Kolejny sezon i kolejne rozczarowanie…

Opublikowane przez , 30 kwietnia 2015 w Artykuły, Podsumowania, 0 komentarzy

Minęły już dwa tygodnie od zakończenia sezonu zasadniczego 2014/15, a więc pora na spokojnie podsumować te około sześć miesięcy gry w wykonaniu Jeziorowców i rozliczyć się z wyznaczonych jeszcze w październiku celów. Nie będę tutaj mydlił nikomu oczu, ani udawał, że mojej zapowiedzi sezonu w ogóle nie było (link). Prawda jest bowiem taka, że osobiście chciałem aby Lakers zawalczyli w opisywanych rozgrywkach o playoffy i tym samym pokazali się z dobrej strony przed potencjalnymi wolnymi agentami. Niektórzy od początku byli zwolennikami tankowania i nie widzieli potencjału w zespole z Miasta Aniołów ale ja uważałem inaczej. W końcu skoro zdrowi zawodnicy złota i purpury w pierwszym miesiącu sezonu 2013/14 byli w stanie grać na poziomie 50% zwycięstw, to dlaczego nie miało tak być z ekipą Byrona Scotta? W październiku bowiem właściwie wszyscy byli gotowi do gry, a ponadto zespół mógł liczyć na wsparcie Kobe’ego Bryanta oraz przyglądać się rozwojowi Juliusa Randle’a. Już jednak od samego początku wszystko poszło nie tak, jakbyśmy tego chcieli, a tym samym o jakiejkolwiek walce o rozgrywki posezonowe, mogliśmy szybko zapomnieć…

Chciałbym w tym miejscu napisać, że głównym powodem tak beznadziejnego sezonu były kontuzje ale brakuje mi argumentów, na potwierdzenie tej tezy. W poprzednim sezonie (2013/14) uważałem i nadal uważam, że to one były przyczyną słabej gry Jeziorowców w roku 2014 i nawet napisałem z tej okazji specjalny artykuł (link) ale pod wodzą Byrona Scotta było inaczej. Zawodnicy złota i purpury co prawda z powodu urazów opuścili w sumie najwięcej spotkań wśród wszystkich drużyn NBA – aż 339 (o 20 więcej niż w poprzednim sezonie), a do tego już od początku było wiadomo, że na parkiecie nie zobaczymy Steve’a Nasha (choć to było do przewidzenia), a także Juliusa Randle’a, który po 14 minutach gry w pierwszym starciu przeciwko Houston Rockets, złamał kość piszczelową. Niemniej jednak nie jest to żadnym usprawiedliwieniem tego, że Lakers już w pierwszym miesiącu rozgrywek grali słabo i zdołali odnieść zwycięstwa tylko w czterech z 13 rozegranych spotkań, a trzy z pierwszych pięciu przegrali przynajmniej 18 punktami. To właśnie już wtedy mogliśmy zobaczyć przepaść pomiędzy poziomem reprezentowanym przez 16-stokrotnych mistrzów NBA, a pozostałymi zespołami w lidze.

Jasne – Lakers mieli trudny terminarz na początku rozgrywek ale styl jaki prezentowali w tych wszystkich trudnych spotkaniach dużo nam powiedział o tym, jak zespół jest przygotowany do sezonu. Do tego dochodzą jeszcze porażki ze słabymi ekipami, czyli Minnesotą Timberwolves, Denver Nuggets, czy też typowe oddanie inicjatywy przeciwnikowi, co mogliśmy oglądać w konfrontacji z Dallas Mavericks (106-140). Na początku grudnia Jeziorowcy również nie zachwycili – trzy porażki z rzędu przynajmniej 16 punktami przeciwko Wizards, Celtics i Pelicans? To zdecydowanie za dużo. Nie są lub nie były to wtedy ekipy, które powinny z taką łatwością ogrywać Jeziorowców. Rzeczywistość była jednak brutalna i na zawodników (oraz na mnie) szybko wylano kubeł zimnej wody. Beznadziejny początek sezonu spowodował, że trzeba było przestać myśleć o playoffs. Choć teoretycznie Lakers nadal mieli szanse awansować do nich, tak jednak po tym co zaprezentowali, chyba nikt już na to nie liczył. W tym także ja…

Zawodnicy Lakers nie mogą być zadowoleni z tego sezonu...

I teraz trzeba zadać sobie najważniejsze pytanie – co poszło nie tak? Dlaczego Lakers byli aż tak słabi? Dlaczego podopieczni Mike’a D’Antoniego potrafili nawiązać walkę z wieloma ekipami w NBA i to mimo tego, że również mieli na początku niesprzyjający terminarz? Trudno mi z całą pewnością wskazywać na konkretne powody takiego stanu ale mogę oczywiście przypuszczać, co zawiodło w ekipie z Kalifornii. Osobiście wydaje mi się, że drużyna była zwyczajnie źle przygotowana do rozgrywek przez ich szkoleniowca. Byron Scott źle zabrał się za trenowanie swoich nowych podopiecznych. Trening kondycyjny w ogóle nie przyniósł pożądanego efektu (czego przykładem są Jordan Hill i Kobe Bryant), a defensywę zawodnicy trenowali chyba tylko na papierze. Mimo, że Scott teoretycznie spędził cały miesiąc w preseasonie na jej ćwiczeniu, to efekty jej były znikome. Czy to Scott nie zna się na defensywie (patrz jego „osiągnięcia” w Cavaliers), czy też zawodnikom po prostu brakuje umiejętności – tego do końca nie wiem. Tzn. oczywiście Lakers nie posiadali żadnych elitarnych obrońców ale przykład Jeziorowców z pierwszego miesiąca rozgrywek NBA w sezonie 2013/14 pokazuje, że można bronić na przyzwoitym poziomie (Lakers zajmowali wtedy 14 miejsce pod względem efektywności obrony). To samo zresztą pokazali w sezonie 2014/15 Milwaukee Bucks (trzecie miejsce w porównaniu do 30 z poprzedniego roku), Boston Celtics (12), czy też Philadelphia 76ers (13). Te ekipy są dowodem na to, że mimo braku talentu, da się stworzyć defensywną mentalność. Mimo wszystko więc, bardziej skłaniam się do tego przekonanie, że to Byron zawiódł po tej stronie parkietu. Zdrowi Lakers, czy też nie zdrowi – w ogóle nie bronili (ostateczne DRTg 110.6 punktów na 100 posiadań, 29 miejsce w lidze), przez co cały miesiąc treningów poświęconych defensywie, poszedł na marne.

Plusem w tym wszystkim jest to, że Scott jest chyba świadomy, że może to być jego wina, przez co na konferencji prasowej wspomniał dziennikarzom o tym, że może zmienić swoje schematy defensywne, a także ofensywne (link). Jeżeli już mówimy o ataku Lakers, to tutaj akurat było już dużo lepiej i przyznaję, że na ostateczne ukształtowanie się efektywności ofensywy (dopiero ORTg 103.4 oczka na 100 posiadań, 24 miejsce w lidze) mogły mieć akurat wpływ kontuzje i brak w 47 spotkaniach Kobe’ego Bryanta. Lider złota i purpury oczywiście nie błyszczał w tym sezonie pod względem skuteczności ale zawsze był osobą, która skupiała na sobie uwagę obrońców, przez co inni gracze Lakers mieli ułatwione zadanie. Zresztą w końcu w listopadzie Jeziorowcy zajmowali nawet 11 miejsce pod względem ORTg i wydawało się nawet, że stać ich na więcej. Gdyby tylko Bryant poprawił swoją skuteczność z gry (a w styczniu także Nick Young), a do tego Byron Scott dałby zielone światło swoim zawodnikom na oddawanie rzutów z dystansu, to wydaje mi się,  że Lakers mogliby być naprawdę topową drużyną pod tym względem. Połączenie Triangle OffensePrinceton Offense oraz pick & rollami nawet się sprawdzało i przynosiło niezłe efekty. Bryant na low/high post czuje się najlepiej i potrafi świetnie wykreować okazję do zdobywania punktów – czy to dla siebie, czy też dla innych. Oczywiście ze względu na słabą skuteczność w sezonie 2014/15, Black Mamba najbardziej był efektywny, gdy pełnił rolę playmakera w drużynie. A szczególnie kiedy rozdawał przynajmniej 9 asyst w meczu, gdyż wtedy Lakers wygrali cztery z pięciu takich rozegranych spotkań. Czyżby więc dziewiątka była magiczną cyfrą? Raczej nie ale rozgrywanie jest tym, na czym chyba właśnie Kobe powinien się skupić w kolejnych rozgrywkach – jeżeli oczywiście chce być jeszcze jak najbardziej przydatny.

Nie ma już chyba bowiem co liczyć na to, że Bryant wróci do gry przynajmniej na poziomie 45%. Ma on już na karku swoje lata (obecnie 36), wiele spędzonych minut na parkietach NBA, a do tego przeszedł ostatnio kilka trudnych kontuzji, co na pewno jest dodatkowym ciosem dla niego. Ponadto po urazie barku znów musi przez długi czas odpoczywać od koszykówki oraz gry na najwyższym poziomie i przez to nie trenować w lato z taką samo intensywnością, jak kiedyś. Bryant znów może być więc nieprzygotowany w 100% do rozpoczęcia kolejnych rozgrywek. Scott może w tej sytuacji jedynie ograniczyć jego minuty (mało tego – musi to zrobić!) oraz właśnie kazać mu się bardziej skupić na rozgrywaniu, niż graniu izolacji pod siebie. Czy tak jednak będzie i czy to wystarczy do tego, aby Kobe miał pozytywny wpływ na grę swojej ekipy – o tym przekonamy się za kilka miesięcy.

Jak długo jeszcze Kobe będzie grał w Lakers?

Wróćmy jednak do sezonu 2014/15. Wspomniałem wcześniej o trójkach ale na zwykłym ich przytoczeniu nie mogę zakończyć tego podsumowania. Jest to bowiem jeden z ważniejszych elementów gry w dzisiejszej lidze, a upartość Scotta pod tym względem może doprowadzać człowieka do szału. Byron jak nie wierzył w to, że trójki zdobywają mistrzostwo, tak dalej nie wierzy. Oczywiście – same rzuty z dystansu nie wystarczą ale na pewno bardzo pomagają w zdobyciu upragnionego przez wszystkich pierścienia. I nie chodzi tu o zwykły fakt, że 3 jest większe od 2. Zawodnicy po prostu rozwinęli swoją grę do tego poziomu, że rzuty zza linii 7 metrów i 24 centymetrów nie są dla nich już większym wyzwaniem. Nie stanowią one dla nich jakiegokolwiek problemu, a mogą za to przynieść więcej dobrego, niż rzut z półdystansu, który swoją drogą jest obecnie najmniej efektywnym typem rzutu.

Jeżeli jednak chodzi o to, jak Jeziorowcy wypadli w tej kategorii, to nie ma się czym chwalić. Lakers oddawali średnio tylko 18.9 trójek na mecz, przez co zajęli odległe 25 miejsce pod tym względem. To i tak więcej, niż chciałby Scott (10-15) ale za mało, aby liczyć się w walce z najlepszymi. Jedynie Memphis Grizzlies byli drużyną, która oddawała mniej prób zza łuku, a odniosła sukces w sezonie zasadniczym i ma także spore szanse na odniesienie sukcesu w playoffs (15.2) oraz Washington Wizards (16.8) i Milwaukee Bucks (18.3). W przypadku tych drugich i trzecich jednak, efektywność ofensywy w sezonie zasadniczym nie powalała (odpowiednio 22 i 26 miejsce), więc atakowi Czarodzieji i Kozłów na pewno brakowało punktów z dystansu. Swoją drogą Wizards w playoffs do tej pory oddawali prawie 8 trójek więcej w każdym meczu i trafiali na 44.3% skuteczności. Efekt? Znakomita ofensywa i 4-0 z Raptors. Bucks natomiast nie poprawili się pod tym względem i nadal mogą liczyć jedynie na swoją żelazną defensywę w serii z Bulls.

Większość ekip jednak, które dostały się do rozgrywek posezonowych, oddawały jak najwięcej trójek w każdym pojedynczym spotkaniu (m.in. Rockets, Cavaliers, Warriors, Clippers, Hawks) i do tego trafiały je na wysokim procencie. Tak wygląda właśnie dzisiejsza liga i tylko niektórym udało się wyłamać z trendu i odnieść sukces zupełnie inną drogą. Lakers natomiast nie dość, że są w ogonie pod względem ilości, tak również nie zachwycają skutecznością (34.4%, 17 miejsce). Kobe Bryant na początku sezonu stwierdził, że Jeziorowcy nie są dobrym zespołem na dystansie i nie powinni na nim opierać swojej gry, a zamiast tego skupić się na zdobywaniu punktów z bliższych odległości. Sam jednak w sezonie 2014/15 oddawał średnio 5.3 trójek w każdym meczu i to mimo tego, że rzucał tylko na 29.3% skuteczności. Jedynie Nick Young oddawał więcej rzutów zza łuku (5.4) ale przynajmniej trafiał je na 36.9% skuteczności. Z kolei inni koledzy z drużyny np. Wayne Ellington – 3.7, 37%, Wesley Johnson 3.4, 35.1%, a Jeremy Lin 2.4, 36.9%. Są to gracze, którzy już wcześniej w swojej karierze udowodnili, że są całkiem nieźli na obwodzie. Jedynie Ronnie Price, Jordan Clarkson i Ryan Kelly byli zawodnikami, którzy jeszcze nie potwierdzili swojej przydatności na dystansie. Nie oznacza to jednak, że Lakers nie mieli strzelców w swoim zespole. Problemem było złe ich wykorzystanie i zaszczepienie przez Scotta mentalności typu „nie oddawać za dużo trójek”.

To również nie był udany rok pracy w Lakers dla Byrona Scotta...

Swoją drogą to naprawdę śmieszne, że Byron chciał aby Lakers w ten sposób po prostu skupili się na atakowaniu kosza. Jedno drugiego bowiem nie wyklucza. Mało tego – jedno bez drugiego właściwie nie może istnieć. Jeżeli zespół za każdym razem stara się atakować strefę pomalowaną i nie wykorzystuje szans na obwodzie, to rywale zaczną zacieśniać swoją defensywę – więcej zawodników będzie broniło bliżej trumny, gdyż doskonale wiedzą, że ich przeciwnik nie lubi gry na dystansie. Efekt? Atakujący zespół oddaje wiele rzutów z półdystansu. Tak też właśnie było z Jeziorowcami w tym ich ostatnim sezonie. A więc nie było ani punktów spod kosza (średnio tylko 40 w każdym meczu – 24 miejsce w lidze), ani trójek, a ilość oddawanych rzutów osobistych była średnia (23.6). Zamiast tego Jeziorowcy zdominowali grę na półdystansie ale w negatywnym tego słowa znaczeniu. Ostatecznie oddawali średnio 30.8 rzutów wartych dwa punkty i zajęli drugie miejsce pod względem ich skuteczności od 3.04 do 4.8 metrów, oraz czwarte w granicach od 4.8 do 7.24 metrów. Mówiąc więc krótko – nie ma się czym chwalić i miało to ogromny wpływ na ich ostateczną efektywność.

Przed Byronem Scottem jest więc wiele pracy. Szkoleniowiec Lakers powinien poważnie zastanowić się nad swoją filozofią i zmienić podejście do tego sportu na bardziej nowoczesne. Kluczowym słowem tutaj jest jednak „powinien”. Scott jest bowiem niezwykle uparty i szczerze mówiąc wątpię w to, aby aż tak bardzo zmienił koncepcję gry. Największym problemem w jego przypadku są „podstawy”. Byron bowiem zatrzymał się na 2008 roku (albo nawet i wcześniej) i nie dostosował się do obecnych zasad, przez co jego założenia są nieaktualne – i to po obu stronach parkietu. Teraz rozumiem dlaczego Mitch Kupchak i Jim Buss zwlekali z podpisaniem z nim umowy. Po prostu mieli nadzieję na to, że na rynku pojawi się ktoś lepszy. Tak się jednak nie stało, więc postawili na „swojego”. Jeżeli jednak Scott chce pozostać w Los Angeles, to musi się zmienić. Lakers przez wielu nigdy nie byli typowani do awansowania do playoffs ale nie oznacza to, że powinni grać tak fatalnie jak to miało miejsce w ostatnim sezonie. Dla mnie więc osobiście, głównym powodem ich niepowodzeń jest trener – oldschoolowy Byron Scott, który zwyczajnie nie pasuje do dzisiejszej koszykówki. Kontuzje, kontuzjami ale prawda jest taka, że ekipa złota i purpury była po prostu źle przygotowana do tych rozgrywek od samego początku i to właściwie pod każdym względem (jedynie zawodnicy dobrze sprawowali kontrolę nad piłką). Scott miał do dyspozycji cały obóz przygotowawczy na wdrożenie swoich założeń ale nie udało mu się zrealizować głównych celów. Mówi się, że nie od razu Rzym zbudowano ale nie oznacza to, że nie było widać efektów tej budowy. W przypadku Jeziorowców natomiast, poza skrajnymi przypadkami, praktycznie przez cały sezon nie było widać żadnej znaczącej poprawy. Budowę Lakers trzeba więc rozpocząć na nowo.

Czy jednak aby na pewno sezon 2014/15 można uznać za rozczarowanie? Wszystko zależy od perspektywy i tego, jakie kto miał oczekiwania. Dla mnie osobiście to na pewno był rozczarowujący sezon. W moim mniemaniu bowiem Lakers powinni byli spisać się lepiej. Do tego gdy weźmiemy pod uwagę kontuzje Randle’a i Bryanta, to trudno inaczej postrzegać te rozgrywki. Z drugiej strony jednak, Jordan Clarkson poczynił ogromny postęp w tym roku, a do tego jeżeli organizacji uda się zatrzymać pick, to w tym wszystkim będzie jeszcze nadzieja na lepsze jutro, a właściwie na lepszy kolejny sezon. Przegranie 61 spotkań w sezonie zasadniczym na pewno nie jest powodem do dumy ale być może nie powinno też być powodem do smutku. W końcu czasami trzeba porządnie uderzyć o dno, aby się od niego odbić. Teraz więc nie pozostaje nic innego, jak po prostu mieć nadzieję na to, że tak beznadziejny sezon przyczyni się w pewnym stopniu do sukcesu zespołu w przyszłości. Być może dla niektórych brzmi to nieco absurdalnie ale w obecnej sytuacji, to jest właśnie to, na co powinni liczyć fani złota i purpury.

Skomentuj