Pierwsze oznaki lepszej gry od powrotu Vino

Opublikowane przez , 18 grudnia 2013 w Artykuły, Drużyna, 0 komentarzy

Los Angeles Lakers zakończyli swoją krótką serię wyjazdową, wygrywając dwa z czterech rozegranych spotkań. Na dzień dzisiejsy Jeziorowcy z bilansem 12 zwycięstw i 13 porażek, są tak samo blisko awansu na 9 pozycję w Konferencji Zachodniej, jak i spadku na 14. Być może gdyby nie fatalna postawa w drugiej połowie spotkania z Atlantą Hawks, to 16 – krotni mistrzowie mieliby teraz dodatni bilans i byli o krok bliżej do miejsca, które gwarantuje udział w playoffs. Mimo to jednak chyba każdy fan złota i purpury jest zadowolony z rezultatu końcowego, jaki udało się osiągnąć podopiecznym Mike’a D’Antoniego. Porażka z Oklahomą City Thunder nie była żadnym zaskoczeniem dla wszystkich, z kolei wygrane w Charlotte i Memphis powinny cieszyć każdego, jako że gra z tymi ekipami do łatwych nie należy, nawet mimo problemów obu drużyn. Pozostaje tylko niesmak przegranej z Jastrzębiami ale z drugiej strony, gdyby nie ona to być może Lakers nie wyszliby na parkiet z tak wielką motywacją i zaangażowaniem w starciu z Niedźwiadkami.

Osobiście jednak bardziej interesuje mnie sama gra koszykarzy z Miasta Aniołów, niż ich wyniki (przynajmniej na razie). Z nią bywa różnie od czasu powrotu Kobe’ego Bryanta, choć kilka razy Lakers zdołali zaprezentować odpowiednią koncepcję w ataku, która może się sprawdzić w przyszłości pod nieobecność Steve’a Blake’a i Jordana Farmara. W końcu oczywiste było to, że w przypadku braku rozgrywającego w systemie Mike’a D’Antoniego, Lakers będą mieli ogromne problemy z kreowaniem ofensywy i zaskoczeniem defensywy rywala. Nie powinno to jednak usprawiedliwiać ich stagnacji w ataku i braku kreaatywności Black Mamby. Kobe Bryant nie jest dobrym rozwiązaniem jako jedynka, która z założenia powinna włączać do akcji wszystkich swoich partnerów i naturalnie szukać dla nich najlepszej pozycji do oddania rzutu. Black Mamba mając jednak piłkę w rękach ma zupełnie inne podejście do gry niż chciałby tego Mike D’Antoni, co negatywnie odbija się na płynności ataku Jeziorowców i ma wpływ na postawę graczy. Na szczęście w starciach z Bobcats i Grizzlies mogliśmy zobaczyć nieco inną postawę lidera Lakers, która być może jest tą właściwą.

W tym sezonie Bryant w sześciu meczach zalicza średnio 5.7 strat przy 6.3 asystach. Są to okropne liczby, które tylko potwierdzają decyzje jakie podejmuje pięciokrotny mistrz NBA. Kobe w porównaniu do Blake’a, czy Farmara, choć jest nastawiony na podawanie w tym roku, to przez większość czasu nie pozwala aby piłka sama znajdywała najlepiej ustawionych zawodników. Zamiast tego próbuje na siłę podawać do Pau Gasola, z którym np. w starciu z Hawks grał większość akcji lub do zawodników obwodowych, którzy nie do końca są na dobrych pozycjach rzutowych, a ich rola ogranicza się do złapania piłki i spróbowania swoich sił z dystansu. Takie podejście źle wpływa się na funkcjonowaniu całego zespołu – gracze nie mają dużego udziału w poszczególnych akcjach i nie potrafią dobrze wejść w rytm meczu. Ich rola w ataku odbija się również na ich postawie w defensywie, o czym świadczy mniej energii, zaangażowania i ogólnie mniejsza intensywność w grze. Na dodatek niepotrzebne straty MVP z 2008 oku, kosztują Lakers utratę punktów z kontrataków.

Kobe Bryant zaliczył kilka niezłych zagrań w meczu pomiędzy Lakers i Grizzlies.

Na szczęście w starciu z Niedźwiadkami oraz momentami z Charlotte Bobcats zobaczyliśmy zupełnie inną ekipę niż we wcześniejszych meczach. Kobe zaczął naturalnie dzielić się piłką, przez co przechodziła ona nie tylko przez jego ręce i Pau Gasola, ale także Johnsona, czy Meeksa. Z kolei zawodnicy, którzy grali bez niej, stawiali zasłony innym, aby ułatwić wyjsćie na czystą pozycję i wywołać zamieszanie w obronie rywala. Wreszcie mogliśmy zobaczyć ruch na parkiecie, a Lakers dzięki temu od razu zdobyli 34 punkty w pierwszej kwarcie pojedynku z Memphis. To pokazuje, że rola partnerów Bryanta nie może ograniczać się tylko do stania, łapania piłki i rzucania – oni również muszą być odpowiedzialni za innych, w tym za kreowanie sytuacji dla Mamby. Mimo, że Lakers nie posiadają teraz rozgrywającego, to nie oznacza, że nie są w stanie zdobywać punktów grając zespołową koszykówkę – tak jak to miało miejsce w pierwszych 19 spotkaniach w sezonie. Po prostu muszą poświęcić więcej energii i bardziej się starać przy każdej akcji, aby coś mogło z niej wyjść. Kobe z kolei zrobi najlepiej, jeżeli będzie częściej szukał okazji do zdobywania własnych punktów. Do tej pory udało mu się dwukrotnie przekroczyć barierę 20 oczek, a zespołu z Kalifornii oba spotkania wygrał.

Poza tym Jeziorowcy posiadają przecież w swoim składzie Pau Gasola, który choć w ataku nie jest tą samą osobą co parę lat temu, to ciągle ma świetny przegląd pola i umiejętność dokładnego podania piłki. Skoro kontuzjowani są Blake, Nash i Farmar, to nie tylko Bryant powinien przejąć rolę rozgrywającego ale również i Hiszpan, operując w okolicach linii rzutów osobistych (grając np. Horns). Dopiero w spotkaniu z Memphis Grizzlies Pau pełnił większą rolę w ofensywie, która wcześniej ograniczała się tylko do stawiania zasłon Bryantowi i szukania okazji do złapania piłki pod koszem.

Skoro już jesteśmy przy Katalończyku, to nie można nie wspomnieć o jego małym odrodzeniu. Gasol niedawno narzekał na system Mike’a D’Antoniego, jakoby przez niego zaliczał tak słaby sezon. Pau jednak szybko wycofał się ze swoich słów i po prostu skupił na grze. Według statystyk w spotkaniu z Charlotte Pau był on najbardziej wykorzystywanym graczem Lakers (USG na poziomie 36.9%). Choć trafił tylko 6 na 18 oddanych rzutów (12 w strefie podkoszowej), to był bardzo aktywny w ataku, a słaba dyspozycja rzutowa nie załama go. Hiszpan w starciu z Hawks trafił już 7 na 9 rzutów i zakończył mecz z dorobkiem 16 oczek. Tego czego zabrakło mu, do zaliczenia bardzo dobrego meczu to postawa w drugiej połowie. Gasol właściwie zniknął w tej części gry, mimo że wcześniej bardzo dobrze radził sobie z Alem Horfordem. Był to jednak kolejny mały krok w powrocie do formy w jego wykonaniu, a udany występ dwukrotny mistrz NBA zaliczył z Memphis Grizzlies. 21 punktów i 75% trafionych rzutów to statystyki charakterystyczne dla Katalończyka znanego z sezonów 2009-10 i 2010-11. Hiszpan regularnie zdobywał oczka, będąc cały czas zaangażowany w atak swojej drużyny, a w końcówce przypieczętował 12 wygraną Jeziorowców. Oby kolejne spotkania pozwoliły mu ustabilizować formę i pomogły mu ponownie wskoczyć na poziom All-Stara – przynajmniej w ataku.

Małymi kroczkami Pau Gasola wraca do poziomu All-Stara

Pozytywną rzeczą, o jakiej można jeszcze wspomnieć z tej serii wyjazdowej, jest gra Xaviera Henry’ego. Pamiętacie starcie z Sacramento Kings? Wtedy X po raz pierwszy zagrał jako jedynka i kompletnie nie wiedział co ma robić z piłką. Był bardzo zestresowany i niepewny na parkicie, a Lakers mieli ogromne problemy ze zdobywaniem punktów podczas obecności ławki rezerwowych. Od kilku spotkań jednak, wydaje się że Henry całkiem dobrze czuje się na tej pozycji. Oczywiście nazywanie go rozgrywającym byłoby wielkim kłamstwem, bowiem były gracz Nowego Orleanu ani nie organizuje ataku Lakers, ani nie kreauje sytuacji dla innych, tak jak są w stanie robić to Blake, Farmar czy choćby Bryant. Zamiast tego jednak Henry wykorzystuje przewagę siły i wzrostu przeciwko mniejszym obrońcom rywali i często agresywnie atakuje kosz. Od starcia z Toronto Raptors, Xavier notuje średnio 11.8 punktów na mecz, grając większość czasu właśnie jako jedynka. Dla porównaniu w listopadzie, przebywając na parkiecie tylko 6 minut mniej, zdobywał 6.8 oczek. Oprócz tegow ostatnich trzech starciach trafił 9 na 10 rzutów osobistych, rewanżując się tym samym za słabą dyspozycję pod tym względem w spotkaniu z Thunder (FT 9-16).

Na wyróżnienie zasługuje także Nick Young, który obecnie jest chyba najrówniej grającym Jeziorowcem w drużynie. Na punkty Swaggy’ego P można liczyć praktycznie w każdym meczu. Young po kilku pierwszych spotkaniach w sezonie, kiedy był nieefektywny i niewidoczny, stał się solidnym punktem ławki rezerwowych. Jego dobra gra pozwala mu często przebywać na parkiecie kosztem minut innych graczy (Meeksa, Johnsona). Young wchodząc z ławki spisuje się znakomicie, notując 16.6 punktów na 41% skuteczności zza łuku. Pod nieobecność Jordana Farmara, były gracz 76ers wziął na siebie większy ciężar gry i jak na razie nie zawodzi pod tym względem. W wywiadach nawet żartuje, że sam Kobe uczy się od niego gry. Czy jeżeli Nick utrzyma taką formę, to ma szansę wygrać nagrodę Szóstego Gracza? Nie jest to wykluczone.

Mimo, że większą część artykułu poświęciłem ofensywie (zarówno patrząc na nią negatywnie jak i pozytywnie), to tak naprawdę nie ona była głównym problemem Lakers w ostatnich meczach. Defensywne problemy 16 – krotnych mistrzów NBA sięgają już wyjazdowego starcia z Washington Wizards. Od tego właśnie meczu Jeziorowcy nie prezentują już tego samego poziomu w obronie co wcześniej. W końcu przez pewien okres czasu, podopieczni D’Antoniego średnio tracili 104 punkty na 100 posiadań (11 pozycja w lidze), zaliczając dobre pod tym względem występy z Rockets, Pelicans, Pistons, Warriors czy Kings. Niestety pod koniec listopada Lakers zaczęli grać z mniejszym zaangażowaniem w defensywie, a wysocy od tego czasu mają problemy z odpowiednią rotacją i współpracą między sobą. Oczywiście najbardziej winny temu jest tutaj Pau Gasol, który często jest wolny i leniwy po tej stronie parkietu i nie skacze do bloku przy rzutach rywali. Nie tylko on jednak odpowiada za obronę swojego zespołu. Również Jordan Hill zaczął zawodzić pod tym względem, a Wesley Johnson często traci z pola widzenia zawodnika, którego kryje. Poniekąd z tych właśnie powodów Mike D’Antoni postanowił dać szansę Robertowi Sacre, który jest nabardziej mobilnym centrem w zespole i dobrze realizuje założenia defensywne ale między nim, a pozostałymi zawodnikami musi pojawić się chemia i lepsza współpraca, aby te rozwiązanie zaczęło przynosić większe korzyści. W końcu trzeba wspomnieć po powrocie Kobe’ego Bryanta, którego słaba kreatywność w ataku, powodująca spadek skuteczności (3FG – 30%), a także straty nie pozwalają odpowiednio ustawić się Jeziorowcom w obronie. Przez to wszystko, Lakers tracą od spotkania z Wizards (nie licząc meczu z Bobcats i Grizzlies) aż 115 punktów na 100 posiadań. Jest to wynik, który dałby im ostatnie miejsce w lidze.

Czy reszta zawodników stanie się lepsza pod wodzą Bryanta?

To właśnie przez obronę ekipa z Los Angeles przegrała mecze z Washington Wizards, Toronto Raptors, Portland TrailBlazers, Phoenix Suns i Atlantą Hawks. Z kolei o mały włos nie odniosła porażki z Brooklyn Nets, Detroit Pistons i Sacramento Kings. Na szczęście dla fanów złota i purpury, podopieczni Mike’a D’Antoniego pokazali w starciach z Bobcats i Grizzlies dużo lepszą defensywę (DRTg: z CHA – 93.3, z MEM – 100.3). O ile w przypadku Charlotte, niektórzy mogą to tłumaczyć ogólnie słabą grą Ryśków w ofensywie, o tyle w starciu z Memphis Jeziorowcy naprawdę narzucili własne warunki gry w obronie. Od pierwszych do ostatnich minut byli bardzo agresywni po tej stronie parkietu, wywierali presję na graczach obwodowych, podwajali Randolpha w odpowiednich momentach i ogólnie sprawili, że Grizzlies często byli bardzo sfrustrowani na parkiecie. Momentami zabrakło tylko wykończenia niektórych akcji, w których Lakers grali bardzo dobrze przez 90% czasu, po czym np. jeden z zawodników zapomniał powrócić do krycia na obwodzie Millera, czy Leuera. Takich sytuacji nie było jednak wiele, a Memphis utrzymywali się w grze właściwie dzięki postawie na desce. Lakers tak bardzo zaangażowali się w grę w obronie, że często brakowało im dobrego zastawienia tablicy, stąd Niedźwiadki zebrały aż 18 piłek. Mimo to drużyna ze słonecznej Kalifornii za energię, waleczność i agresywność zasługuje na pochwałę.

Nie wiadomo jak będzie wyglądała gra Lakers w ataku i w obronie w kolejnych starciach ale dobrze było zobaczyć małą przemianę w postawie Jeziorowców w meczach z Bobcats i Grizzlies, a także z Hawks, jeżeli weźmiemy pod uwagę tylko pierwszą połowę. To powoduje, że można mieć jeszcze nadzieję przed spotkaniami z Minnestoą Timberwolves, Golden State Warriors i Phoenix Suns. Lakers musieliby jednak w każdym meczu grać z taką samą intensywnością jak w ostatnim. Czy są w stanie to zrobić? To już zależy tylko od nich. Zawodnicy D’Antoniego mogli się przekonać jakie rozwiązania działają najlepiej (czyt. Kobe jako scorer), a jakie nie. Jeżeli będą szli w odpowiednim kierunku, to być może uda im się osiągnąć dodatni bilans jeszcze przed świątecznym pojedynkiem. Jeżeli nie, to prawdopodobnie będziemy musieli poczeka na powrót rozgrywającego, który poukłada wszystkie klocki w ofensywie. Na dzień dzisiejszy Lakers są jedną wielką zagadką i nie wiadomo jak zaprezentują się w ostatnich 7 spotkaniach miesiąca.

Skomentuj