Kendall Marshall prawie jak Jeremy Lin

Opublikowane przez , 16 stycznia 2014 w Artykuły, Zawodnicy, 0 komentarzy

Kendall Marshall w obecnym sezonie rozegrał już siedem spotkań jako zawodnik pierwszej piątki Jeziorowców. W ciągu tych ostatnich dwóch tygodni, 22 – latek z Dumfries zdobywał średnio 12.6 punktów, 4 zbiórki i 12 asyst na mecz. Marshall, tak samo jak kiedyś Jeremy Lin, nieoczekiwanie wybił się w NBA grając pod okiem Mike’a D’Antoniego i pokazuje, że nadaje się do czegoś więcej niż tylko gry w D-League. Nie bez powodów od dnia podpisania Kendalla przez Mitcha Kupchaka, na amerykańskich forach i nagłówkach artykułów można było przeczytać o podobieństwach obu graczy. Eksperci i analitycy dobrze pamiętali to, co stało się z Jeremym Linem w sezonie 2011 – 12, który poprowadził wtedy Knicks do siedmiu zwycięstw z rzędu, pomagając im ponownie osiągnąć próg 50% zwycięstw. Między innymi dlatego po wspaniałym debiucie Kendalla w roli startera (20 punktów, 15 asyst przeciwko Utah Jazz), wielu fanów złota i purpury miało nadzieję na to, że Lakers czeka podobny scenariusz do tego, który przytrafił się nowojorskiej ekipie. Niestety jednak Marshall nie miał tyle szczęścia co obecny gracz Rockets i mimo, że właściwie w każdym z ostatnich meczów grał nadzwyczaj dobrze, to Lakers nie byli w stanie zaliczyć jakiejkolwiek serii zwycięstw.

Na pewno nie jest to jednak wina byłego zawodnika Phoenix Suns. Kendall i tak uczynił z Jeziorowców lepszą ekipę niż mogli nią być pod nieobecność tak wielu kluczowych graczy. Ich problemów nie jest jednak w stanie rozwiązać jedna osoba. Marshall ma znakomity przegląd pola, dzięki któremu zalicza 45.7% asyst zespołu oraz który pozwala mu być liderem na parkiecie i mieć niesamowity wpływ na ofensywę, o czym świadczy ORTg na poziomie 108 punktów na 100 posiadań (trzeci wynik w drużynie, najlepszy wśród rozgrywających). Te zaawansowane statystyki są bardzo zbliżone, a w niektórych kategoriach nawet i lepsze od tych, którym mógł pochwalić się wspomniany już Jeremy Lin. Mimo to jednak Lakers mogą „pochwalić się” wygraniem tylko jednego z siedmiu meczów i serią sześciu porażek z rzędu. Dlaczego tak jest? Cóż, powodów jest kilka…

Przede wszystkim drużyna z Nowego Jorku miała w tamtym czasie (czyli od 4 do 15 lutego) łatwiejszy terminarz niż obecni Lakers, a do tego większość spotkań rozgrywała u siebie. Wyjazdy obejmowały natomiast mecze z Raptors i Wizards (drużynami będącymi na dnie tabeli) i Wolves – przeciętna ekipą z Konferencji Zachodniej. Jeziorowcy natomiast musieli ostatnio zmagać się z będącymi w dużo lepszej formie niż na początku sezonu Jazz, z nieobliczalnymi i bardzo atletycznymi Nuggets oraz oczywiście z Mavericks, Rockets i Clippers, czyli najlepszymi ekipami na Zachodzie, na dodatek występując w tych starciach w roli gościa. Tylko pojedynek z Cleveland Cavaliers teoretycznie należał do łatwych i Lakers powinni go wygrać. Rzeczywistość była jednak brutalna, a zespół ma więcej problemów niż może się wydawać.

Kendall Marshall gra dużej lepiej, niż wskazywałoby na to jego wynagrodzenie

Kolejną różnicą między Knicks, a Lakers jest ich defensywa. Drużyna z Big Apple w tamtej części sezonu mimo, że miała problemy w ofensywie to była lepsza w obronie niż koszykarze złota i purpury w tym sezonie. Knicks w pierwszych 23 meczach rozgrywek, zanim jeszcze nastąpiła seria siedmiu zwycięstw z rzędu, tracili średnio tylko 102 punkty na 100 posiadań – wynik o jedno oczko gorszy od ich rezultatu końcowego. Duża w tym zasługa oczywiście Tysona Chandlera – Obrońcy Roku, czy też Imana Shumperta ale chyba przede wszystkim Mike’a Woodsona, który miał wtedy tylko jedno zadanie i wywiązał się z niego znakomicie. Lakers natomiast, mimo wykonanej pracy przez Kurta Rambisa, to nie dość, że nie mają w szeregach graczy pokroju Chandlera i Shumperta, to na dodatek zostali zniszczeni serią kontuzji, a ciągłe zmiany w rotacji burzą chemię i zgranie w defensywie między zawodnikami. Zresztą pisałem już o tym podczas podsumowania grudnia i od tego czasu niewiele się zmieniło. Lakers nadal mają problemy z obroną pod koszem oraz wracaniem do niej po stratach i to chyba jest największą przyczyną przegrywania kolejnych spotkań.

Na koniec porównan obu ekip trzeba jeszcze koniecznie zaznaczyć postawę na desce. Lakers w obecnym sezonie są dopiero na 29 miejscu pod względem procentowej ilości zbieranych piłek w obronie i 26 jeżeli chodzi o atak. Knicks natomiast plasowali się odpowiednio na 12 i 18 miejscu, a to oznacza, że znacznie rzadziej dawali rywalom kolejne okazje do zdobywania punktów, w tym głównie tych łatwych spod kosza. Niestety ale deska jest piętą Achillesową koszykarzy z Miasta Aniołów, a granie Ryanem Kellym, czy danie większej ilości minut Chrisowi Kamanowi na pewno temu nie pomoże. Jedynym graczem, na którego można liczyć pod tym względem jest Jordan Hill ale ten dostaje średnio tylko 20 minut w spotkaniu…

Niestety ale głównie z wyżej wymienionych powodów, prawdopodobnie nie uświadczymy przy Marshallu takiej samej fali zachwytu, jaka towarzyszyła Jeremy’emu Linowi (czyt. Linsanity). Knicks wówczas brakowało kogoś, kto pokieruje grą całego zespołu i będzie chętnie dzielił się piłką, natomiast Jeziorowcy mają znacznie więcej problemów niż zespół z Manhattanu. Tym samym wspaniała gra Marshalla zostaje przyćmiona serią porażek, a użyte w tytule artykułu słowo „prawie”, robi tutaj ogromną różnicę. Kendall obecnie pracuje nad swoją przyszłością w NBA i nad nowym kontraktem, ma jeszcze spory potencjał do rozwoju i robi wszystko, aby pomóc swojej druzynie. Trudno wymagać od niego więcej, niż dotychczas zrobił dla Jeziorowców (a być może przede wszystkim dla siebie). On sam jednak nie jest w stanie zapewnić Lakers kolejnych zwycięstw i dopóki ci nie uporają się ze swoimi problemami, dopóty jego świetne występy będą szybko zapominane, a być może nawet w ogóle niezauważane.

Mike D'Antoni ponownie pozwolił zaistnieć w świecie NBA nieznanemu graczowi

Kendall jednak na pewno może liczyć na uznanie pozostałych trenerów, ekspertów w świecie NBA, czy też menedżerów. Oni doskonale zdają sobie sprawę z umiejętności indywidualnych byłego zawodnika Północnej Karoliny i na pewno widzą drzemiący w nim potencjał. Marshallowi należą się słowa uznania i z pewnością gdyby nie jego osoba, na Los Angeles Lakers w tym momencie już w ogóle nie dałoby się patrzeć. Jeżeli Kendall utrzyma poziom gry, to czeka go świetlana przyszłość i będzie miał szansę na stałe zagościć w rotacji jakiegoś zespołu. Niewykluczone, że będzie on pierwszy rezerwowym Jeziorowców za rok, bo podobno jego umowa warta jest pół miliona dolarów w obecnych rozgrywkach i prawie milion dolarów w następnych. W przypadku wysokiego wynagrodzenia Kobe’ego Bryanta, taki zawodnik może być strzałem w dziesiątkę dla Lakers w kolejnym sezonie.

Nic nie dzieje się bez powodu. Cieszę się w sytuacji, które jestem teraz i chcę ją jak najlepiej wykorzystać.

Jeszcze do niedawna Marshall walczył o szansę gry w NBA poprzez prezentowania swoich umiejętności w meczach Development League. Teraz może się pochwalić grą dla Los Angeles Lakers i bycie kluczowym elementem układanki Mike’a D’Antoniego. Mimo to na razie trzeba się wstrzymać ze wszelkimi przydomkami, określającymi młodego rozgrywającego (Marsh Madness, Marshall Law, Kensanity). Dopóki Lakers nie będą wygrywać spotkań pod jego wodzą, dopóty nie będzie można w pełni mówić o jego ogromnym wpływie na ich grę oraz jakimkolwiek sukcesie. Jeziorowcy pokazali jednak, że ich ofensywa znów nabrała kształtu od początku roku i wydaje się, że wszystko zależy teraz od obrony, ilości popełnianych strat i zastawianiu tablicy. Jeżeli Lakers mają zamiar poprawić te elementy, to być może wokół Kendalla zrobi się głośniej. Jeżeli nie, to jego występy przejdą bez echa i tylko niektórzy docenią starania i umiejętności młodego zawodnika z Virgini.

Skomentuj