Jeszcze tylko kwiecień…

Opublikowane przez , 1 kwietnia 2015 w Artykuły, Zapowiedzi, 0 komentarzy

Przed nami ostatni miesiąc sezonu zasadniczego i kibice Lakers, a także zawodnicy, przyjmują tą wiadomość z wielką radością. W kwietniu rozgrywki będą trwały krócej niż zwykle, ponieważ już 18 w sobotę rozpoczynają się playoffs. Jeziorowcy oczywiście się tam nie znajdą, ponieważ zaliczają najgorszy sezon w swojej historii, ale wciąż mogą poprawić sobie nastroje przed zakończeniem spotkań. Wystarczy, aby zajęli jak najniższą lokatę w lidze i później liczyli na łut szczęścia i wysoki wybór w drafcie. Musi to być przedział pomiędzy 1 a 5 miejscem, bo inaczej pick zostanie stracony. Przed Lakers jeszcze dziewięć pojedynków, a więc jest o co grać. A rywale również z najwyższej półki, bowiem będą to starcia tylko z ekipami z Konferencji Zachodniej. I to właśnie z nimi Jeziorowcom gra się najciężej, o czym niech świadczy bilans 8-35, co gdy porównamy do 11-18 z ekipa ze Wschodu wypada niezwykle blado. Trudno oczywiście stwierdzić, czy gdyby ekipa z Miasta Aniołów znajdowała się po przeciwnej stronie kraju weszłaby do playoffs. Jednakże nie ma co ukrywać, iż Zachód jest zdecydowanie bardziej wyrównany i ciężej jest tu o zwycięstwa. Wszak tu nawet zajmująca obecnie 8 miejsce Oklahoma marzy o końcowym triumfie, nie mówiąc już o okupujących szóstą lokatę, obecnych mistrzach ligi San Antonio Spurs. Jak w takim zestawieniu wypadają nie potrafiący poradzić sobie z kontuzjami Los Angeles Lakers? Nadzwyczaj słabo. Rzekłbym nawet najsłabiej w historii. I pomyśleć, że jeszcze 3-4 lata temu ta ekipa dominowała z ogromną przewagi na całym Zachodzie i rządziła niepodzielnie również w lidze. Być może latem po dokonaniu wymian i powrocie po kontuzji czołowych graczy podopieczni Byrona Scotta znów wrócą do czołówki.

Wróćmy jednak do tego co czeka Lakers w kwietniu, ponieważ to nas czeka w najbliższej przyszłości. W tym miesiącu Jeziorowcy rozegrają 9 meczów i aż 5 z nich będzie przeciwko ekipom, które walczą o jak najlepszy bilans przed zbliżającymi się Playoffami. Najpierw już 1.04 do Staples przybędą gracze New Orleans Pelicans, czyli jedna z tegorocznych rewelacji. Po tym jak ogromny skok jakościowy wykonał lider tej ekipy Anthony Davis, zaczęła się ona liczyć na Zachodzie, choć jeszcze niedawno okupowała ostatnie miejsce. Wystarczył jeden doskonały wybór w drafcie i zbudowanie wokół niego przeciętnej drużyny, a Pelikany są o krok od playoffs. Co prawda średnia punktowa tego gracza wzrosła tylko o 4 oczka, ale przyszła również lepsza selekcja rzutów i zdecydowana poprawa na półdystansie, który jest teraz jego zabójczą bronią. Można się nawet pokusić o stwierdzenie, że Anthony Davis to przyszłość NBA. Ciekawe czy New Orleans będą w stanie zatrzymać go u siebie, gdy skończy mu się kontrakt debiutancki. Tego nie wiadomo, ale wygrana nad Lakers z pewnością zalicza się do pewników.

Kolejne trzy mecze także odbędą się w hali w Mieście Aniołów, lecz tylko w dwóch pierwszych Jeziorowcy będą gospodarzem. Trzeciego kwietnia do Staples przyjeżdżają Portland Trail Blazers, czyli team prawie pewny awansu do decydującej fazy w walce o mistrzostwo. Mimo ostatnich licznych niepowodzeń, powiązanych ściśle z kontuzją Wesleya Matthewsa, ekipa ze stanu Oregon wciąż jest w kręgu faworytów. Udaje im się utrzymywać wysoką czwartą lokatę, ale tylko ze względu na prowadzenie w swoje dywizji, przewaga parkietu w pierwszej rundzie została stracona na rzecz Clippers i ciężko będzie ją odzyskać. Portland stracili w ofensywie odkąd Matthews opuścił kolegów. Traci też na tym Damian Lillard, na którym skupia się większa uwaga obrońców i jego średnie również nie są już tak zachwycające jak na starcie rozgrywek. Lecz pokonanie Lakers to plan minimum jaki podopieczni Terry’ego Stottsa muszą wykonać w Mieście Aniołów. Maksimum obejmuje wygranie dwumeczu z drużynami z L.A.

Damian Lillard w starciu z Lakers zapewne znów będzie błyszczeć...

Dwa dni po wizycie Blazers Jeziorowcy zmierzą się z lokalnym przeciwnikiem. Clippers, bo nich mowa to czwarta siła na Zachodzie i co ważniejsze druga ofensywa ligi. Nawet strata na długi okres czasu Blake’a Griffina nie przeszkodziła Riversowi i jego chłopakom pięcia się w górę. Czy tą ekipę stać na wygranie NBA? Ciężko stwierdzić, że nie, gdyż ma ona wszystko. Znakomitego rozgrywającego, który potrafi w trudnych momentach wesprzeć zespół i poderwać do walki kolegów. Niesłychanie skutecznych strzelców dystansowych, których nie mają tylko w pierwszym składzie, ale też na ławce, tak wąskiej jak i szerokiej. Jeśli ktoś ma gorszy dzień, zastępuje go kolejny. No i ten duet pod koszem, niczym w Lakers jak za najlepszych lat. Prawdziwe dwie bestie, stworzone do walki na tablicach i wsadzania piłki z góry po dograniach kolegów. Ciężko znaleźć jakiś słaby punkt, gdyż na ławce zasiada niezwykły ekspert od wygrywania batalii w Playoffach, który posmakował już tytułu. Gdybym miał coś wymienić to chyba brak pewności siebie niektórych, mniej doświadczonych zawodników, dla których szczytem sukcesu był do tej pory awans do drugiej rundy. No i ta presja ciążąca na nich od lat ze względu na Lakers. W końcu Clippers to tylko ubogi kuzyn w porównaniu do 16-krotnych mistrzów NBA. Lecz kuzyn, który powoli zaczyna walczyć o swoje i bezpośrednie pojedynki ekip z L.A. od lat są bardzo jednostronne. Tak też i chyba będzie tym razem, gdy dojdzie do dwumeczu w dniach 5 i 7 kwietnia.

Jeziorowcy nie będę mieli nawet chwili odpoczynku po wyczerpujących derbach Miast Aniołów, a już następnego dnia podejmą Denver Nuggets w Pepsi Center. Ekipa z Kolorado podobnie jak Lakers zawiodła w tym sezonie, ale tam dokonano radykalniejszych zmian w postaci usunięcia ze stanowiska trenera. Obecnie drużynę do końca rozgrywek prowadzi Melvin Hunt, wcześniej asystent Karla i Shawa. Popularnym „Bryłkom” potrzeba jednak kogoś kto ujarzmi charaktery wszystkich graczy. Ty Lawson, Kenneth Farried, Randy Foye i Wilson Chandler to materiał na ponadprzeciętną drużynę, przynajmniej na poziomie playoffs. Jednak brakuje im kogoś kto nimi odpowiednio pokieruje. Pojedynek z Lakers pomoże im poprawić nastroje, a także ucieszyć sfrustrowaną brakiem triumfów publikę. Wszak nic tak nie smakuje jak pokonanie Jeziorowców.

Robert Sacre z Lakers odpowiedzią na frontcourt Nuggets? Raczej nie...

10 kwietnia do Staples przyjedzie z kolei ekipa Timberwolves i będzie to ważny pojedynek dla układu dolnej części tabeli. Lakers wciąż mają szansę zająć ostatnie miejsce na Zachodzie i dzięki temu ustawić się w kolejce po numer pierwszy w drafcie z jeszcze większą ilością szczęśliwych kulek niż do tej pory. Aby tak się jednak stało muszą częściej przegrywać spotkania, a już na pewno te z bezpośrednimi rywalami draftowymi. Tymczasem niedawne wygrane z Sixers i „Leśnymi wilkami” nie dały Lakers nic dobrego, a wręcz odwrotnie. W końcu wybór pozostanie w ich rękach tylko i wyłącznie w przypadku, gdy będzie on maksymalnie piątym numerem z kolei. Przegrana z Minnesotą, a również 12 kwietnia z Dallas jest jak najbardziej potrzebna.

Ostatnie dwa spotkania sezonu zasadniczego to pojedynki z Sacramento Kings. Ów dwumecz nie będzie miał istotnego znaczenia dla układu tabeli. Być może zmieni coś w jej dolnej części, ale raczej niewiele. Obie ekipy nie liczą się już dawno w walce o playoffs i jedyne o czym myślą to kolejne rozgrywki, a także poprzedzające je lato. Kings od kilku już lato kończą sezon w ten sposób i wydaje się, że jeśli nie zanotują sukcesu za rok dojdzie do rewolucji. Ekipa oparta wokół DeMarcusa Cousinsa nie zdaje rezultatu. Gracze zadaniowi nie stają na wysokości zadania, a obrona jest dziurawa jak ser szwajcarski. Nawet Lakers nie tracą tyle punktów co drużyna ze stolicy Kalifornii. I pomyśleć, że do czasu zwolnienia Mike’a Malone’a liczyła się ona w walce o playoffs i była nawet na plusie w bilansie zwycięstw do porażek. Zupełnie inaczej niż Jeziorowcy, którzy od samego początku okupywali dno tabeli i tam też będą starali się zakończyć rozgrywki.

Skomentuj