Jakim trenerem jest Mike D’Antoni?

Opublikowane przez , 19 października 2013 w Artykuły, Trenerzy, 0 komentarzy

Mike’a D’Antoniego, 62 – letniego trenera posiadającego włoskie obywatelstwo, czeka drugi sezon w organizacji Los Angeles Lakers. Ten doświadczony coach pochodzący z Mullens, najbardziej jest znany z pracy jaką wykonał w Phoenix Suns. To właśnie z drużyną z Arizony zdobył nagrodę Coach of the Year w 2005 roku, a zespół przez cztery lata z rzędu notował ponad 50 zwycięstw w sezonie i znajdował się w czołówce tabeli Zachodniej Konferencji. Mimo to Mike’owi nie udało się zdobyć ze Słońcami mistrzostwa NBA, a przez brak wsparcia ze strony Steve’a Kerra, postanowił spróbować swoich sił w New York Knicks. Niestety tam sprawy wyglądały zdecydowanie gorzej i na obecnego trenera Lakers spadła fala krytyki. Mimo posiadania w składzie Carmelo Anthony’ego czy Tysona Chandlera, zespół grał bardzo przeciętnie, a filozofia gry nie wszystkim przypadła do gustu.

Czy jednak całą winę można zrzucać na D’Antoniego? Czy jego podejście do defensywy było kluczowym czynnikiem, który wpłynął na brak mistrzostwa? A może to zawodnicy nie byli dopasowani do jego systemu lub też brakowało im po prostu umiejętności? Jako że nadchodzący sezon z pewnością określi jego przyszłość w Jeziorowcach i być może nawet w całym NBA, warto sobie przypomnieć jego czas spędzony w Phoenix oraz Nowym Jorku.

PHOENIX SUNS

Mike swoją przygodę z Phoenix Suns rozpoczął w 2002 roku, stając się asystentem trenera Franka Johnsona. Rok później, w czasie trwania sezonu przejął jego rolę, a Suns pozostało jeszcze 61 spotkań do rozegrania. D’Antoni wygrał tylko 21 z nich i nie mógł pochwalić się udanym debiutem w drużynie. Pomimo tego organizacja Słońc postanowiła dać mu kolejną szansę, gdyż spodobał jej się sposób w jaki Mike prowadził zespół, który tego roku nękany był wieloma kontuzjami. Ta decyzja okazała się być później strzałem w dziesiątkę.

Przed kolejnym sezonem (2004 – 05) Suns pozyskali Steve’a Nasha – doświadczonego w graniu run-and-gun rozgrywającego z Johannesburgu, który po sześciu latach spędzonych w Dallas Mavericks, powrócił na „stare śmieci”. Kanadyjczyk od samego początku świetnie się sprawował w systemie D’Antoniego i stał się jego najjaśniejszym punktem. Ilość asyst Steve’a podskoczyła prawie o trzy, a taktyka „siedem sekund lub mniej” stała się zabójczą bronią całego zespołu. Suns wygrali w tym sezonie 62 spotkania i znaleźli się na pierwszym miejscu w Konferencji Zachodniej. Ponadto uplasowali się również na pierwszym miejscu w ilości zdobywanych punktów na mecz (110.4), a ich atak był najskuteczniejszy w lidze (ORtg – 114.5). Gdyby tego było mało, rzucali na 39% skuteczności za trzy i byli pierwsi w ilości zbieranych piłek.

Średnia punktowa Amar’e Stoudemire’a podskoczyła z 20.6 do 26 oczek, a jego skuteczność z 48% do 56%. Joe Johnson z kolei dzięki ofensywnym schematom stał się specjalistą od rzutów z rogu. Zagrania Suns ułatwiały mu znajdowanie się w dogodnych pozycjach, a jego skuteczność zza łuku podskoczyła z 30% do 48% (rekord w karierze). Również pozyskany w wymianie z Houston Rockets Jim Jackson zaczął lepiej spisywać się na dystansie. Jego skuteczność wzrosła o 9% (z 37 do 46).
Sytuacja wyglądała jeszcze lepiej w playoffs, kiedy to Amar’e notował blisko 30 punktów na mecz, Nash 24 i 11 asyst, a Joe Johnson trafiał 56% rzutów za trzy. Swoją grę poprawił także Jim Jackson i co noc dokładał od siebie 11 oczek na 51% skuteczności zza łuku.

Skuteczność Joe Johnsona w sezonie 2003 - 04 i 2004 - 05

Mimo to drużyna odpadła w Finale Konferencji Zachodniej, przegrywając serię z San Antonio Spurs (4 – 1). Głównym powodem porażki była defensywa Suns. W sezonie zasadniczym Phoenix uplasowali się na 17 miejscu pod względem obrony, a przeciwników zatrzymywali na 44,5% skuteczności (14 pozycja w lidze). To całkiem niezły wynik, biorąc pod uwagę to, że byli pierwszą ofensywą ligii. Jak się okazuje, ten wynik jest jeszcze lepszy gdy spojrzymy na zawodników, jakich miał do dyspozycji Mike. Stoudemire, Johnson, Nash, Richardson, Jackson czy Barbosa nigdy nie byli i do dziś nie są solidnymi obrońcami. Podstawowi zawodnicy Mike’a skupiali się głównie na ofensywie, a jedynym godnym uwagi obrońcą był wtedy Shawne Marion. To jednak było zdecydowanie za mało, a oprócz tego na ławce trenerskiej brakowało kogoś, kto mógłby poukładać grę w defensywie i wywrzeć większą presję na zawodnikach. Brak przykładania większej uwagi do obrony musiał się odbić na drużynie w playoffs.

Nie można jednak odmówić umiejętności ekipy z Texasu. Spurs byli przecież bardzo doświadczoną drużyną, która znakomicie egzekwowała zarówno plan defensywny jak i ofensywny. Porażka z drużyną Gregga Popovicha nie była wstydem i jak na pierwszy pełen sezon Mike’a w Phoenix, finał konferencji był świetnym osiągnięciem. Dzięki temu kibicom Suns wróciła wiara w zwycięstwo.

Przed rozpoczęciem kolejnego sezonu zespół przeszedł kilka zmian. Zwolniono Jima Jacksona, wymieniono Joe Johnsona na Borisa Diawa, podpisano Raja’ę Bella, Eddiego House’a oraz pozyskano Tima Thomasa. Niestety z gry wypadł za to Amar’e Stoudimire, który musiał pauzować praktycznie przez cały sezon z powodu kontuzji kolana. To jednak nie załamało ani D’Antoniego ani zawodników, którzy wygrali w sumie 54 spotkania i znaleźli się na drugim miejscu na Zachodzie. Wielu podopiecznych trenera zdecydowanie poprawiło wtedy swoją grę, stając się kluczowymi graczami drużyny. Boris Diaw rok wcześniej zdobywał ledwo pięć punktów i zbierał niecałe trzy piłki na mecz. Mike uczynił z niego swojego rozgrywającego w pomalowanym, a Boris zakończył rok ze statystykami na poziomie 13.3 punktów, 6.9 zbiórek i 6.2 asyst, rzucając na 52% skuteczności (o 10% lepiej niż rok wcześniej). Leonardo Barbosa z kolei po bardzo przeciętnych poprzednich rozgrywkach, stał się szóstym graczem Słońc. Co noc zdobywał około 13 oczek w 28 minut, trafiając na 44% skuteczności za trzy. Tim Thomas natomiast po fatalnych trzech meczach w barwach Bulls, odnalazł swoją formę i miejsce w Arizonie. W 26 rozegranych spotkaniach zdobywał średnio 11 punktów i zbierał pięć piłek. Swoję rolę w zespole miał także James Jones, który w 23.6 minut notował około 9.3 punktów, trafiajac z 39% skutecznością zza łuku.

Steve Nash był nie tylko liderem Suns na parkiecie ale również w szatni

Bez Amar’e Phoenix Suns grali typowo zespołową koszykówkę. W zespole aż sześciu zawodników zdobywało więcej niż 10 oczek (najwięcej Shawn Marion – 21.8), a z kolei trzech innych było bardzo blisko przekroczenia tej bariery (Eddie House, James Jones, Kurt Thomas). Trenerzy drużyn przeciwnych musieli poświęcać uwagę każdemu graczowi Suns. Zespół ponownie spisywał się znakomicie w ataku, zajmując drugie miejsce w tej kategorii (ORtg – 111.5), a poza tym był najlepszy pod względem skuteczności (FG 48%, 3FG 40%) oraz ilości asyst (26.6).

Niestety Suns nie wzmocnili się w defensywnie. Mimo nieznacznego poprawienia obrony (DRtg spadł z 107.1 do 105.8), w zespole brakowało zawodników takich jak Ron Artest. Raja Bell nie spełnił pokładanych w nim nadziei, a z kolei center Kurt Thomas miał już wtedy swoje lata i nie poruszał się tak dobrze, jak za czasów gry w Knicks. Suns po raz drugi z rzędu dostali się do Finału Konferencji, gdzie jednak ponownie przegrali. Tym razem ich katem okazał się zespół Dallas Mavericks, który prowadzony przez Dirka Nowitzkiego, wygrał serię 4 – 2. Niemniej jednak znów nie można było narzekać na to, co osiągnęła ekipa z Phoenix. Suns przez cały rok grali bez swojego najlepszego punktującego, a mimo to ponownie doszli do Finału Konferencji Zachodniej. Z pewnością można było ponownie zaliczyć te rozgrywki do udanych.

Następny sezon miał być w końcu dla Suns mistrzowski. Zespół był zdrowy, zawodnicy świetnie znali system i byli ze sobą zgrani, a D’Antoni był bogatszy o kolejne doświadczenia. W sezonie zasadniczym ekipa z Phoenix po raz kolejny była najlepszą ofensywą w lidze (ORtg – 113.9), zdobywając 110.2 punktów na mecz na blisko 50% skuteczności. Poza tym drugi raz rzędu podopieczni Mike’a rzucali na 40% skuteczności zza łuku. Suns spisywali się podobnie jak rok wcześniej, z tą tylko różnicą, że do składu powrócił Amar’e. Barbosa dalej był szóstym graczem, notując swój najlepszy sezon w karierze (18.1 punktów, 3FG% 43%, 4 asysty), a Boris Diaw wciąż dzielił się piłką z kolegami w okolicach trumny (prawie pięć asyst na mecz). Swoje robili również James Jones, Kurt Thomas oraz nowy nabytek – Marcus Banks.

Władze Phoenix Suns wciąż jednak nie przywiązywali większej wagi do obrony. Suns co prawda zajęli wyższe pozycje w kategoriach defensywnych niż rok temu ale było to spowodowane tym, że pozostałe zespoły w NBA spisywały się gorzej. Na dodatek Słońca były na 19 miejscu pod względem ilości zbieranych piłek (30 w ataku i 1 na własnej tablicy) i można było mieć wątpliwości co do tego, czy rok 2007 będzie lepszy od poprzedniego. Jednak pomimo tego, zespół spisywał się lepiej w playoffs, a powyższe czynniki na pewno nie były kluczowe w rozgrywkach posezonowych. D’Antoni i jego zespół awansowali do drugiej rundy, gdzie ponownie spotkali się z San Antonio Spurs. Podopieczni Grega Poppovicha po raz kolejny pokonali Suns 4 – 2 ale sposób w jaki się to stało, nie przeszedł bez echa. Kontrowersje budzi mecz numer trzy, w którym sędziowie gwizdali pod Ostrogi (link) oraz mecz numer 4. To właśnie pod koniec tego spotkania, Robert Horry brutalnie potraktował Steve’a Nasha. Zawodnicy Słońc zerwali się z ławki i chcieli podbiec do swojego rozgrywającego. Również ławka Spurs wstała ze swoich miejsc ale mimo to, tylko Stoudemire i Diaw zostali zawieszeni za to zachowanie na kolejny, decydujący mecz. Dwóch kluczowych zawodników Phoenix zabrakło w spotkaniu rozgrywanym w Arizonie, a Suns przegrali je trzema oczkami. Spurs objęli prowadzenie 3 – 2 i ostatecznie zakończyli serię u siebie w Texasie. Do dzisiaj jednak wiele osób uważa, że gdyby Amar’e i Boris nie zostali zawieszeni, to historia mogłaby się potoczyć zupełnie inaczej i w serii rozegrany byłby mecz numer siedem.

Ostatni rok D’Antoniego w Phoenix władze drużyny rozpoczęły od podpisania znanego z obrony – Granta Hilla. Były skrzydłowy Magic miał jednak w przeszłości wiele problemów z kontuzjami i nie wiadomo było, jaki będzie miał wpływ na wynik zespołu. Hill ostatecznie znalazł miejsce w nowym domu, a Suns zakończyli pierwszą połowę sezonu znakomitym bilansem 34 zwycięstw i 14 porażek, tracąc w tym okresie średnio 103.3 punkty na mecz. Niestety wtedy też władze Phoenix popełnili okropny błąd, który kosztował ich potem odpadnięciem w pierwszej rundzie w playoffs ze Spurs (4 – 1). Suns spanikowali po pozyskaniu przez Lakers Pau Gasola i postanowili również wzmocnić się pod koszem. Wymienili więc swojego najlepszego obrońcę – Shawna Mariona oraz Marcusa Banksa na 35 – letniego Shaquille’a O’Neala. To oznaczało wprowadzenie zmian w stylu gry, na co ani drużyna, ani Mike D’Antoni nie byli przygotowani. Suns od czasu wymiany wygrali „tylko” 21 z 34 rozegranych meczów, kończąc rok z 55 zwycięstwami na koncie.

Władze Suns podjęli szybką i nieprzemyślaną decyzję, która zaburzyła koncepcję gry i sposób funkcjonowania zespołu Mike’a D’Antoniego. Phoenix potrzebny był kolejny obrońca w stylu Shawna Mariona lub Tysona Chandlera – szybki i dynamiczny. Shaq nie był taką osobą, a na dodatek miał problemy z graniem pick & roli z dwukrotnym MVP tej ligii. Być może ta decyzja zaowocowałaby dopiero po roku ale trudno było od razu oczekiwać odniesienia większego sukcesu niż w latach poprzednich. Niestety O’Neal nie był wymarzonym wzmocnieniem dla D’Antoniego i osobą, która pasowałaby do jego układanki.

Sprowadzenie Shaquille'a O'Neala nie było raczej dobrą decyzją Steve'a Kerra

Za ostateczne niepowodzenie Suns trudno winić tylko i wyłącznie D’Antoniego. Obecny trener Lakers zrobił ze swoim zespołem bardzo dużo, czyniąc z niego najlepszą ofensywę w lidze przez cztery lata z rzędu i dwukrotnie awansując do Półfinału Konferencji Zachodniej. Oczywiście negatywnie należy ocenić podejście Mike’a do defensywy. Niekoniecznie trzeba wymagać od niego bycia specjalistą po tej stronie parkietu ale D’Antoni mógł zatrudnić kogoś, kto zna się na fachu i uczyniłby z Suns 10 obronę w lidze. Ciągle jednak pozostaje kwestia odpowiedniego doboru zawodników i tutaj większą rolę powinien odegrać zarząd, sprowadzając do drużyny solidnych obrońców. W końcu system ofensywny D’Antoniego oraz Steve Nash pomogli wielu graczom znaleźć się w ich szczytowej formie w karierze. Z pewnością pozytywnie wpłynęliby również na ofensywną grę zawodników, którzy wcześniej znani byli tylko z defensywy. Suns mogliby się stać wtedy bardziej zbalansowaną drużyną i z większymi szansami na tytuł. Mimo to trudno nie zgodzić się z tym, ze Phoenix byli wtedy bardzo dobrą drużyną, dzięki której po raz pierwszy od czasów Paula Westphala, kibice uwierzyli w szansę zdobycia mistrzostwa. D’Antoni wykonał świetną robotę, a o tym, że tak było, niech świadczą słowa Steve’a Kerra – ówczesnego menedżera Suns, który żałował odejścia Mike’a z drużyny przyznając się, że jego zachowanie miało wpływ na decyzję złotego medalisty z Pekinu oraz Londynu.

NEW YORK KNICKS

Swoją przygodę z nowojorskim zespołem D’Antoni rozpoczął 10 maja 2008 roku. Stało się to po tym, jak po raz drugi z rzędu Isiah Thomas fatalnie spisał się na stanowisku trenera dwukrotnych mistrzów NBA. Knicks czekała przebudowa, a w zespole było wiele niewygodnych dla zarządu kontraktów. Ekipa z Nowego Jorku ciągle handlowała zawodnikami, pozbywając się Zacha Randolpha, Jamala Crawforda, czy też Tima Thomasa. Pierwszy rok był więc bardzo trudny dla Mike’a i całej drużyny, która nie posiadała osobowości ani też nie miała czasu aby się zgrać ze sobą. Mimo to można było dostrzec kilka plusów. Knicks poprawili się pod względem ofensywnym, awansując w rankingu ORtg z 23 na 17 miejsce oraz w obronie, gdzie wskoczyli o sześć pozycji wyżej. Poza tym Chris Duhon zaliczył swój najlepszy sezon w karierze, notując średnio 11.1 punktów i 7.2 asyst na mecz. Patrząc na zamieszanie jakie było wokół Knicks, bilans 32 zwycięstw i 50 porażek nie był wcale najgorszy jak na pierwszy rok pracy D’Antoniego ale fani nie do końca wiedzieli do czego to wszystko zmierza.

Nowa era Mike'a rozpoczęła się w Nowym Jorku

Niestety kolejny sezon nie przyniósł żadnego postępu, a zespół z Big Apple zaliczył ostatecznie jedno zwycięstwo mniej. Trudno się jednak dziwić takiemu rozwojowi wydarzeń. Skład Knicksów ciągle nie był uporządkowany, a David Lee czy Al Harrington nie mogli być pewni swojego miejsca w zespole. Poza tym żaden z nich nie był gwiazdą, która pociągnęłaby drużynę do kolejnych zwycięstw, a na pozycji rozgrywającego brakowało kogoś takiego jak Steve Nash. Dodatkowo w połowie sezonu Knicks postanowili pozbyć się Nate’a Robinsona, wysyłając go do Bostonu. Był to kolejny przejściowy sezon, od którego nikt nic nie oczekiwał. Donnie Walsh wyraźnie starał się przebudować drużynę, wyczyszczając salary zespołu.

Przed rozpoczęciem rozgrywek 2010 – 11 organizacji najpierw udało się sprowadzić Amar’e Stoudemire’a, który jak się później okazało, zastąpił Davida Lee na pozycji skrzydłowego, a następnie podpisano Raymonda Feltona – byłego rozgrywającego Portland TrailBlazers. Wydawało się, że skład Knicksów wreszcie nabierał kształtów, a władze miały plan zbudowania drużyny na dwóch młodych zawodnikach – Danillo Galinariemu i Wilsonowi Chandlerowi. Choć New York na początku przegrał nawet sześć spotkań z rzędu, to następnie odbił się od dna wygrywając kolejnych pięć, a w grudniu nawet osiem meczów. Po pierwszych 25 spotkaniach Knicks mieli bilans 16 – 9 i wszystko zmierzało w dobrym kierunku.

W połowie sezonu przyszła jednak mała zadyszka, a zespół przegrał sześć spotkań z rzędu. Przez to władze prowadziły jeszcze bardziej intensywne rozmowy z Denver Nuggets, w celu pozyskania Carmelo Anthony’ego. Ta sztuka udała im się ostatecznie 22 lutego i Knicks mieli w składzie dwóch zawodników notujących średnio 25+ punktów na mecz. Niestety w przeciwną stronę powędrowali odnajdujący się w systemie Danilo Gallinari (15.9 punktów) oraz Wilson Chandler (16.4). Poza tym do Nuggets trafił również znakomicie spisujący się Raymond Felton, który kierował grą drużyny z Nowego Jorku. Rozgrywający z Południowej Karoliny zdobywał średnio 17.1 punktów i 9 asyst na mecz. Podobnie jak wcześniej Chris Duhon, był to jego najlepszy okres w karierze.

Czasami jednak trzeba zrobić jeden krok w tył, aby potem zrobić dwa do przodu. Poza tym jeżeli masz okazję pozyskać gwiazdę formatu Melo, to po prostu to robisz. Zmiany kadrowe zmusiły jednak Mike’a D’Antoniego do uczenia swojej filozofii gry od podstaw (po raz kolejny zresztą), a także nieco zmienienia jej koncepcji. Posiadanie w zespole takiego scorera jak Melo, było dla szkoleniowca czymś nowym. Carmelo uwielbiał grać izolacje i zatrzymywać ruch piłki po obwodzie. Był przeciwieństwem idei, którą szerzył Mike. Z tego powodu płynność gry ekipy z Nowego Jorku spadła. Było to widać w kolejnych meczach, gdy w marcu Knicks przegrali nawet sześć spotkań z rzędu. Na szczęście dla całej organizacja, udało im się wygrać kolejne siedema i zespół z Big Apple ostatecznie awansował do playoffs po raz pierwszy od 2004 roku.

Carmelo Anthony i Mike D'Antoni nie mieli ze sobą najlepszych relacji podczas ich wspólnej przygody

Niestety ekipa D’Antoniego nie była jeszcze gotowa na walkę w rozgrywkach posezonowych. Zmiany w środku sezonu, które można trochę porównać do tej, jaka miała miejsce w Phoenix, gdy Suns pozyskali Shaqa, nie mogły przynieść efektów od zaraz. Ponadto żaden z zawodników Knicks nie był znany z obrony. Obaj liderzy drużyny – Amar’e Stoudemire i Carmelo Anthony należeli do słabej grupy defensorów, a Chauncey Billups najlepsze lata gry miał już za sobą. Gdyby tego było mało Stoudemire i Billups nabawili się kontuzji i praktycznie cała presja spoczywała na Melo. Ponadto w drużynie Anthony’emu brakowało odpowiedniego wsparcia pozostałych zawodników. Trzecim najlepszym strzelcem zespołu był Tony Douglas (10.8), a czwartym Chauncey, który wystąpił tylko w jednym meczu w playoffs. Kontuzje oraz brak odpowiednich zawodników, którzy otoczyliby Carmelo i Amar’e były głównym powodem sweepu Celtics w pierwszej rundzie.

Kolejny rok miał być w końcu przełomowy w organizacji drużyny. Fani zespołu mieli powody do optymizmu i wiary w swój zespół, bowiem Knicks wzmocnił Obrońca Roku (2011) – Tyson Chandler, a w drafcie pozyskano obiecującego Imana Shumperta. Do tego podpisano również Barona Davisa oraz znakomitego strzelca z dystansu – Steve’a Nowaka. Zespół był zdecydowanie lepiej zbalansowany niż rok temu, a Melo czy Stoudemire mogli w końcu liczyć na wsparcie kolegów. Gdy wydawało się, że wszystko zacznie się układać, to na przeszkodzie stanął lockout, który skrócił czas trwania obozu przygotowawczego i dał możliwość rozegrania tylko dwóch meczów przed startem sezonu. Przez to Mike D’Antoni nie mógł eksperymentować z ustawieniem zarówno w ataku jak i w obronie. Poza tym uniemożliwiło mu to znalezienie odpowiedniego miejsca w swoim systemie dla Carmelo Anthony’ego, co  później odbiło się na ich tweetsch.

New York Knicks przegrali pierwszych 15 z 23 rozegranych spotkań, notując po drodze sześć porażek z rzędu. Do tego zespół nękały kontuzje, co zmusiło władze do podpisanie niewybranego w drafcie Jeremy’ego Lina. Młody Chińczyk okazał się być jednak strzałem w dziesiątkę. Szybko odnalazł się w drużynie i w czasie gdy Melo i Amar’e zmagali się z urazami i byli w słabej formie, poprowadził Knicks do siedmiu zwycięstw z rzędu. Był to najlepszy okres gry drużyny z Nowego Jorku, a wszystko dlatego, że w składzie nie było indywidualności.

 

Pojawienie się takiego rozgrywającego było dla D’Antoniego prawdziwym marzeniem. Mike zaczął więc ponownie zastanawiać się nad upodobnieniem gry Knicks do tej, jaką prezentowali Phoenix Suns w latach 2004 – 08. To niestety wiązało się z wymyśleniem sposobu na pogodzenie ról Lina, Stoudemire’a i oczywiście Anthony’ego, który nie był zwolennikiem gry pick & roll i dzielenia się piłką. D’Antoni miał zatem trudny orzech do zgryzienia. Nie od dziś wiadomo, że były coach Suns preferuje budować ofensywę wokół rozgrywającego i szerzyć ideę grania zespołowego. Pojawienie się Carmelo zmuszało go do zmiany swojego podejścia do ofensywy i znalezienia sposobu na wykorzystanie jego umiejętności. Gdyby tego było mało, na przeszkodzie stał czas, którego D’Antoni po prostu nie miał. W skróconym sezonie zespół grał wiele spotkań back-to-back, przez co nie można było poświęcić wystarczającej ilości godzin na treningi. Zamiast tego ważniejsze było po prostu zdrowie zawodników i ich forma. To spowodowało, że Mike nie miał do końca szansy wykazać się w środowisku Nowego Jorku i po tym jak Knicks przegrali sześć meczów z rzędu, wolał zrezygnować ze swojej posady dla dobra organizacji.

Każdy z trenerów lubi pracować na swoich warunkach i nie ma w tym nic złego. Wprowadzenie większych zmian wymaga z kolei dużo czasu, a tego po prostu zabrakło pięciokrotnemu mistrzowi ligii włoskiej. D’Antoni nie był przygotowany na taki rozwój wydarzeń i prędzej spodziewał się Derona Williamsa niż Carmelo Anthony’ego w swoim zespole. Warto tutaj dodać, że Knicks bez Melo wygrali 6 z 10 rozegranych spotkań, a z kolei z Carmelo w składzie 12 z 20. Organizacja szła jednak swoją drogą, nie skupiając się na potrzebach Mike’a, którego potraktowała trochę jak „przejściowego trenera”. Mimo to, być może gdyby obecny coach Jeziorowców miał do dyspozycji pełen obóz przygotowawczy, to udałoby mu się pogodzić role swoich gwiazd, a on sam zamknąłby usta wszystkim krytykom. Trzeba mieć na uwadze fakt, że D’Antoni nie rozegrał dwóch pełnych sezonów tym samym składem, ciągle będąc zmuszanym do wprowadzania zmian i praktycznie rozpoczynania swojej pracy od nowa. Mike miał przed sobą trudne zadanie, które chciał wykonać jak najlepiej. To nie była idealna drużyna dla obecnego szkoleniowca Lakers i to nie był czas na eksperymenty, których tak bardzo potrzebował aby stworzyć zespół gotowy zdobyć mistrzostwo.

PODSUMOWANIE

Mike D’Antoni ma swoją koncepcję gry oraz pewien typ zawodników, których preferuje i nie może to negatywnie wpływać na jego wizerunek. Organizacja w momencie gdy zatrudnia coacha, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jaki prezentuje styl gry i w jakim kierunku powinna rozwijać się drużyna. Patrząc na poprzedni skład Lakers, wydaje się, że wybranie Mike’a jako head coacha do trenowania Dwighta Howarda i Pau Gasola było okropnym błędem. Ta decyzja nie miała żadnego sensu, bo grupa zawodników nie była do końca stworzona dla niego i jego systemu gry (oprócz Nasha). Jednak teraz, gdy Supermana już nie ma, a jedynym wysokim klasy światowej jest Pau, wszystko zaczyna ze sobą współgrać. Jim Buss wielokrotnie powtarzał, że w ostatnie lato starali się pozyskać zawodników, którzy pasują do systemu i patrząc po rezultatach, trudno się z tym nie zgodzić.

Wesley Johnson, Nick Young i (a może przede wszystkim) Jordan Farmar, to typy graczy jakich Mike lubi. Szczególnie Farmar może mieć przełomowy sezon w swojej karierze, tak jak to było w przypadku Chrisa Duhona i Raymonda Feltona. Filozofia gry szkoleniowca jest stworzona dla rozgrywających i Jordan powinien na tym skorzystać. Rola pozostałej dwójki będzie podobna do tej, jaką mieli Joe Johnson, Lenardo Barbosa, czy Raja Bell. Dzięki umiejętnością ofensywnym Mike’a, obecni Jeziorowcy mają duży potencjał stać się jednym z lepszych ataków w lidze i to nawet pomimo tego, że Nash ma prawie 40 lat, a forma Kobe’ego Bryanta stoi pod znakiem zapytania.

Jednak jak pokazuje historia, Lakers będzie ciężko szukać sukcesu w playoffs. Tak jak Phoenix Suns, Jeziorowcy nie mają obecnie żadnego stopera, czy też obrońcy z wyższej półki. Mają tylko Kurta Rambisa, który może pomóc uczynić z nich nieco ponadprzeciętną defensywę, tak jak to zrobił Mike Woodson gdy był asystentem. To może wystarczyć do osiągnięcia dobrego rekordu w sezonie zasadniczym ale prawdopodobnie nie da mistrzostwa NBA. Mimo to dobrze, że w drużynie nie ma kolejnej gwiazdy. Wydaje się, że Mike D’Antoni woli pracować z grupą ludzi, którzy chcą dawać z siebie 110% i dostosują się do taktyki, niż z zawodnikami, którzy chcą dyktować swoje warunki (Melo). Właśnie taka atmosfera panowała w Phoenix Suns i to wtedy D’Antoni odniósł największy sukces. Ważne, aby Lakers po prostu cieszyli się grą.

D'Antoniemu nie udało się ostatecznie w Nowym Jorku ale to jeszcze nie powó do zmartwień

Podsumowując D’Antoni naprawdę nie jest złym coachem. Nikt nie zaprzeczy faktu, że skupia się tylko na ofensywie ale robi to znakomicie, a drużyny przez niego prowadzone zawsze były w czołówce pod tym względem. W dotychczasowej karierze zabrakło mu trochę szczęścia. Suns nie mieli w składzie lepszych obrońców oraz zostali pozbawieni szans w serii ze Spurs w 2007 roku, a z kolei podczas przygody w Nowym Jorku, nie miał on czasu aby dostosować swojej taktyki do umiejętności zawodników i zaprowadzić ład i porządek w szeregach zespołu. Ciągłe wymiany burzyły chemię i to, co do tej pory wprowadził. Podobnie było w Jeziorowcach gdy otrzymał zespół, który cały miesiąc przygotowywał się do grania Princeton Offense, a na ławce było pełno asystentów, którzy już na początku sezonu przestali mieć jakiekolwiek znaczenie. W zespole panował chaos, a kaprysy Dwighta Howarda nie pomagały D’Antoniemu w zaimplementowaniu ofensywy. Do tego plaga kontuzji skutecznie uniemożliwiła zawodnikom w znalezieniu chemii w zespole i ostatecznie Lakers zaliczyli bardzo rozczarowujący w ich historii rok.

Mimo to trener Jeziorowców z każdego etapu w swojej karierze wyciągnął odpowiednie wnioski i za to należy mu się szacunek. W Knicks pozwolił skupić się na defensywie swojemu asystentowi, a ostatni rok w Lakers pokazał, że jest on również otwarty na jakiekolwiek zmiany i sugestie graczy. Mike nie trzymał się uporczywie swojej koncepcji gry, a zamiast tego szukał wraz z zawodnikami takiego stylu, który pomógłby im wygrywać mecze (np. Kobe w roli rozgrywającego i Nash jako spot-up shooter). Niestety podobnie jak w New York Knicks, miało to różny efekt, a brak uporządkowanej i preferowanej przez coacha ofensywy nie zawsze wychodził wszystkim na dobre. Na szczęście coach Lakers ma teraz do dyspozycji obóz przygotowawczy i jego pierwsze efekty były widoczne gołym okiem w rozegranych kilku spotkaniach przedsezonowych. Powinno już być tylko lepiej.

Mike D’Antoni na pewno nie może być stawiany na tej samej półce co Gregg Poppovich, Pat Riley czy Phil Jackson ale to nie zmienia faktu, że jest dobrym trenerem, który zna się na swoim fachu i jednym z 10 najlepszych ostatniej dekady. Nie jest on tą samą osobą co kilka lat temu. Nieco zmienił swoje podejście i stał się bardziej otwarty na propozycje i uwagi. Dziewięć lat spędzonych jako główny trener dały mu odpowiednie doświadczenie i czas na poznanie wielu nowych rozwiązań. Człowiek uczy się na błędach, a Mike D’Antoni jest tego dobrym przykładem.

Skomentuj