Kontuzje, kontuzje i… jeszcze raz kontuzje

Opublikowane przez , 22 kwietnia 2014 w Artykuły, Drużyna, 0 komentarzy

Kiedy Los Angeles Lakers kończyli zeszły sezon pod koniec kwietnia wydawało się, że gorzej już być nie może. Zawodnicy z powodu kontuzji opuścili w sumie aż 173 spotkania, nie wliczając w to playoffs, w których przecież problemy mieli również Jodie Meeks, Steve Nash, Steve Blake i Metta World Peace, a Mike D’Antoni musiał grać Dariusem Morrisem i Andrew Goudelockiem na pozycjach jeden i dwa. Tymczasem w obecnych rozgrywkach minął zaledwie miesiąc od ich rozpoczęcia, a w obozie Jeziorowców już pojawiły się pierwsze problemy, które rozpoczęły serię nieszczęść. Fani Lakers nie mogli nawet nacieszyć się powrotem Kobe’ego Bryanta, który przygotowywał się do niego przez bardzo długi okres czasu. W sumie podopieczni D’Antoniego opuścili rekordowe 300 meczów (nie licząc początkowej absencji Black Mamby) – najwięcej w historii organizacji od roku 1980, kiedy rozpoczęto ich liczenie. Pytanie: dlaczego? Dlaczego spotkało to właśnie Jeziorowców? Czy to był zwykły pech? A może niekompetencje osób przygotowujących zawodników do spotkań?

Gary Vitti – członek sztabu szkoleniowego Jeziorowców od ponad 30 lat przyznał w wywiadzie dla The Times, że nigdy nie miał doczynienia z tak koszmarnym sezonem. I nie chodzi mu tutaj o rezultat końcowy ale problemy zdrowotne zawodników, które się po prostu nie kończyły. Według Gary’ego mogły one mieć związek przede wszystkim ze zmieniającą się ligą, która stała się bardziej atletyczna i dynamiczna, niż jeszcze kilka lat temu. Vitti zwrócił również uwagę na tempo konstruowanych akcji i przebiegu całego meczu. W końcu Lakers znaleźli się na drugim miejscu pod tym względem – prawie 99 posiadań na jedno spotkanie. Lepsi w sezonie byli tylko gracze Philadelphii 76ers, natomiast niewiele gorsi Denver Nuggets, Minnoseta Timberwolves, Houston Rockets czy Golden State Warriors. Jednak czy to jest prawdziwym powodem szeregu kontuzji zawodników? Na pewno zwiększa to prawdopodobieństwo zaliczenia jakiejś niebezpiecznej kolizji ale jak pokazują Milwaukee Bucks, Charlotte Bobcats, czy Washington Wizards, nawet grając wolno można nabawić się urazów. Wydaje się więc, że przyczyn takiego stanu należy szukać gdzie indziej.

Dlaczego mieliśmy tyle kontuzji w zespole? Czy to ze względu na poziom atletyczności towarzyszący takiemu tempu gry? Nie wiem ale myślę, że szybkość spotkań uległa drastycznej zmianie na przestrzeni ostatnich trzech lat. Jeziorowcy wygrali wszystkie mistrzostwa od 2000 roku grając trójkąty, które bardzo kontrolują tempo rozgrywanych akcji. Nie mówię, że powinniśmy je stosować. Liga jest bowiem jaka jest, stała się bardziej atletyczna. Ale przy dużych prędkościach jest zdecydowanie mniej miejsca na jakiekolwiek błędy, a do tego otwiera się szereg nowych problemów, o których nie musisz myśleć, kiedy grasz wolniej.

Prześledźmy wszystkie kontuzje Jeziorowców z ostatniego roku. Na pierwszy ogień idzie Steve Nash. Kiedyś, urodzony w RPA Kanadyjczyk, czuł się jak ryba w wodzie mogąc grać szybką koszykówkę, a obrońcy rywali nie byli w stanie nadążyć za jego sposobem myślenia. Nash zawsze był utożsamiany z szybkim tempem, które zresztą pomogło mu zdobyć dwa tytuły MVP. Niestety 39/40 lat to raczej nie jest odpowiedni wiek przy takim stylu gry. Mało tego – to raczej nie jest już odpowiedni wiek na to, aby w ogóle profesjonalnie grać w lidze NBA i to mając za sobą 18 rozegranych sezonów i spędzonych ponad 38 tysięcy minut na parkiecie. Nic więc dziwnego, że Steve jako pierwszy zaczął mieć problemy zdrowotne – głównie z plecami oraz z podrażnieniem nerwów. Czy to jednak wina dynamiczności dzisiejszej ligi? Moim zdaniem po prostu wieku rozgrywającego Lakers. Nash był od początku obozu przygotowawczego bardzo oszczędzany, a mimo to nie był w stanie rozegrać przynajmniej 30% spotkań.

Gary Vitti pomaga Steve'owi Nashowi zejść z parkietu w zeszłym sezonie

Kolejnym graczem, który wypadł z rotacji (również z powodu pleców) był Chris Kaman. Niemiec w przeszłości już miewał problemy z kontuzjami, o czym świadczy jego historia. W ciągu ostatnich 3 lat przed przyjściem do Lakers, rozegrał ich tylko 145 na 230 możliwych. Nic więc dziwnego w tym, że ni stąd ni zowąd, Chris zaczął odczuwać bóle. Nie było to jednak nic poważnego, a były center Mavericks z tego powodu pauzował tylko przez około osiem spotkań. Wydaje się więc, że były to dla niego typowe problemy, z którymi zmaga się już od kilku lat. Później prawdopodobnie na treningach dopadła go jeszcze kontuzja stopy, natomiast jego ostatnia, związana z łydką, pojawiła się nieoczekiwania i tutaj być może można winić to, że Kaman nie grał przez bardzo długi okres czasu (miesiąc), po czym zaczął pojawiać się na parkiecie regularnie po 25 minut, co doprowadziła do naderwania mięśnia łydki.

Innym Jeziorowców, który znalazł się poza grą na dłuższy okres czasu był Jordan Farmar, który 1 grudnia 2013 roku przeciwko Portland Trail Blazers zerwał ścięgno podkolanowe. Było to to samo ścięgno, z którym miał problem już w lato – jeszcze przed startem obozu przygotowawczego. Na dodatek Farmar we wspomnianym meczu rozegrał tylko 56 sekund i od razu musiał opuścić parkiet. Tutaj właśnie wydaje mi się, że zawinili ludzie, odpowiedzialni za przygotowanie go do meczu. Farmar nie był dobrze rozgrzany, a do tego sztab medyczny wcześniej nie kontrolował jego sytuacji ze ścięgnem i w efekcie rozgrywający musiał pauzować przez trzy tygodnie. Pech chciał, że po czterech meczach od powrotu, znów nabawił się tego samego urazu, chociaż dotyczył on innego ścięgna, które znajdowało się blisko poprzedniego. Wydaje się, że Jordan za szybko wrócił do gry, a do tego od razu zaczął przebywać na parkiecie po 30 minut. To w połączeniu z szybkim tempem, faktycznie mogło doprowadzić do kolejnego zerwania. Również w spotkaniu rozgrywanym w Cleveland – po miesiącu przerwy, Jordan od razu spędził 33 minuty (ze względu na krótką ławkę rezerwowych) i nabawił się skurczów w łydce, przez które nie zagrał w następnych czterech meczach. Przyczyna tego wydaje się być taka sama jak wcześniej – Farmar za szybko wrócił, spędził za dużo czasu na parkiecie i nie był jeszcze gotowy na tak dynamiczną grę.

Kontuzje wyeliminowały z gry także innego rozgrywającego złota i purpury – Steve’a Blake’a, któremu doskwierały problemy z łokciem. Blake podobno mógłby grać z urazem ale ze względu na dyskomfort przy oddawaniu rzutów, zdecydowano się dać mu czas na rehabilitację. Jak doszło do kontuzji? Podobno Steve nabawił się go w starciu z Washington Wizards 26 listopada ale dokładnie nie wiadomo, w którym momencie. Być może przyczyną było szybkie, bez odpowiedniego przygotowania, składanie się do rzutów w transition. Trudno jednoznacznie stwierdzić ale na pewno nie można wykluczyć takiej możliwości.

Przechodzimy w końcu do lidera Lakers, który ze wszystkich graczy złota i purpury, rozegrał najmniej spotkań w sezonie. Bryant po sześciu meczach złamał nasadę kości piszczelowej w okolicach kolana, która jak się okazała, wyeliminowała go z gry do końca roku. Dlaczego tak się stało? Moim zdaniem winien jest tutaj sam Black Mamba, który wdał się w niepotrzebną przepychankę z Tony Allenem, stracił kontrolę nad piłką i w efekcie upadł na parkiet, pechowo spadając na kolano. Bryant powinien być raczej bardziej ostrożny ze swoją grą, tym bardziej, że były to jego pierwsze minuty od 9 miesięcy.

W rozczarowującym sezonie pech dopadł także Xaviera Henry’ego, który po niecałych pięciu minutach w spotkania z Philadelphią 76ers 29 grudnia, nadwyrężył prawe kolano. Henry biegł w kontrataku z piłką i chciał już wykonywać layupa ale po tym, jak minął jednego obrońcę gości, zderzył się kolanem z drugim i od tego momentu zaczął mieć problemy z poruszaniem się. X był jednak w stanie dograć kwartę do końca, a lekarze stwierdzili, że nie zagra maksymalnie przez 10 dni. Jak wszyscy dobrze wiemy, Henry pauzował znacznie dłużej. Trudno jednak winić tutaj kogokolwiek za tę sytuację. Był to po prostu nieszczęśliwy wypadek, taki sam jaki towarzyszył urazowi Nicka Younga. Dziwić się tylko można opinii specjalistów, która po prostu nie była trafna. Xavier nie wyszedł na parkiet przez dwa miesiące, a kiedy już to zrobił w marcu, to nadal odczuwał ból w kolanie i w zasadzie nie powinien w ogóle wrócić już w tym sezonie – tak jak Kobe Bryant. Henry tylko pogorszył sobie uraz, a do tego przy okazji zerwał więzadła w nadgarstku i musiał poddać się operacji. To nie pierwszy raz, kiedy sztab medyczny Jeziorowców źle ocenia istotność kontuzji oraz przewiduje długość absencji danego gracza.

Wyżej wspomniałem o Nicku Youngu, który nabawił się kontuzji kolana i musiał przez nią opuścić w sumie 18 spotkań. Swaggy P podobnie jak Henry, w starciu z Cleveland Cavaliers przypadkowo zahaczył o kolano CJa Milesa, gdy ten postanowił go sfaulować i uniemożliwić mu zdobycie łatwych punktów z kontrataku. Nie da się ukryć, że Young miał tutaj po prostu pecha i w żaden sposób nie dało się uniknać kolizji. Jego uraz okazał się być jednak mniej poważny niż Xaviera, chociaż nie zmienia to faktu, że Nick tak samo jak inni, za wcześnie wrócił do gry (w meczu z Brooklynem Nets, zaledwie po 18 dniach od urazu), przez co musiał później opuścić miesiąc rozgrywek.

Jodie Meeks to następna osoba, która nabawiła się kontuzji ale była ona związana z nieszczęśliwym lądowaniem po oddanym rzucie zza łuku. Meeks po prostu źle stanął na nodze i w ostatecznosci skręcił kostkę, co jednak nie wyeliminowało go z gry na dłuższy okres czasu. Jest to jedna z typowych kontuzji, które zdarzają się dosyć często w NBA i zazwyczaj nie są poważne. Tak też było i w tym wypadku, a Jodie był w stanie kontynuować grę na najwyższym poziomie.

Podczas trwania rozgrywek swoje problemy z kolanem miał Jordan Hill, przez co opuścił kilka meczów w marcu. Podobno center Lakers zmagał się z nimi już od początku preseasonu i kilkakrotnie poddawał się prześwietleniu. To może być więc jego stały problem, typowy zresztą dla centrów. Być może to właśnie one były niekiedy przyczyną jego słabszej dyspozycji.

Jordan Hill i Kobe Bryant podczas meczu Lakers z Clippers

Oczywiście w naszym zestawieniu trzeba jeszcze wspomnieć o Pau Gasolu, który z kolei opuścił w ostatnim sezonie 22 spotkania ale większość z nich, nie ze względu na poważne problemy – ba, powiedziałbym wręcz, że z błahych. W trzech meczach Katalończyk nie zagrał ze względu na podrażnienie dróg oddechowych, a w 12 z powodu zawrotów głowy. Nie jest to ani typowe dla zawodników NBA, ani też efektem zbyt dużej ilości minut, agresywnej gry itp. Jedynie uraz pachwiny mógł być dla niego naprawdę uciążliwy i przez niego nie wyszedł na parkiet w siedmiu pojedynkach.

Kent Bazemore był ostatnim zawodnikiem, który dołączył do długiej listy osób kontuzjowanych. W starciu z L.A. Clippers podczas przygotowywania się do zaatakowania kosza rywali, Kent nagle upadł na parkiet i złapał się za stopę. Badanie rezonansem magnetycznym wykazało zerwane ścięgno, przez które były gracz Warriors musiał poddać się operacji (zakończonej powodzeniem). Osoby, które oglądały ten mecz na pewno były w szoku, że Bazemore’owi coś się stało – nic bowiem na to nie wskazywało, nie było żadnego kontaktu z zawodnikiem drużyny przeciwnej. Sytuacja ta przypominała to, w jaki sposób Kobe zerwał ścięgno Achillesa. Po prostu to się stało. Jednak w przypadku Black Mamby, wpływ na to mogły mieć system, wiek oraz ilość minut ale przecież Kent, nie był „zajeżdżany” przez D’Antoniego, a do tego jest bardzo młodym zawodnikiem, dla którego kariera w NBA tak naprawdę dopiero się rozpoczęła. Najwyraźniej jednak ten niski skrzydłowy nie był odpowiednio przygotowany na większą ilość minut w tym sezonie, szczególnie po tym jak grywał maksymalnie sześć w Golden State. Nagły skok do 28 w Los Angeles mógł się okazać zbyt dużym wyzwaniem dla jego organizmu i ścięgno po prostu niewytrzymało. Warto tutaj jednak również zaznaczyć, że wcześniej Kent miał podobny problem – przed rozpoczęciem ostatniego roku na uczelni Old Dominion, więc to także mogło mieć związek z całą sytuacją.

Podsumowując , okoliczności w jakich zawodnicy złota i purpury nabawili się kontuzji, nie wskazują raczej na tempo gry, czy zbyt agresywną koszykówkę jako główne powody ich wystąpienia. W przypadku większości z nich, koszykarze z Los Angeles mieli po prostu pecha, w innych z kolei, zostały podjęte niewłaściwie decyzje dotyczące terminu ich powrotu na parkiet, co w połączeniu ze zbyt dużą ilością minut oraz dynamiką meczów, mogło spowodować odnowienie się urazu. Sama jednak filozofia Mike’a D’Antoniego w normalnych warunkach, nie jest ich przyczyną. Na pewno zwiększa ona prawdopodobieństwo ich wystąpienia, szczególnie w przypadku starszych i mniej atletycznych graczy, ale to nie ona była powodem takiego stanu w sezonie . Do tego przecież był szkoleniowiec Suns i Knicks ogólnie dobrze rozdysponował minuty swoim podopiecznym – żaden z nich nie grał średnio dłużej niż 34 minuty w meczu. Już prędzej pretensje można mieć do decyzji podejmowanych przez lekarzy, osób przygotowujących zawodników do spotkań ale ogólnie wydaje się, że nad Jeziorowcami krąży po prostu klątwa. Klątwa, która jest z nimi od zawetowania przez Davida Sterna wymiany Chrisa Paula, a przynajmniej tak w żartobliwy sposób tłumaczy to wszystko Gary Vitti.

To właśnie wtedy wszystko się zaczęło. Z tego powodu też zaryzykowaliśmy sprowadzając Steve’a Nasha i Dwighta Howarda. Niektórzy uważali to za dobry ruch, inni za zły. Cóż, ostatecznie nic z tego nie wyszło, więc jest to kolejny gwóźdź do trumny (…) Później jeszcze Kobe zerwał lewego Achillesa… W przypadku pojedyńczego występowania tych wszystkich urazów, być może dałoby się to jakoś przeżyć ale gdy wszystkie zaczęły układać się w jeden stos, gra stała się naprawdę trudna.

Los uśmiechał się do Jeziorowców wiele razy ale teraz, prawdopodobnie postanowił się im za to odpłacić. Nie pozostaje nam więc nic innego, jak tylko liczyć na to, że w przyszłości będzie lepiej i nic podobnego, w tak dużym stopniu, nie spotka już Lakers. Te dwa ostatnie sezony na pewno jednak spowodowały, że do każdych kolejnych człowiek będzie podchodził z większym dystansem, rozwagą i pokorą. Kontuzje mogą pogrążyć każdą organizację – nawet tę najlepszą i nie da się ich przewidzieć. Są w stanie zepsuć, mogłoby się wydawać, idealny plan i żadna drużyna sportowa nie chciałyby mieć z nimi styczności. Choć akurat patrząc pod kątem ostatniego sezonu, ich wystąpienie w ekipie z Kalifornii może nie było ostatecznie tak wielką szkodą… Jeziorowcy bowiem i tak by nic nie ugrali (nawet nie wiadomo czy awansowaliby do playoffs), a tankować w normalnych warunkach nie mieli zamiaru – na co nie pozwalała im duma i Kobe Bryant. Seria urazów jednak zupełnie ich wyniszczyła i „dzięki nim” drużyna złota i purpury będzie miała wysoki wybór w dobrze zapowiadającym się drafcie. Wydaje się więc, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło ale oczywiście nikomu nie życzymy urazów, a szczególnie w nadchodzących dla 16 – krotnych mistrzów ligi lepszych czasach.

P.S. Do tej pory najwięcej spotkań z powodu kontuzji opuścili zawodnicy Toronto Raptors w sezonie 2002 – 03 (519).

Skomentuj