Przed nami pierwszy miesiąc sezonu 2014/15

Opublikowane przez , 28 października 2014 w Artykuły, Zapowiedzi, 0 komentarzy

To nie będzie łatwy początek sezonu dla ekipy Los Angeles Lakers – tego możemy być pewni. Przed nimi niełatwy terminarz, a graczy zdolnych do gry jest coraz mniej. Już nie chodzi nawet o sytuację Steve’a Nasha, który na niecały tydzień przed startem rozgrywek oznajmił, że opuści cały bieżący sezon. On nie byłby i tak kluczowym ogniwem, głównie ze względu na swój zaawansowany wiek. Jednakże kontuzje pozostałych mogą zaważyć na braku dodatniego bilansu w listopadzie. To jak szybko z ich urazami upora się sztab medyczny będzie z pewnością kluczowe w ciągu najbliższych tygodni.

Na pierwszy ogień starcie z nielubianymi w Mieście Aniołów Rockets. Będzie to pojedynek w dniu otwarcia sezonu, stąd też prestiż spotkania jeszcze większy. Jednak chyba nikt nikogo w Los Angeles nie musi specjalnie motywować kiedy do ich ukochanego miasta przybywa znienawidzony wszem i wobec Dwight Howard. Houston po niezbyt obiecującym pierwszym sezonie wspólnej gry duetu Howard-Harden (odpadli w pierwszej rundzie z Portland), dokonali latem kilku dziwnych ruchów. Zrezygnowali z walki o Chandlera Parsonsa, którego przechwycili Mavericks, w zamian za to dodając do składu Trevora Arizę. Co ciekawe Ariza był już raz zawodnikiem Rockets, lecz został bez żalu oddany do Hornets w 2010 roku. Trevor to także były gracz Lakers, z którymi został mistrzem NBA w 2009 roku. Nie da się ukryć, że po bardzo obiecującym sezonie w Wizards będzie to wzmocnienie dla Rakiet. Pytanie tylko czy warto było pozbywać się Parsonsa, przed którym wiele lat gry na zdecydowanie wyższym poziomie?

Ponadto Houston oddali praktycznie za darmo swojego rozgrywającego Jeremy’ego Lina, który jest teraz graczem Lakers. Ten ruch był spowodowany kwestiami finansowymi, gdyż playmaker jest w ostatnim roku swojego kontraktu, za który skasuje niebagatelne 14 milionów dolarów. Wydaje się, że jego miejsce jako wchodzącego z ławki zajmie sprowadzony z Kings Jason Terry. O ile pozwoli mu na to zdrowie. W końcu „Jet” ostatnimi czasy więcej się leczył niż grał.

Oczywiście obaj nowi gracze zostaną zupełnie pominięci przez kibiców Lakers. Wszystkie oczy będą skierowane w kierunku Howarda, a także Jamesa Hardena, którego również w Mieście Aniołów nie darzy się sympatią. To będzie bardzo osobisty pojedynek, bo do składu Lakers wraca Kobe, a jak wiemy on nie należy do tych, którzy tak łatwo zapominają. Nie dziwię się więc, że NBA zdecydowała się właśnie ten mecz dać w dniu otwarcia.

Następnego dnia Jeziorowcy, którzy pewnie jeszcze nie ochłoną po spotkaniu z Houston, ruszają do Arizony, by tam podjąć Phoenix Suns. Od zeszłego roku w zespole „Słońc” doszło do pewnych zmian. Nie chodzi tu o jakieś wielkie transfery, gdyż tu dokonano niewielkich korekt. Channing Frye odszedł do Orlando Magic, a z Kings ściągnięto Isiaha Thomasa. Jednakże większe zmiany zaszły w kwestii mentalnej, gdyż skazywani na porażkę gracze jeszcze w zeszłym roku do końcowych dni sezonu regularnego bili się o czołową ósemkę. Czemu teraz mieliby nie zajść dalej. W końcu Goran Dragić i Eric Bledsoe z dnia na dzień są coraz lepsi. Na skrzydle jest niesamowity Gerald Green, niechciany w Lakers, z pewnością będzie miał im co nieco do udowodnienia. Bracia Morris również się rozwijają, a w odwodzie są jeszcze środkowi Miles Plumlee i Alex Len. Phoenix mogą namieszać w tym sezonie. Będą bardzo ciężkim orzechem do zgryzienia dla Lakers.

Koszykarze Phoenix Suns są jednym z pierwszych rywali Lakers w sezonie 2014/15

Z kolei ostaniego dnia października nastąpi zwieńczenie trzymeczowej kampanii na Zachodzie. Jeziorowcy wracają do Staples by tam rozpocząć tegoroczną batalię o L.A. Pierwsza runda starcia z Clippers zostanie rozegrana pod banerami mistrzowskimi. Nie ma chyba nic bardziej motywującego dla ekipy Doca Riversa niż te 16 transparentów informujących dobitnie kto był lepszy na przestrzeni dziejów. Clippers tak bardzo nie mogą tego znieść, że pewnie zrobią wszystko, żeby uprzykrzyć ten wieczór kibicom, działaczom i graczom Lakers. To nie będzie zwykły pojedynek, a wręcz walka na ostre narzędzia. W składzie lokalnego rywala zmieniło się niewiele. Nastąpiły jedynie drobne korekty po nieudanym poprzednim sezonie, gdzie Griffin i spółka musieli uznać wyższość Thunder. Trzon pozostaje ten sam: Chris Paul, wspomniany Blake, DeAndre Jordan, J.J. Reddick i Jamal Crawford. Do nich dodani zostali jedynie gracze zadaniowi tacy jak Spencer Hawes, Jordan Farmar, Chris Douglas Roberts i Ekpe Udoh. Co prawda preseason ekipa Clippers miała bardzo słaby, ale to wciąż jeden z faworytów do wygrania Konferencji Zachodniej. W starciu z Lakers to także oni będą musieli wygrać. Jeziorowcy co najwyżej mogą, a jak wiadomo lepiej startować z tyłu i gonić, niż uciekać.

NBA niezbyt rozpieszcza graczy Byrona Scotta, ponieważ już dzień po elektryzującym pojedynku z Clippers, jego podopieczni podejmą równie wspaniały team i to na dodatek w ich gorącej hali. W Oakland ostatnimi czasy nikomu nie jest łatwo wygrać, tym bardziej jeśli zdrowi są wszyscy gwiazdorzy Golden State Warriors. Ponadto po zeszłym nieudanym, ale bardzo obiecującym sezonie, w tym nikt sobie nie wyobraża, by Warriors mogli nie przejść pierwszej rundy playoffs. Dodanie do składu znakomitego Shauna Livingstona i rekonwalescenta Brandona Rusha tylko wzmocniło ich super silny obwód. Pod koszem również jest dobrze, ponieważ zdrowi są Bogut i Lee, a z ławki wchodzi Mareesee Speights. Nie ma co ukrywać – to ekipa gospodarzy będzie zdecydowanym faworytem do zwycięstwa w tym spotkaniu. Ba, myślę nawet, że mogą oni być czarnym koniem tych rozgrywek i wobec kontuzji Kevina Duranta powalczyć o najlepszy bilans w pierwszym miesiącu na Zachodzie. Jak wiadomo powszechnie 3 to więcej niż 2, a to jest właśnie motto Golden State.

Po tym niezwykłym meczowym maratonie, kiedy to Lakers w ciągu pięciu dni rozegrają cztery arcytrudne spotkania, czekają nas dwa dni przerwy. Jeziorowcy do gry powrócą 4 listopada i zmierzą się wówczas w Staples z Phoenix. Natomiast później kolejny mecz rozegrają dopiero 9 listopada. Tak więc będą mogli w zupełności zregenerować siły i pełni optymizmu (miejmy nadzieję) przystąpić do pojedynku z Charlotte Hornets. Ekipa Michaela Jordana powróciła do dawnej nazwy i pragnie także przywrócić dawną świetność. Charlotte może nigdy nie byli potęgą, ale pod koniec lat 90-tych mieli swój dobry okres. Pomóc ma w tym sprowadzony z Indiany Lance Stephenson. Jest to zawodnik nietuzinkowy, ale także niezwykle chimeryczny. Nie wiadomo jak poradzi sobie z rolą lidera zespołu. W końcu w Pacers był tylko tym drugim obok Paula George’a. Teraz to on będzie musiał ciągnąć wózek o nazwie Hornets, ale na dużo słabszym, bo Wschodnim Wybrzeżu, powinien sobie łatwo poradzić. Charlotte już rok temu, jeszcze jako Bobcats skończyli sezon w ósemce. Teraz muszą jednak zajść nieco wyżej. Poza Stephensonem jest przecież jeszcze Kemba Walker, Al Jefferson, Gerald Henderson i Michael Kidd-Gilchrist, a także gracze zadaniowi tacy Jak Gary Neal, Marvin Williams czy Bismack Biyombo. Ta drużyna ma w sobie coś, co chce się oglądać. A na dodatek te ich stroje to jak wycieczka samochodem Emmeta Browna w przeszłość.

W listopadzie w Staples Center zobaczymy też Lance'a Stephensona i Charlotte Hornets

Zaledwie dzień po starciu z Charlotte, Jeziorowcy lecą do miasta Elvisa Presleya. Lokalna drużyna Memphis Grizzlies to już nie ten sam team co dwa lata temu, ale wciąż mają w sobie to zacięcie w obronie. Z pewnością będą kontynuować grę agresywną, walkę o każdą zbiórkę i większość punktów zdobywać będą z pomalowanego. To na pewno się nie zmieni. Drobne korekty zaszły natomiast na obwodzie. Podpisano długoterminowe kontrakty z Vincem Carterem i Beno Udrihem, co znaczy, że ilość celnych trójek z pewnością się powiększy, ponieważ ci dwaj gracze są znakomitymi strzelcami. Jednakże ich sporym mankamentem jest obrona, także ucierpi na tym defensywa. Jak całość będzie ze sobą współpracować przekonamy się z czasem, ponieważ rozgrywki przedsezonowe, a sezon regularny to zupełnie inna bajka.

Drugim spotkaniem tej małej trasy wyjazdowej będzie starcie z Pelicans, które zostanie rozegrane 14 listopada. Jest to drużyna, która powoli pnie się w górę. Jej skład jest prawie kompletny po dodaniu defensywnego centra Omera Asika. Na obwodzie do Jru Holidaya, Tyreke’a Evansa, Ryana Andersona i Johna Salmonsa, dołączył z kolei Jimmer Fredette. Wszystko to robione jest jednak pod Anthony’ego Davisa, gwiazdy Pelicans, której forma rośnie niebywale szybko. W takim tempie może się okazać, że za dwa lata będzie on jednym z najlepszych graczy w NBA. Jego średnie z zeszłego sezonu przypominają osiągnięcia z najlepszych lat Davida Robinsona i Hakeema Olajuwona. Davis jest niesamowity, cały czas poprawia się w ataku, dodaje kolejne manewry podkoszowe. W obronie natomiast jest prawdziwa bestią, a jego bloki z pomocy sieją postrach wśród rywali. New Orleans będą w tych rozgrywkach walczyły o ósemkę. To jest ich cel numer jeden.

Po powrocie z wyjazdu formę Lakers w Staples sprawdzą mistrzowie NBA, a także Golden State Warriors. San Antonio Spurs nie musieli niczego zmieniać, robić wielki transferów ani szukać talentów w drafcie. Trio Duncan-Parker-Ginobilli może i robi się coraz starsze, ale z upływem lat wciąż nie traci formy. Ponadto rozbłysła gwiazda Kawhiego Leonarda – MVP Finałów, a gracze zadaniowi tacy jak Patty Mills, Boris Diaw czy Tiago Splitter pozostali w zespole. Spurs są skazani na sukces, tym bardziej, że czas ich goni. Być może to dla nich ostatnia szansa zdobyć tytuł w takim składzie, jednakże na bardzo mocnym Zachodzie może im się nie udać trzy razy z rzędu przejść swoją konferencję. W końcu Golden State, Oklahoma czy Clippers także marzy się gra w finale.

Spotkanie pomiędzy Lakers i Spurs powinno być raczej jednostronnym widowiskiem...

18 listopada Jeziorowcy ruszają w kolejną trasę wyjazdową, którą tym razem rozpoczną w stanie Georgia, przeciwko Atlancie Hawks. Jastrzębie dodały do składu jedynie Kenta Bazemore’a i Thabo Sefoloshę, lecz ich największym wzmocnieniem będzie powrót po kontuzji ich gwiazdy – Ala Horforda. Sztab szkoleniowy liczy, że swtorzy on zabójcze trio z Paulem Milsapem i Jeffem Teague’m. Na dodatek tacy gracze zadaniowi jak Kyle Korver czy wspomniany Thabo Sefolosha mają zapewnić tej drużynie spokojną walkę o playoffs. Następnego dnia Lakers czeka wizyta w hali w Houston, gdzie z pewnością zostaną wygwizdani. Będzie to bardzo trudny mecz, chociaż w sumie tak można powiedzieć o każdym starciu z Rakietami. Z kolei dwa dni później również w Teksasie Jeziorowcy zagrają z Dallas Mavericks. Ekipa Marka Cubana planuje wielki powrót na szczyt, dlatego też postarano się o przedłużenie kontraktu z Dirkiem Novitzkim i dodanie mu do pomocy kilku niezłych, obiecujących graczy. Tą listę otwiera Chandler Parsons, który został przechwycony z Houston. Ponadto właściciel Mavs dodał do składu dwóch rozgrywających Raymonda Feltona i Jameera Nelsona, którzy mają odmienić styl jaki prezentowali jego gracze na tej pozycji w ostatnich latach. Jednak moim zdaniem kluczowy jest powrót Tysona Chandlera, z którym to w składzie Dallas zdobyli w 2011 roku tytuł mistrzowski. Center był wówczas podporą defensywy i to po jego odejściu do Knicks cała maszyna uległa awarii i nie podniosła się aż do dziś. Czy podstarzały już co nieco Chandler jest w stanie tchnąć drugie życie w Mavericks? Tego nie wiem ale na pewno Lakers nie będą mieli z nimi łatwo.

Na koniec miesiąca Jeziorowcy rozegrają cztery spotkania u siebie. Na początek po powrocie do domu gracze Byrona Scotta podejmą Denver Nuggets. Szalony zespół prowadzony przez Briana Shawa. Były zawodnik Lakers, a także asystent Phila Jacksona miał problemy aby zapanować nad swoimi koszykarzami w pierwszym sezonie, w czym przeszkodziły mu także urazy czołowych graczy. Teraz po powrocie Gallinariego, McGee, Robinsona i wyleczeniu się Lawsona, może być już tylko lepiej. Denver będą znowu dużo rzucać, biegać chętnie do ataku i zwracać mniejszą uwagę na defensywę, jednakże szybki rozwój Kennetha Farrieda może sprawić, że pozostali zawodnicy będą mogli bardziej skupić się na zdobywaniu punktów. Podkoszowy pokazał na mistrzostwach, że już nie tylko świetnie zbiera, ale także doskonale blokuje z pomocy i notuje niesłychaną ilość przechwytów. Wraz z Mcgee czy Mozgovem może się okazać zaporą nie do przejścia dla rywali. Nie ma co ukrywać, Denver będą mocni, pytanie tylko czy będą w stanie ze sobą współpracować?

Trzy dni później do Los Angeles przyjadą Grizzlies, a po nich Minnesota Timberwolves, czyli ogromna niewiadomo tego sezonu. Po utracie Kevina Love’a, przydatność Rickiego Rubio także spadnie, ponieważ podkoszowy napędzał kontrataki swoimi zbiórkami. Jednak gracze, których w zamian pozyskano za niegomogą okazać się równie przydatni jak gwiazdor rodem z Kalifornii. Andrew Wiggins, Anthony Bennett i Thadeous Young to solidni zawodnicy, dobrze biegający do ataku. Z pewnością ten pierwszy z nich to materiał na supergwiazdę, lecz nie wiadomo czy nie okaże się wielkim niewypałem. W końcu już wiele razy młodzi gracze nie radzili sobie z presją numeru jeden z draftu. Wigginsowi pomogą w aklimatyzacji doświadczony trener Saunders, a także bardziej obeznani z życiem w NBA koledzy. Mo Williams, Kevin Martin czy Corey Brewer sprawiają, że Minnesota to znakomite połączeni młodości z doświadczeniem. Jeśli ten eksmperyment wypali w Cleveland będą sobie pluli w brodę. W końcu Wiggins jest znacznie młodszy od Lebrona i pogra w tej lidze jeszcze kilkanaście lat więcej.

Andrew Wiggins vs Julius Randle? To trzeba zobaczyć!

Ostatnim rywalem Lakers w listopadzie będą Toronto Raptors. Trzecia siła zeszłego roku na Wwschodnim Wybrzeżu nie tylko nie straciła nikogo z kluczowych zawodników (przedłużono umowy z Valanciunasem, Lowrym i Rossem), ale dodano do składu super rezerwowego Lou Williamsa. Wielką niewiadomą jest dla mnie także Bruno Caboclo, który jak zmierzono ma największy zasięg ramion w NBA. W spotkaniach przedsezonowych pokazał, że potrafi zrobić z nich niesłychany użytek w obronie. Jego przechwyty czy bloki z pomocy były niesamowite, ale jak wiadomo sezon rządzi się swoimi prawami, także dopiero po jakimś czasie będziemy mogli ocenić przydatność Brazylijczyka. Jedno jest jednak pewne – nawet bez jego wsparcia Raptors są piekielni mocni i będą walczyć o podium na Wschodzie.

Koniec października i listopad mogą okazać się kluczowe dla Lakers. Zespół będzie musiał sobie radzić bez kilku kontuzjowanych graczy, dlatego też pierwsze mecze mogą okazać się ciężkie. Terminarz także nie rozpieszcza Jeziorowców, gdyż już na starcie czekają ich cztery trudne spotkania w pięć dni. Od ich wyników będzie zależeć poziom entuzjazmu w drużynie, a także wyniki kolejnych pojedynków. Jednak dopiero kiedy do formy wrócą Nick Young, Jordan Hill czy Xavier Henry będziemy mogli obiektywnie ocenić na co stać w tym sezonie Los Angeles Lakers. W końcu sam Kobe nie jest już w takim wieku, że będzie mógł sam pociągnąć drużynę do playoffs. Wsparcie kolegów na pewno mu się przyda w tym roku.

Skomentuj