyjątek Thunder tylko potwierdza tą regułę. Jeśli już Kupchakowi uda się latem skusić, któregoś z wolnych agentów widzę Lakers jako zespół mogący powalczyć o ósme miejsce. O więcej będzie niezwykle ciężko w Konferencji Zachodniej. Trudno bowiem się spodziewać, że ostatni zespół powalczy rok później o mistrzostwo.

Mateusz Kikolski: Ciężko to sobie wyobrazić, w końcu całe moje koszykarskie życie związane jest z Kobe i Lakers. To bardzo trudne pytanie. Najbliższy sezon to ogromna niewiadoma. Wiele zależy już od loterii draftu, ponieważ zachowanie wyboru w top 3 ułatwi pracę na rynku FA i w dużym stopniu wpłynie na wygląd zespołu. Osobiście liczę na oddanie zespołu w ręce Russella. Jedynym wyjątkiem od tego powinno być pozyskanie kogoś z ligowego top 10. Niezależnie od wyniku loterii oraz ruchów na rynku wolnych agentów, zespół powinien być oddany w ręce naszych młodych graczy. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której Lakers nie poprawią tegorocznego bilansu, o co najmniej 5 zwycięstw, niezależnie od przebiegu lata.

Krystian Wąsik: Na pewno smutno będzie oglądać Jeziorowców bez Kobe’ego Bryanta w składzie i ze świadomością, że już nigdy nie wybiegnie na parkiety NBA. Z drugiej strony jednak, Lakers z Black Mambą wyglądali fatalnie w ostatnim sezonie. Zresztą słowo zespół to chyba za dużo powiedziane. Tak więc mimo wszystko jestem bardziej optymistycznie nastawiony do kolejnych rozgrywek i przyszłości organizacji ale oczywiście jeżeli Lakers dopisze szczęście w loterii draftu, a Mitch Kupchak nie prześpi zupełnie kolejnego lata. Bryant dał bardzo dużo ekipie z Miasta Aniołów ale jego ostatnie próby i forsowanie rzutów źle się kończyło, więc mimo wszystko myślę, że dobrze postąpił kończąc już karierę. Więcej na pewno nie byłby w stanie z siebie dać, a tak, to być może młodzi zawodnicy wreszcie będą mieli większe pole do popisu.

Jan Zwierzyński: Zbyt wiele jest niewiadomych związanych z loterią draftu, decyzją dotyczącą obsady posady trenera i rynkiem wolnych agentów, by już teraz zastanawiać się jak wyglądać będzie gra i cele Lakers. Niemniej w przyszłym sezonie Jeziorowcy potrzebować będą nowego lidera na parkiecie. Od kontuzji Bryanta w 2013 roku minęły już trzy lata, a jednak wciąż nie wiemy kto będzie starał się przejąć rolę franchise playera. Liczę na to, iż już w sezonie 2016/17 Jeziorowcy odbiją się od dna ligi.

D'Angelo Russell i Julius Randle - czy mogą być przyszłością Lakers bez Kobe'ego?

Kogo widzisz jako następcę pięciokrotnego mistrza NBA?

Jędrzej Nowe: Nie widzę następcy Kobe’ego w obecnych Lakers, chociaż liczyłem i może ciągle po cichu liczę na Russella. Liczę na kogoś z tego Draftu, bo byłoby to symboliczne przekazanie pałeczki Simmonsowi lub Ingramowi. Ale tak naprawdę najchętniej następcę Kobe’ego widziałbym w osobie kogoś, kto jest waleczny jak Kobe, kto nigdy nie odpuszcza jak Kobe, kto może ciągnąć w trudnych momentach grę samemu jak Kobe, a takim zawodnikiem, który dodatkowo jest w jakimś stopniu w zasięgu Lakers, jest Russell Westbrook.

Karol Frankowski: Bryant odszedł i teraz Lakers czekają na jego następcę. Kontrakt Kobe wygasł dzięki czemu Jeziorowcy mają dużo pieniędzy do wydania latem na wolnych agentów. Wydaje się, że to właśnie tam powinni oni szukać gwiazdy wokół, której Mitch Kupchak powinien budować drużynę na kolejne lata. D’Angelo Russell i Julius Randle są młodzi i zbyt chimeryczni, aby byli w stanie udźwignąć ten ciężar jakim jest objęcie przywództwa w Mieście Aniołów. Kogo widziałbym najchętniej w tej roli? Chyba odpowiedź może być tylko jedna. Kevina Duranta. Lakers muszą zrobić wszystko aby sprowadzić tego gracza do siebie latem. Żaden DeRozan czy Bradley Beal. Jest tylko jedna słuszna droga, którą Lakers powinni obrać. Zarzucić sidła na Duranta, a dopiero później myśleć o skompletowaniu wokół niego graczy zadaniowych.

Mateusz Kikolski: Trzeba zacząć od tego, co rozumiemy jako następcę… czy gracza, który będzie tylko liderem Lakers przez kilka sezonów, nawet słabych, czy takiego, który będzie ich ciągnął do bardzo dobrych wyników przez lata. W pierwszej odpowiedzi wskazałem Russella. Na ten moment nie warto rozważać zawodników, którzy nie są w zespole. Jeśli poszczęści się w loterii, mógłby to być np. Ingram, jeśli uda się polowanie w lato – Durant. Ale w tej chwili wymienianie graczy spoza składu mija się z celem. Dlatego mój głos idzie na D’Angelo.

Krystian Wąsik: Nie widzę następcy Bryanta i nawet nie będę próbował się go doszukiwać. Kobe był tylko jeden – tak samo jak Jordan i wielu innych wybitnych graczy. Zamiast tego liczę na to, że z Lakers swoje życie zwiąże kolejny bardzo utalentowany zawodnik i prawdziwy lider, który na swój sposób będzie w stanie poprowadzić drużynę z Kalifornii do kolejnych zwycięstw. Cały czas liczę, że tym kimś będzie D’Angelo Russell, który ma niesamowitą lekkość w grze i myślę, że w przyszłości może z podobną łatwością co Kobe, zdobywać punkty i sprawiać, że inni wokół niego staną się lepsi. Ale przed nim jest jeszcze daleka droga. Jest bardzo młody, niedojrzały i póki co pokazał tylko talent, a nie cechy lidera. Ale kto wie… być może ostatni incydent z Nickiem Youngiem oraz fakt, że widział w jaki sposób żegna się z ligą Bryant, pozytywnie podziała na jego osobę.

Jan Zwierzyński: Patrząc jedynie na kwestie sportowe (pod względem medialnym nikt do Kobe’ego nie ma za bardzo szans się zbliżyć) coraz bardziej Bryanta przypomina mi Kawhi Leonard. Mordercza etyka pracy, gra tyłem do kosza, akcje na mid-range. Nie jest kopią Kobe’ego, ale jest to jedyny zawodnik z czołówki ligi, którego styl gry w ataku przypomina Bryanta.

Tagi:

Skomentuj