Niezapomniani Jeziorowcy: Metta World Peace

Opublikowane przez , 14 lipca 2013 w Historia, Niezapomniani, 0 komentarzy

Metta World Peace, znany wcześniej jako Ron Artest, swoją przygodę z Los Angeles Lakers rozpoczął w lipcu 2009 roku. To właśnie wtedy podpisał pięcioletni kontrakt warty 33 miliony dolarów. Jako swój numer na koszulce wybrał #37 – oddając w ten sposób hołd Michaelowi Jacksonowi, którego singiel Thriller był na pierwszym miejscu listy przebojów przez 37 tygodnii z rzędu. W składzie Jeziorowców zastąpił Trevora Arizę, który po udanym sezonie 2008 – 09, chciał więcej pieniędzy niż Mitch Kupchak miał zamiar mu zaoferować. Ron w tym czasie był nie tylko lepszy ale również i tańszy, przez co wybór stał się oczywisty. Artest dołączył do drużyny Kobe’ego Bryanta, któremu obiecał po finale NBA w 2008 roku, że pomoże mu zdobyć mistrzostwo.

Lakers wiedzieli, że jeżeli chcą po raz drugi z rzędu sięgnąć po tytuł, to muszą poprawić swoją obronę. Artest wydawał się idealny do tego zadania, a ponadto był zawodnikiem zdolnym pokryć takie gwiazdy jak Paul Pierce, LeBron James czy Kevin Durant. Mało tego – jego twardość, waleczność i nieustępliwość były cechami, które miały pomóc utrzymać skupienie i wywierać presję na innych zawodnikach Jeziorowców. Z drugiej strony znakomite poczucie humoru oraz dobre relacje z Lamarem Odomem i Kobe Bryantem miały zadbać o atmosferę w szatni.

Znany z szybkich dłoni Ron świetnie wywiązywał się ze swoich obowiązków. Doskonale wiedział jaka jest jego rola w drużynie i jakie ma zadanie. Mimo tego, że zdarzało mu się zaliczać solidne ofensywnie sezony (w barwach Pacers czy Kings), to nigdy nie próbował być gwiazdą. Artest pomimo faktu, że nigdy wcześniej nie zdobył mistrzowskiego pierścienia, doskonale wiedział co trzeba zrobić, aby po niego sięgnąć. Tru Warier miał jednak pewien problem i tyczył się on ataku. Bardzo ciężko było mu się odnaleźć w systemie Phila Jacksona, przez co wielokrotnie podejmował niezrozumiałe dla trenera decyzje. Trójkąty nie są łatwą do opanowania taktyką i każdy zdawał sobie z tego sprawę, lecz dla Rona wydawały się one szczególnie uciążliwe. Ten problem nie przeszkodził mu jednak wsławić się wśród fanów swoim „geniuszem”, którym potrafił zadziwić każdego i to nawet w przeciągu jednej minuty…

True Warrier, czyli Ron Artest

Mecz numer 5 Finału Konferencji Zachodniej przeciwko Phoenix Suns (2010). Lakers na minutę do końca prowadzili trzema punktami i mieli pełne 24 sekundy do wykorzystania. W tym momencie Artest dostał piłkę po ofensywnej zbiórce Gasola i zamiast „grać na czas”, zdecydował sje się na rzut zza łuku z czystej pozycji. Ron nie trafił a wszyscy w hali z Philem Jacksonem na czele, niedowierzali ze zdumienia. Suns po trójce Richardsona na 3.5 sekundy do końca ostatecznie doprowadzili do remisu i wszyscy nastawiali się na dogrywkę. Bryant próbował rozstrzygnąć losy spotkania rzutem za trzy ale okazał się on niedolotem. Jednak w tym momencie ponownie pojawił się Artest, który podbiegł pod kosz, zdołał złapać piłkę przed Richardsonem i na sekundę do końca oddać rzut, który okazał się tym zwycięskim. Ron przeszedł drogę „od zera do bohatera” w zaledwie 60 sekund i być może dzięki temu zagraniu, zapewnił Jeziorowcom trzeci z rzędu finał NBA.

Swoje kolejne „pięć minut” Ron przeżywał w tych samych playoffs, w meczu numer 7 przeciwko Boston Celtics. Nie tylko utrzymywal równą formę przez cały mecz, zdobywając w sumie 20 punktów ale również trafił kolejny arcyważny rzut, który dał Lakers 16 mistrzostwo NBA. Na minutę do końca Ron Ron po podaniu Bryanta trafił za trzy, a zawodnicy Phila Jacksona objęli prowadzenie 79 – 73, którego nie oddali już do końca spotkania. Koszykarz pochodzący z Queens dziękował po meczu swojemu psychologowi za pomoc w odnalezieniu pewności siebie oraz ustablizowaniu się. Ponadto powiedział reporterom, ze podczas gdy oddawał decydujący rzut, czuł że Phil Jackson „łapie się za głowę” ale postanowił wziąć los w swoje ręce. Po zdobyciu mistrzowskiego tytułu, Ron udostępnił piosenkę „Champions”, którą nagrał we wcześniejszym okresie.

Metta World Peace nie mógł uwierzyć w to, że w końcu wygrał mistrzostwo NBA

W kolejnych sezonach Artest najpierw zmienił numer z #37 na #15 (nosił go w college’u St. John’s oraz po raz pierwszy w NBA), a potem nazwisko na Metta World Peace – głosząc w ten sposób ideę pokoju na świecie. Mimo to Lakers nie odnieśli w tym czasie żadnego sukcesu a forma byłego Rona (nękanego przez kontuzje) znacznie spadła. To jednak nie przeszkodziło mu ciężko pracować zarówno na parkiecie jak i poza nim. Dzięki niesieniu pomocy dzieciom, czy też zaangażowaniu w psychoprofilaktykę, Metta otrzymał J. Walter Kennedy Citizenship Award przyznawaną przez NBA.

W barwach złota i purpury World Peace rozegrał w sumie 298 meczów (nie licząc playoffs). W tym okresie zdobywał średnio 9.9 punktów, 4 zbiórki, 2.2 asysty i 1.4 przechwyty na mecz. Rzucał na 40% skuteczności, w tym 34% zza łuku. Najlepiej spisywał się w sezonach 2012 – 13 i 2009 – 10, gdzie odpowiednio notował 12.4 i 11 oczek na mecz. Podobnie radził sobie w rozgrywkach posezonowych, za wyjątkiem ostatnich, w których jego skuteczność przeciwko San Antonio Spurs drastycznie spadła (FG 25%, 3FG 14%).

Artestowi/World Peace’owi nigdy nie można było odmówić zaangażowania, poświęcenia i waleczności. Nie zawsze zaliczał świetne występy ale za to zawsze dawał z siebie 110%. Wiele osób (ze świata NBA i poza nim) uważa, że obok Kobe’ego Bryanta był on najciężej pracującym Jeziorowcem w zespole. Nigdy nie spuszczał nogi z gazu i starał się robić wszystkie „małe rzeczy”, które miały wpływ na wynik spotkania. Mimo, że Lakers byli jego piątym zespołem w NBA, to można śmiało powiedzieć, że World Peace był i jest Jeziorowcem z krwi i kości. Metta kocha Los Angeles, kocha organizację, kocha fanów złota i purpury i podkreśla to na każdym kroku. Gdyby nie on, to w tym momencie w Staples Center wisiałby jeden banner mniej. W przeciągu tych czterech sezonów zdobył upodobanie wszystkich fanów – czy to przez całowanie własnych bicepsów, czy też dłoni fanek. To wszystko powoduje, że obok Metty nie można przejść obojętnie. Jedni go kochają, inni nienawidzą ale z pewnością na zawsze pozostanie on w sercach zwolenników Lakers.

Skomentuj