Koniec przygody Williamsa w Jeziorowcach

Opublikowane przez , 9 stycznia 2014 w Artykuły, Zawodnicy, 0 komentarzy

Po tym jak we wrześniu Shawne Williams trafił do Lakers pisałem o jego drodze, którą przebył z Nowego Jorku do Los Angeles (link), gdzie ponownie zjednoczył się z trenerem Mike’em D’Antonim. Nie wiedziałem wtedy czego można się po nim spodziewać i raczej myślałem, że będzie on czwartym wysokim w zespole, za Pau Gasolem, Chris Kamanem i Jordanem Hillem, grając około 12 minut w każdym meczu. D’Antoni jednak od samego początku stawiał na Williamsa i nawet jeśli ten zawodził w ataku, to mógł liczyć na minuty w kolejnych spotkaniach. Shawne został jednak sprowadzony do ekipy 16 – krotnych mistrzów NBA w celu rozciągania defensywy rywali i trafiania trójek. Niestety w tym elemencie zawiódł oczekiwania wszystkich, a jedyny dobry występ zaliczył 29 listopada 2013 roku przeciwko Detroit Pistons, kiedy to trafił 6 na 11 rzutów zza łuku. To był jednak właściwie jednorazowy wyskok, a Williams w barwach złota i purpury trafiał w sumie na słabej 32.7% skuteczności.

Jego mała ilość trafianych trójek była jednym z powodów, dla których został zwolniony przez menedżera Mitcha Kupchaka. Ważniejszym jednak było po prostu zachowanie elastyczności na rynku transferowym i wolnych agentów przez Lakers, szczególnie w przypadku wielu kontuzji wśród obrońców Jeziorowców. To może oznaczać, że Mitch rozgląda się za kolejnym rozgrywającym lub rzucającym obrońcą, który zasiliłby zespół. Na pozycjach 4 i 5 z kolei ekipa z Kalifornii nie może narzekać na brak zdrowych zawodników. Mike D’Antoni dysponuje przecież Pau Gasolem, Chrisem Kamanem, Jordanem Hillem, Robertem Sacre, a także i Ryanem Kelly, który ostatnio znalazł uznanie w oczach trenera z Mullens. Kelly, podobnie jak Williams, to zawodnik typu stretch four, a na dodatek młodszy i o większym potencjale niż 27 – latek. Z wyżej wymienionych względów były gracz Knicks i Nets musiał się pożegnać z drużyną i ponownie będzie szukał pracy w innym miejscu. Choć Williams nie spisywał się dobrze przy rzutach z dystansu, to na parkiecie robił wiele innych rzeczy i miał ogólny, pozytywny wpływ na grę zespołu zarówno. Shawne robił na parkiecie małe rzeczy, które nie zawsze były widoczne i które pewnie wielu zwolennikom Jeziorowców umykały. Głównie chodzi tutaj o defensywę, w której urodzony w Memphis zawodnik, potrafił nieźle kryć zarówno niskich jak i wysokich skrzydłowych, a czasami nawet i centrów. Zawsze był skupiony po tej stronie parkietu, a dzięki szybkiej pracy nóg i długiemu zasięgowi ramion, skutecznie utrudniał oddanie rzutów rywalom i nie zostawał za nimi w tyle. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jego umowa jest niegwarantowana dlatego robił wszystko co mógł, aby pomóc Jeziorowcom odnosić kolejne wygrane.

Little things - to cechowało Williamsa, gdy grał w barwach Lakers

Według mySynergySports Williams zatrzymywał swoich rywali na 37.8% skuteczności, a zawodnicy zdobywali przeciwko niemu średnio 0,81 punkta na jedno zagranie, co pozwoliło mu znaleźć się na 80 miejscu w NBA. Najlepiej jednak spisywał się broniąc jeden na jednego pod koszem, gdzie rywale zdobywali tylko 0,73 punkta na jedno zagranie (33 wynik w lidze). Shawne dobrze rotował w defensywie i pomagał swoim kolegom, będąc właściwie wszędzie. Z nim na parkiecie Lakers tracili 103.8 punktów na 100 posiadań z kolei bez niego – 110.7. Patrząc na mobilność tego skrzydłowego, nie ma powodów by się temu dziwić. Były gracz m.in. Pacers zapewniał wszystko w obronie pod koszem – szybkość, długość, odpowiednią pracę nóg, zwinność i zaangażowanie. Nie był dobrym blokującym ale przecież nie ilość czap świadczy o tym, jakim obrońcą jest dany gracz. Jego DRTg po 32 meczach wynosiło 106 punktów na 100 posiadan i jest to jeden z najlepszych wyników w zespole. Warto tutaj zaznaczyć, że wskaźnik ten był około 3 – 4 oczka lepszy, gdy Lakers lepiej spisywali się w defensywie w pierwszym miesiącu trwania rozgrywek.

To właśnie po tej stronie parkietu Shawne spisywał się najlepiej i tutaj dawał z siebie najwięcej. W końcu to on był zawodnikiem, który najwięcej biegał w obronie, zawsze starając się odcinać rozgrywającego rywali od otrzymania podania z boku. To on często wywierał presję na przeciwniku na całym parkiecie i angażował do gry w defensywie swoich partnerów. To także on podejmował się każdego zadania, jakie zlecił mu Mike D’Antoni. Za ten wysiłek należą mu się słowa uznania i właśnie w tym elemencie gry był bez wątpienia solidny. Zawsze starał się jak najlepiej wykorzystać swój czas na parkiecie i odwalał tzw. brudną robotę.

Niestety jednak Williams dużo gorzej wypadał w ataku, gdzie groził jedynie rzutem z dystansu. Poza tym słabo zbierał na ofensywnej tablicy (tylko 3.3% możliwych piłek), nie miał żadnych umiejętności w grze pod koszem, ani też nie słynął z gry jeden na jednego. Tym samym jeżeli nie trafiał swoich trójek, to często był niewidoczny, a fani mogli zastanawiać się, czemu gra kosztem np. Jordana Hill. Shawne w barwach Lakers trafiał średnio 1.1 trójek na 3.4 próby, a jego wskaźnik ORtg wynosił tylko 100 punktów na 100 posiadań, co nie jest dobrym wynikiem, szczególnie w systemie Mike’a D’Antoniego. Mimo to ofensywa całego zespołu wydawała się lepiej radzić sobie z nim na parkiecie niż bez niego. Wskaźnik pokazuje, że Lakers zdobywali 105.8 punktów na 100 posiadań gdy były skrzydłowy Knicks przebywał na parkiecie i 102.5 punktów bez niego. Przyznam jednak szczerze, że oglądając 90% spotkań z tego sezonu, mam co do tego wątpliwości ale dopiero czas zweryfikuje, czy jest w tym wszystkim ziarenko prawdy.

Skuteczność Williamsa w sezonie oraz ilość oddawanych rzutów z różnych pozycji.

Tak czy inaczej jego skuteczność najbardziej przykuła uwagę zarządu i pozwoliła podjąć mu decyzję, którego zawodnika z niegwarantowaną umową zwolnić. Po przez ten ruch, drużyna z Kalifornii zyska w sumie około 2.5 miliona dolarów, a do tego możliwość podpisania nowego gracza, z innymi umiejętnościami. Zdaje też sobie z tego sprawę trener Lakers – Mike D’Antoni, który przyznał, że Shawne robił dla zespołu wszystko, o co został poproszony ale niestety obecna sytuacja ekipy, zmusiła jej władze do podjęcia takiej, a nie innej decyzji. Jest ona w pełni zrozumiała i mimo tego, że Williams dawał z siebie wszystko, to było to za mało, a jego forma strzelecka daleka była od tej, którą prezentował w New York Knicks i to mimo tego, że przecież wychowanek Memphis miał wiele okazji do oddawania swoich ulubionych rzutów z rogu.

To jednak nie przeszkodziło mi w ciągu tych 32 rozegranych spotkań polubić Williamsa jako zawodnika i jako osobę. Oglądając odcinki Backstage Lakers, czy też widząc jego kolejne zdjęcia z Youngiem i Farmarem nie trudno się domyślić, że razem tworzyli zgraną ekipę, nawzajem się szanowali i lubili ze sobą pracować. Na pewno między nim, a pozostałymi graczami drużyny stworzyła się pewna więź. Raz można było go zobaczyć rywalizującego w ping ponga z Kobe Bryantem, a następnie widzieć jak śmieją się ze swoich żartów na meczu. Shawne był dobrym kolegą z szatni, gotowym wstawić się za swoimi partnerami podczas trwania spotkania, co można było kilka razy zobaczyć w tym sezonie, m.in. podczas starcia z Kings, kiedy Cousins celowo odepchnął Jordana Farmara. Lakers byli dla niego jak rodzina, która dała mu drugą szansę e NBA i której nie chciał zawieść. Z tych wszystkich powodów jest mi szkoda, że już nie zobaczymy go wśród pozostałych zawodników złota i purpury. Czy jednak jego strata negatywnie odbije się na Jeziorowcach? W obecnej sytuacji nie da się tego oszacować i być może dopiero przy zdrowym składzie będzie można stwierdzić, czy brakuje czegoś, co regularnie wnosił do gry Williams.

Skomentuj