Lakers ciągle zmierzają w dobrym kierunku

Opublikowane przez , 2 marca 2014 w Artykuły, Podsumowania, 0 komentarzy

Bilans czterech zwycięstw i ośmiu porażek zanotowali Jeziorowcy w zeszłym miesiącu, wskakując przy okazji na ostatnie miejsce w Konferencji Zachodniej i czwarte od końca w lidze. Co prawda zaczęło się obiecująco od wygrania dwóch z trzech pierwszych meczy, a do gry powrócił Steve Nash ale później już było tylko gorzej, a Lakers przegrywali głównie przed własną publicznością. Ponadto Kanadyjczyk zdołał rozegrać tylko pięć spotkań i ponownie doznał kontuzji, która wyeliminowała go na bliżej nieokreślony czas. Oprócz tego Mitch Kupchak zdecydował się wymienić Steve’a Blake za Kenta Bazemore’a oraz MarShona Brooksa, aby dać więcej czasu młodym rozgrywającym – Jordanowi Farmarowi oraz Kendallowi Marshallowi, a w drużynie pojawiły się pierwsze oznaki niezadowolenia z stosowanego systemu oraz efektów gry. Tak w skrócie można podsumować luty, który był nieco lepszym miesiącem od stycznia (3-12) ale który mimo to przybliżył ich do lepszego wyboru w drafcie.

Pierwsza połowa miesiąca nie wyglądała najgorzej w wykonaniu ekipy z Miasta Aniołów. Lakers, choć przegrali cztery z sześciu rozegranych spotkań, to zaprezentowali się dobrze w starciach z Bulls oraz Thunder, czyli drużynami lepszymi od nich. Szczególnie defensywa uległa poprawie, co było widać od drugiej połowy meczu z Philadelphią 76ers. Swoje pięć minut wykorzystał też Chris Kaman, który skutecznie wywiązywał się z roli Pau Gasola i zdobywał kolejne punkty dla swojego zespołu. Później jednak przyszła przerwa na All-Star Weekend, a po niej kilka trudnych spotkań oraz powrót do poziomu, który Jeziorowcy prezentują od stycznia. Wysoko przegrany pojedynek z Rockets, słaby występ przeciwko Nets, czy też wyjazdy do Indiany i Memphis pokazały, że w obozie złota i purpury za dużo się nie zmieniło.

Choć wspomniana już poprawa w obronie była widoczna przede wszystkim w pierwszych sześciu pojedynkach, to i na przestrzeni całego miesiąca można ją „wyróżnić”. Podopieczni Mike’a D’Antoniego zatrzymywali rywali na 109.1 punktach na 100 posiadań, co jest wynikiem o 4.9 oczek lepszym niż w styczniu. Ich wskaźnik DRTg byłby zapewne wyższy gdyby nie te kilka ostatnich przegranych pojedynków (zaczynając od tego z Rakietami). Nie można więc ponownie stwierdzić, że motywem przewodnim Lakers był brak defensywy, która w ogólnym rozrachunku wyglądała na pewno lepiej. Ich głównym problemem, przez który Jeziorowcy nie potrafili zatrzymać Jazz, Nets lub ograniczyć poczynania wspomnianych Rockets oraz Pacers, była deska. To tutaj zawodnicy z Miasta Aniołów zaliczyli regres i stali się jeszcze gorszą ekipą.

Luty był najgorszym miesiącem w tej kategorii dla Lakers, którzy zbierali niecałe 39 piłek na mecz. Jak na drużynę, grającą jedną z najszybszych koszykówek w lidze, jest to prostu okropny wynik. Podopieczni Mike’a D’Antoniego wielokrotnie pozwalali swoim rywalom na zbiórki w ataku, po których ci zdobywali łatwe punkty (średnio 18.4 na mecz). Tym samym nawet jeśli wcześniej grali dobrze w obronie, to ich wysiłek szedł na marne. Zresztą przywołajmy ekipy, które zaliczyły ich najwięcej: Cavaliers (27), Pacers (21), Rockets (19), Celtics (16) Jazz i Kings (15), Grizzlies (13), 76ers i Nets (12) oraz Timberwolves (11). Tylko Chicago Bulls i Oklahoma City Thunder nie przekroczyli bariery 10 ofensywnych zbiórek. Średnia ilość zbiórek rywali wyniosła prawie 50, czyli aż o ponad 10 więcej od Jeziorowców. Nie bez powodu mówi się, że deska jest jednym z najważniejszych elementów, jeżeli chce się wygrać mistrzostwo. Lakers są doskonałym przykładem na to, że bez niej nie ma czego szukać w rozgrywkach posezonowych.

Ryan Kelly atakuje kosz Wilków w hali Target Center

Głównie przez ten element zawodnicy złota i purpury tracili aż 45.7 punktów na mecz w strefie podkoszowej i tradycyjnie byli jedną z najgorszych drużyn pod tym względem. Udało im się poprawić za to powrót do obrony, gdyż mimo większej ilości strat (16.8), pozwalali rywalom na zdobywanie 2.5 oczek mniej z kontrataków (14.2). Sami natomiast lepiej biegali do kontr, notując 16.8 punktów w tym elemencie. Oprócz tego Jeziorowcy również częściej dzielili się piłką, zaliczając asysty w blisko 68% przypadków (o 4.6% więcej), a z kolei mniejsza ilość meczów, pozytywnie wpłynęła na ich skuteczność, która była najlepsza na przestrzeni tych czterech miesięcy. Ich eFG wyniósł bardzo dobre 54.4%, na co najbardziej miały wpływ trójki, których Jeziorowcy trafiali prawie 45% w pojedynczym spotkaniu.

Ktoś może zapytać: jak to jest możliwe, skoro Nicka Younga zabrakło w 9 z 12 rozegranych spotkań, a Pau Gasola w siedmiu? To pokazuje skuteczność ofensywnej taktyki Mike’a D’Antoniego, która stawia na prostotę rozwiązań i pozwala wszystkim wziąć udział w ataku, przez co każdy stanowi zagrożenie. Po Kendallu Marshallu udowadniają to także nowi zawodnicy – Kent Bazemore i MarShon Brooks. Obaj pokazali, że jeśli dostaną szansę, to mogą być produktywni. Pierwszy z nich w tych pięciu starciach zdobywał średnio 16.2 punkty i 2 przechwyty na mecz, rzucając na 38% skuteczności z dystansu, natomiast drugi regularnie dodawał od siebie 13.8 oczek, trafiając 8 na 9 rzutów zza łuku i grając przy tym o 10 minut mniej od swojego kolegi z Golden State Warriors.

Poza tym do takiego stanu przyczynił się także Wesley Johnson, który wziął na siebie większą odpowiedzialność w ataku. Skrzydłowy z Iowa State University wreszcie zaczął grać tak, jak od niego oczekiwano. W ciągu tych 12 spotkań notował regularnie 13.8 punktów, 5.6 zbiórek, 1.5 bloków i 1.1 przechwytów. Najważniejsza jednak była jego skuteczność, która wyniosła 50%, w tym znakomite 51% zza łuku (Wes co mecz trafiał 1.8 trójek na 3.7 prób). Jedynie w meczach z Bulls, Celtics i Nets zagrał bardzo słabo, a poza tym był solidnym graczem, wykonującym brudną robotę i stanowiącym zagrożenie na obwodzie. Jego forma w zeszłym miesiącu była bardzo stabilna, co osobiście bardzo mnie cieszy.

Niestety pod względem indywidualnym luty nie był za to udany dla Kendalla Marshalla. Młody rozgrywający z Dumfries najpierw stracił miejsce w wyjściowej piątce na rzecz Steve’a Nasha, a po przerwie na All-Star Game zupełnie zgubił formę. W ciągu tych 28 dni zanotował tylko dwa świetne występy: przeciwko Thunder (14 punktów, 17 asyst) i Rockets (20 oczek, 16 asyst). Jednak po spotkaniu z drużyną Dwighta Howarda i Jamesa Hardena, Marshall stał się zupełnie niewidoczny. W ostatnich pięciu meczach miesiąca, notował tylko 1.4 punkty (FG 14%, 3FG 11% ) oraz 7.4 asysty na mecz, grając prawie 22 minuty. Były gracz Suns nie miał ostatnio prawie żadnego wpływu na ofensywę Lakers i na pewno chciałby jak najszybciej zapomnieć o kilku ostatnich starciach. Rozgrywający Lakers jest tego świadomy i zamierza wrócić do swojego poziomu.

Zrobiłem listę rzeczy w moim telefonie, których według ludzi nie potrafię zrobić i codziennie sobie o niej przypominam (…) Konsekwentność jest moją główną motywacją. Jako młody gracz, czuję że jest to to, z czym mam największy problem. Według moich standardów czuję, że grałem nieadekwatnie do mojej roli. Jest to dla nie do zaakceptowania.

Podsumowując, grę mistrzów NBA m.in. z 2010 roku można więc podzielić na dwie połowy: tę przed Weekendem Gwiazd i tę po. Do 13 lutego Lakers prezentowali się lepiej niż w styczniu i to nawet mimo porażek z Bulls, Jazz, czy Thunder. Ich defensywa lepiej współpracowała, na co wpływ na pewno miał niedoceniany Shawne Williams, a być może również brak obecności Pau Gasola, którego zastąpił aktywniejszy po tej stronie parkietu Chris Kaman. Jednak po Meczu Gwiazd, zwolnieniu Williamsa oraz oddaniu do Warriors Steve’a Blake’a, ich gra „wróciła do normy”. Po części jest to także spowodowane przyjściem Kenta Bazemore’a oraz MarShona Brooksa ale również tym, że Lakers po prostu grali z lepszymi rywalami. Tak czy inaczej Jeziorowcy cały czas dążą do swojego celu, jakim jest jak najgorsza pozycja w lidze, a do końca ich męki pozostało już tylko sześć tygodni. Przed nimi trudny i wymagający marzec, przez co można liczyć na to, że będzie jeszcze „lepiej”.

Skomentuj