„Nie” dla Rondo w L.A.

Opublikowane przez , 18 grudnia 2014 w Artykuły, Zawodnicy, 4 komentarze

Okres plotek i spekulacji w NBA rozpoczął się na dobre. Minęły już trzy dni od magicznej daty 15 grudnia, a to oznacza, że w sieci pojawiło się wiele potencjalnych wymian z udziałem graczy najlepszej koszykarskiej ligi na świecie. Największym zainteresowaniem cieszy się chyba Rajon Rondo, którego dni w Bostonie powoli dobiegają końca. Jeżeli władze Celtics chcą jeszcze otrzymać coś w zamian za niego, to powinni jak najszybciej wymienić swojego rozgrywającego. Jednym z zainteresowanych usługami Ronda zespołów są oczywiście Jeziorowcy, o których pisał Marc J. Spears z ESPN. Trudno jednak ocenić szanse Lakers w pogoni Rajonem. Dużo na pewno zależy od samej oferty, jaka pojawiłaby się ze strony Kupchaka. Ten może zaproponować 17 – stokrotnym mistrzom NBA Jordana Hilla, Steve’a Nasha, a także wybory w drafcie, co chyba najbardziej zadowoliłoby Danniego Ainge’a i o czym przed chwilą pisaliśmy na Facebooku (link). Czy jednak menedżer ekipy z Miasta Aniołów posunąłby się aż tak daleko, aby oddać swój pick za jednego z najbardziej przereklamowanych zawodników w lidze? Szczerze mówiąc mam nadzieję, że nie, bo Rondo w Los Angeles to zwyczajnie beznadziejny pomysł.

Nie będę tutaj nikomu mydlił oczu, ani próbował na siłę szukać pozytywów takiej wymiany, bo to zwyczajnie nie ma sensu. Lakers przydałby się upgrade na każdej pozycji ale Rondo na pewno by takowym nie był. On wygląda tylko dobrze na papierze, gdy spojrzymy na podstawowe statystyki. Na żywo jednak i w zaawansowanych statystykach wypada znacznie gorzej i na pewno nie jest jednym z czołowych playmakerów w tej lidze. Z tego oraz innych powodów, o których zaraz napiszę, Lakers nie powinni w niego inwestować i zapychać sobie salary na kolejne lata. Byłby to bowiem po prostu w strzał w stopę.

Wiem, że wśród Was (czytelników serwisu) jest sporo osób, które chętnie widziałyby Rajona w barwach złota i purpury ale proszę Was o danie mi szansy i przedstawienie kilku argumentów, które nie przemawiają na jego korzyść. Zacznijmy od podstaw. Rondo to taki rodzaj zawodnika, który żeby był w ogóle przydatny, to musi posiadać piłkę w rękach. Bez niej natomiast jest znacznie mniej produktywny, a do tego jak już pewnie wszyscy dobrze wiemy – nie stanowi żadnego zagrożenia na dystansie (3FG w karierze na poziomie 25.2%). Jak więc miałaby wyglądać jego współpraca z Kobe’em? Czy byłaby ona w ogóle możliwa? Nie sądzę. Bryant co prawda kilka razy w karierze stwierdził, że gdyby grał z rozgrywającym z najwyżej półki, to pozwoliłby mu prowadzić grę, a sam by pewnie mógł skupić się tylko na oddawaniu rzutów po wykreowanych akcjach. Ale czy aby na pewno? Po pierwsze, Rondo nie jest topowym rozgrywającym w lidze, o czym więcej przeczytacie w dalszej części tekstu. Po drugie, Bryant przecież uwielbia mieć piłkę w rękach. Przez prawie 19 sezonów gry w NBA, to on był głównym point guardem swojej drużyny, szczególnie za czasów Phila Jacksona, gdy Jeziorowcy stosowali Triangle Offense. Trudno więc oczekiwać, aby nagle miał zmienić swój styl i w 100% zaufać swojemu partnerowi z drużyny, aby ten dyrygował ofensywą zespołu. Prawda jest taka, że Kobe lubi to robić, tak samo zresztą jak oddawać rzuty po dryblingu, a nie po zasłonach (chociaż przy tym drugim jest bardziej efektywny). Bryant jest scorerem, którego średnie USG w karierze wynosi aż 31.8%. To oznacza, że dostaje on często piłkę do rąk, a zagrywki grane są głównie pod niego. Nie wiem więc jak obaj panowie mieliby dzielić się ze sobą jedną piłką. Po prostu tego nie widzę.

Kobe Bryant i Rajon Rondo mieli już ze sobą pewne spięcia...

Druga sprawa, która łączy się z powyższym, to oczywiście brak rzutu w przypadku gracza Celtics. Rondo rozgrywa właśnie swój 9 sezon w NBA i nadal nie potrafi trafić z półdystansu, ani tym bardziej z dystansu. Mało tego – jego skuteczność w bieżących rozgrywkach wynosi zaledwie 40.5%, a więc jest niższa o prawie 7% od jego średniej z kariery. Również na linii rzutów osobistych spisuje się znacznie gorzej. Po pierwsze oddaje tylko 1.6 osobistych na mecz, co jest jego najgorszym wynikiem w karierze, a do tego trafia tylko 33.3% takich rzutów, co jest spadkiem o 28.1% od jego średniej z kariery, która przecież i tak jest już bardzo niska jak na tego typu gracza. True Shooting % Rajona w tym roku wynosi słabe 42.2%. Nawet Kobe, który jak wiemy nie jest najskuteczniejszy w tym sezonie, ma wyższy wskaźnik TS (48.5%). Jeżeli więc Rondo jakimś cudem pozwoliłby Kobe’emu prowadzić grę, a on sam pełniłby rolę spot-up shootera, to Jeziorowcy osiągnęliby po prostu dno, a ich ataku najprawdopodobniej nie dałoby się oglądać. Zresztą co tutaj więcej pisać – ORTg Ronda z tego sezonu wynosi tylko 96 punktów na 100 posiadań i jest niższe aż o 9 oczek od ogólnego ORTg całej drużyny. Natomiast OBPM (Offensive Box Plus/Minus) – statystyka, która mówi o tym, jak bardzo danych zawodnik przyczynił się do zdobytych przez jego ekipę punktów na 100 posiadań, w porównaniu do przeciętnego zawodnika w lidze i przeciętnej drużyny pokazuje, że Rondo jest gorszy od takiego gracza o ponad jedno oczko. Nie da się także ukryć faktu, że jego Celtics lepiej wiedzie się w ataku, gdy przebywa on poza parkietem, aniżeli na nim (i to średnio o prawie 2 punkty).

Koniec jednak ze spekulacjami. Załóżmy, że Rondo jest rozgrywającym Lakers, Kobe oddał mu pałeczkę i słucha się swojego nowego kolegi z drużyny. I co dalej? Rajon kreuje grę, decyduje o zagrywkach, tempie itd. W końcu komuś takiemu jak on – zawodnikowi, który notuje średnio 10.8 asyst na mecz w tym sezonie, trzeba zaufać. Ale czy aby na pewno? Ile Rondo musi się napracować, ile czasu na zegarze zużyć, aby najpierw ustawić, a następnie znaleźć jednego ze swoich kolegów z drużyny? Jego wolna gra, problemy z płynnym przechodzeniem do ataku i znajdywaniem swoich partnerów (ze względu na schematy defensywne rywali, które zmuszają go do oddania rzutu), powodują, że psuje on płynność całej ofensywy. Poza tym trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, ile z tych asyst, które zalicza, wynika faktycznie ze świetnego rozegrania akcji, zmylenia przeciwnika, skupienia na sobie uwagi dwóch/trzech obrońców, a ile z tego to efekt dobrej gry i skuteczności jego kolegów? No więc właśnie, przechodzimy teraz do sedna sprawy. Tak jak pisałem, na papierze Rondo wygląda świetnie ale w rzeczywistości, już tak nie jest. Gdyby Rondo był w stanie kreować akcje, po których jego koledzy zdobywają punkty spod kosza, to byłoby super. Ale Rajon często po prostu podaje na półdystans lub dystans, a zawodnicy z drużyny po prostu trafiają swoje rzuty i tym samym asysta wędruje na konto rozgrywającego Bostonu. Poniekąd mówią o tym statystyki 82games, które pokazują, że na 222 asysty, które Rondo uzbierał po 21 meczach, 145 (65%) przyszło po celnym trafieniu z pół lub z dystansu, a tylko 77 (35%) po rzucie z bliskiej odległości lub wsadzie. Dla porównania, prawie połowa podań Westbrooka w tym roku kończyła się punktami spod kosza (49%), a 51% gracz Thunder uzyskał dzięki celnym trafieniom jego kolegów.

Wpływ Rondo na grę zespołu jest negatywny, a nie pozytywny

Rondo dobrze zbiera, nieźle spisuje się w defensywie oraz być może ma jeszcze parę innych zalet ale nie są one w stanie przebić jego wad – braku rzutu i złego wpływu na ofensywę. Trudno więc mówić o nim, jako o rozgrywającym. Jest on raczej zawodnikiem, rozdającym asysty, dzielącym się piłką, a nie kimś, kto ułatwia grę swoim kolegom z drużyny. A przecież takie jest zazwyczaj zadanie point guarda w NBA. Rondo więc raczej nie odciążyłby Kobe’ego Bryanta w ofensywie. Nie sądzę aby jego osoba pomogła Jeziorowcom stać się lepszą ekipą. Nie jest to typ gracza, który wzniósłby ją na wyżyny swoich możliwości. To niestety nie ta półka i Rondo stałby się prędzej kulą u nogi, niż zawodnikiem, na którym można oprzeć drużynę. Lakers kosztowałby on sporo milionów, które można znacznie lepiej wydać w najbliższe lato, gdy spadnie kontrakt Steve’a Nasha. Obecnie sytuacja w Los Angeles nie wygląda najlepiej ale nie jest to powód do paniki, a Mitch Kupchak powinien raczej spokojnie przeczekać bieżący sezon. Szczególnie, że Rondo w lato i tak zostanie wolnym agentem i kto wie, czy po beznadziejnym sezonie w barwach złota i purpury, nie zdecydowałby się opuścić Miasta Aniołów i podpisać umowę z zespołem, w którym grałby pierwsze skrzypce. Już raz taka sytuacja miała miejsce w L.A. Miejmy więc nadzieję, że menedżer 16 – stokrotnych mistrzów ligi wyciągnął odpowiednie wnioski od tego czasu i nie popełni już tego samego błędu.

4 komentarze

  1. Zgadzam się w 100%
    Tracimy to co mamy najlepszego czyli pick
    Rondo może zrobić to co Howard, odejść latem. Nigdy nie wiadomo…
    Na rynku będzie w offseason kilku fajnych rozgrywających, dla mnie warto wyłożyć pieniądze dla Dragica czy R. Jacksona

  2. Krótko i na temat.

    Rondo może wydawać się fajny przy sprawdzaniu box score rano, czy w roto ale nie w drużynie walczącej o PO. Trzymam kciuki za Dallas.

  3. Mini saga zakończona, można myśleć o tankowaniu ;)

Skomentuj