Jakich Lakers zobaczymy w styczniu?

Opublikowane przez , 3 stycznia 2014 w Artykuły, Zapowiedzi, 0 komentarzy

To nie był dobry rok dla Los Angeles Lakers. Co tu dużo mówić, 2013 był fatalny, a nawet wręcz katastrofalny. Jeśli zliczyć w sumie olbrzymie pasmo kontuzji, niepowodzeń i dodać do tego ucieczkę Dwighta Howarda, mamy przed sobą krajobraz jak po jakimś ogromnym kataklizmie. Nawet na sam koniec przytrafił się pechowy uraz Kobe’ego Bryanta, na którego ludzie związani z Jeziorowcami czekali aż siedem miesięcy i kiedy w końcu już wrócił po niesłychanie ciężkim zerwaniu ścięgna achillesa, w meczu z Memphis doznał złamania kości. Jego powrót miał być przełomowym momentem sezonu i dać przysłowiowego „kopa” tej młodej i ambitnej drużynie. Stało się jednak inaczej, a po tym jak doszło do feralnego zdarzenia w FedEx Forum, Lakers totalnie się już posypali. Co prawda udało im się zwyciężyć u siebie z silną Minnesotą, ale później doznali już sześciu porażek z rzędu, w tym dwóch niezwykle hańbiących z Philadelphią i Milwaukee u siebie. Zakończyli więc miesiąc (a także kalendarzowy rok) w fatalnym stylu, dlatego zewsząd pojawiły się głosy, że w Los Angeles myślą już o kolejnym sezonie i lecie 2014 roku, kiedy to na rynku będzie ogromna plejada gwiazd dostępnych do wzięcia jako wolnych agentów. Jednak nie wybiegajmy tak daleko w przyszłość, ponieważ najpierw trzeba skończyć bieżący sezon, a w styczniu czeka Jeziorowców naprawdę wiele ciekawych i trudnych spotkań.

Przede wszystkim w pierwszym miesiącu nowego roku będziemy świadkami najdłuższej trasy wyjazdowej w wykonaniu Lakers. Będzie to klasyczny już o tej porze roku Grammy Trip, kiedy to obie ekipy z Miasta Aniołów udają się na „obczyznę”, ponieważ w Staples Center w tym czasie przyznawane są statuetki dla najlepszych muzyków ubiegłego roku. Jeziorowcy wybierają się wówczas na Wschodnie Wybrzeże, ale wcześniej zahaczą jeszcze o Arizonę, by zmierzyć się z Phoenix Suns, z którymi dwukrotnie przegrali w tym sezonie. To jednak dopiero w połowie miesiąca, a wcześniej Jeziorowcy zagrają kilka spotkań u siebie i na wyjeździe.

Pierwszym rywalem podopiecznych Mike’a D’Antoniego w 2014 roku będą Utah Jazz. Zespół Tyrone’a Corbina jest na samym końcu tabeli na Zachodzie, ale przed kilkoma dniami niespodziewanie ograł Lakers, wyrywając wygraną w samej końcówce po niesamowitej dobitce Derricka Favorsa. Podopieczni Mike’a D’Atoniego, którzy prawdopodobnie rozpoczną styczeń bez Henry’ego i Farmara (a także Nasha, Blake’a i Bryanta), będą mieli nieco utrudnione zadanie zrewanżowania się Jazz przed własną publicznością. Ich obwód jest już tak bardzo rozdarty kontuzjami, że niedługo dojdzie do tego, że nie będzie miał kto siedzieć na ławce rezerwowych albo będą na niej sami gracze podkoszowi. Młodzi i atletyczni gracze Utah z pewnością będą w tym szukali swojej szansy na zwycięstwo, ale wypada mieć nadzieje, że Jeziorowcy zmobilizują się chociaż w Staples Center, które prawie zawsze wypełnia wypełnione jest po brzegi. Tym bardziej, że dwa dni później Lakers czeka jeszcze trudniejsze zadanie, ponieważ do Los Angels przyjeżdżają Denver Nuggets. Jeśli więc nie powiedzie się z Jazz, zdecydowanie ciężej będzie o wygraną z Bryłkami. Morale zespołu podupada po każdej porażce z niżej notowanym przeciwnikiem. Nie można jednak zapominać, że Denver to drużyna, która także zawodzi, co związane jest m.in. z nowym trenerem w obecnych rozgrywkach. Brian Shaw, który zastąpił George’a Karla chce wprowadzić nowy system gry, zamierza narzucić zupełnie inne tempo akcjom Nuggets i wprowadzić większą dyscyplinę. Dlatego też tak często mówiło się o wymianie z udziałem Kennetha Farrieda, który nie przypadł do gustu nowego szkoleniowcowi. Drugą przyczyną niskiej pozycji w tabeli ekipy ze stanu Kolorado jest plaga kontuzji, która ich również nawiedza. Cały czas poza grą są JaValee McGee i Danilo Gallinari, a Farried, Arthur czy Lawson dopiero co wyleczyli swoje urazy. W tym właśnie Lakers powinni upatrywać swojej szansy na wygraną. Ponadto będą mieli także przewagę parkietu, a w pierwszym meczu tych drużyn to właśnie ona zadecydowała o wygranej gospodarzy.

O starciu z Bucks Pau Gasol i spółka chcieliby jak najszybciej zapomnieć

Po tych dwóch pojedynkach Jeziorowcy udadzą się na wyprawę do gorącego jak piasek na pustyni Teksasu. Dwumecz z Dallas i Houston zapowiada się niezwykle ciekawie, tym bardziej, że te dwie drużyny mają za sobą naprawdę niezły start sezonu. W Mavericks powoli powracają do właściwego rytmu gry, który dał tej drużynie tytuł mistrzowski w 2011 roku. Może nie jest to jeszcze tak bezwzględna machiną, jaką dysponował Carlisle przed niemal trzema laty, ale też trzeba zauważyć, że wykonawców ma zgoła innych. Nie można jednak nie zauważyć jak świetnie układa się współpraca Dirka z Ellisem. Ta dwójka wspierana Jose Calderonem i wchodzącym z ławki „starym ale jarym” Vincem Carterem, jak na razie jest jednym z największych zaskoczeń na Zachodzie. Bo chyba nikt nie spodziewał się, że Timberwolves, Grizzlies czy Nuggets, będą za plecami Mavs. Rockets to z kolei zupełnie inna bajka. Po zakontraktowaniu latem Dwighta Howarda i dodaniu kilku ciekawych zmienników stworzono drużynę, która ma bić się o najwyższe cele. Zespół Kevina McHale’a zaczął co prawda przeciętnie (bilans 5-4), ale z meczu na mecz się rozkręcał. Przytrafiło im się jednak kilka haniebnych porażek (Utah, Phoenix i pogrom w Oklahomie, która grała bez Westbrooka), a do tego warto nadmienić, że obrona tej drużyny nie funkcjonuje jak należy. Houston tracą aż 106.1 pkt/100 posiadań, co daje im 17 miejsce w lidze pod tym względem. Taki wynik nie przystoi drużynie, która posiada jednego z najlepszych defensywnych centrów ligi, choć jak pokazał nam ostatni sezon, nie jest to żadną gwarancją dobrej obrony. Starcie Lakers z Rockets będzie ich drugim w tym sezonie. Pierwszy pojedynek zakończył się zwycięstwem Jeziorowców, po wspaniałym rzucie w końcowych sekundach Steve’a Blake’a. Teraz jednak gracze z Teksasu będą bardzo żądni rewanżu, a przecież jak powszechnie wiadomo, gdy ktoś bardzo chce, to bardzo mu nie wychodzi.

Po powrocie z Teksasu Lakers czeka mecz w Staples Center, ale tym razem ten z rodzaju nietypowych. Znikną bowiem wszystkie banery mistrzowskie i koszulki słynnych Jeziorowców, a zostaną one zastąpione twarzami największych rywali Jeziorowców, po raz pierwszy w historii w derbowym pojedynku. W takiej oprawie Clippers będą chcieli zrewanżować się za porażkę, która miała miejsce w meczu otwarcia. Wtedy to po niesamowitej kwarcie w wykonaniu rezerwowych Lakers, mniej utytułowana (ale naszpikowana w tym sezonie gwiazdami) ekipa z Miasta Aniołów musiała przełknąć bolesną gorycz porażki. Teraz jednak wszystko zmierza ku innemu scenariuszowi. To Clippers są na fali, mają niezwykle poukładaną drużynę i trenera, który powoli poznaje zalety swoich graczy. Grają bardzo widowiskowo, ale także skutecznie i dzięki temu plasują się w czołówce na Zachodzie. To Clippers mają wszystkie asy w rękawie i atuty w rękach, ale przecież przed meczem otwarcia było podobnie, czyż nie?

Kiedy kibice w Los Angeles ochłoną już po (miejmy nadzieję) niezwykle ekscytującym derbowym pojedynku, do Staples Center 14 stycznia zawitają Cleveland Cavaliers. Drużyna Mike’a Browna, byłego opiekuna Jeziorowców, z pewnością ma wiele do udowodnienia, nie tylko ze względu na osobę trenera. Ten młody i niezwykle utalentowany team ma po prostu ogromnego pecha. Odkąd stan Ohio opuścił w 2010 roku Lebron James, zbyt wiele dobrego w Cleveland się nie wydarzyło. Co prawda Dan Gilbert skompletował grupę naprawdę zdolnych młodych koszykarzy, na czele z Kyrie Irvingiem, lecz ciągle czegoś im brakuje aby mogli powalczyć o playoffs. Choć w tym sezonie na niezwykle słabym Wschodzie nie można odbierać im jeszcze szans, to nie tego spodziewali się fani, którzy na co dzień gromadzą się w Quicken Loans Arena. Po kolejnym już wyborze w czołówce draftu ( w ostatnich trzech latach wybierali dwa razy z jedynką i dwa razy z czwórką) i transferach (Earl Clark, Jarrett Jack, Andrew Bynum), stawiano ich w gronie drużyn mających zamieszać w Konferencji Wschodniej. Tymczasem jak do tej pory mieszają, ale sami gracze. Najpierw był problem z Dionem Waitersem, a teraz kłopoty zaczął sprawiać Andrew Bynum, który ostatnio jest nawet łączony z Jeziorowcami. Wydaje się, że droga do sukcesu Dana Gilberta już zawsze nie będzie usłana różami, a wszystko dzięki Lebronowi, po którego odejściu wiele się załamało i jak widać odbudowa to znacznie trudniejsze zadanie niż się z początku mogło wydawać.

Mike Brown - kiedyś trener Lakers, a teraz ponownie Cavaliers

15 stycznia rozpocznie się Grammy Trip. Zacznie się on co prawda nietypowo, ponieważ od wizyty w Phoenix, ale prosto z Arizony Lakers polecą na Wschodnie Wybrzeże, by jak co roku rozegrać kilka spotkań z drużynami grającymi we Wschodniej Konferencji. Na pierwszy ogień pójdą Boston Celtics, czyli odwieczny wróg 16 – krotnych mistrzów NBA. Mimo tego, że obie drużyny zawodzą, nie wierzę w to, że kibice w TD Garden odpuszczą Jeziorowcom. Hala będzie wypełniona po brzegi głośnymi, dopingującymi swoich zawodników i nie stroniącymi od wyzwisk fanami. Na tą wyprawę raczej na pewno nie uda się Kobe Bryant, choć i jemu pewnie (mimo nieobecności) tam się także oberwie. Po wizycie w Massachusetts Jeziorowcy opuszczają Stany Zjednoczone i udadzą się do Toronto. Miejscowa ekipa Raptors to prawdziwa zagadka – nawet najstarsi górale kanadyjscy nie są w stanie o niej coś więcej powiedzieć. Niesłychanie nieprzewidywalne wydają się także ruchy transferowe zarządu ekipy „Dinozaurów”. Najpierw pozyskano Rudy’ego Gaya, który miał być gwiazdą drużyny, a następnie oddano go praktycznie za darmo do Sacramento. Nie wiadomo czy poczyniono to w kwestii oszczędności czy z powodu niezbyt dobrej atmosfery w zespole, ale jedno jest pewne – Raptors walczą w tym sezonie o playoffs. Dzieję się tak, ponieważ Wschód jest niezwykle słaby i do awansu wystarczy prawdopodobnie wygranie 35 spotkań. Z kolei Toronto są jeszcze w tej uprzywilejowanej pozycji, że znajdują się w najsłabszej dywizji, a jak wiadomo zwycięzcy danej dywizji bez względu na bilans mają zapewnione miejsce w czwórce Konferencji, tak więc jest się o co bić. Kibice w Air Canada Centre będą więc podwójnie umotywowani, jak wszyscy fani, gdy na ich parkiecie pojawiają się Lakers.

Kolejnym przystankiem Grammy Tripu będzie stan Illnois i nękane kontuzjami Chicago. Bulls zupełnie posypali się w tym sezonie i w roku, który miał być ich wielkim powrotem do czołówki, wydaje się, że mogą nawet opuścić playoffs. Derrick Rose na pewno nie wróci w tym sezonie, a Loul Deng, Joakim Noah i Jimmy Butler także cały czas zmagają się z jakimiś drobnymi dolegliwościami. „Byki” to oczywiście świetna defensywa, zawdzięczana pracy wykonanej przez Toma Thibodeau (zespół traci tylko 100.8 pkt/100 posiadań, co daje im czwarte miejsce w lidze) ale również słaba ofensywa, w której zawodnicy z United Center zdobywają tylko 98.1 punktów na 100 posiadań (28 miejsce). Mecze z ich udziałem nie należą do efektownych i kończą się wynikami poniżej 100 oczek. W Wietrznym Mieście Lakers muszą się więc przygotować na zażarty bój o każdy centymetr parkietu. Ponadto będzie to także back-2-back więc zawodnicy będą zmęczeni, a mając tak okrojoną kadrę będzie to dużo bardziej odczuwalne.

Następnie Jeziorowcy będą mieli trzy dni przerwy, po czym znów czekać na nich będą spotkania rozgrywane dzień po dniu na Florydzie. Na pierwszy ogień pójdą Miami Heat, którzy z pewnością nie będą musieli się zanadto wysilać aby ograć osłabionych Lakers. Jak pokazał mecz świąteczny, ekipa z Los Angeles może nawiązać walkę z mistrzami, ale tylko na tym się skończy. Co innego Orlando Magic, ponieważ zespół Jacquesa Vaughna jest w fazie głębokiej przebudowy. Zajmuje odległe miejsce w Konferencji Wschodniej i teoretycznie nie powinien sprawić problemu 16 – krotnym mistrzom NBA. Jak jednak pokazało starcie z Milwaukee Bucks, żadnego rywala nie można lekceważyć. Co więcej, tak poobijani Jeziorowcy są dla wszystkich drużyn atrakcyjnym przeciwnikiem. Spotkanie w Amway Center nie powinno więc być ciekawym widowiskiem i nie polecałbym zarywać dla niego nocy, ale tutaj właśnie podopieczni Mike D’Antoniego powinni szukać wygranej.

Ostatnim przystankiem najdłuższej trasy wyjazdowej Lakers w tym sezonie będzie słynna hala Madison Square Garden. Jeziorowcy spotkają się tam z zawodzącymi Knicks, którzy podobnie jak Lakers cierpią z powodu kontuzji czołowych graczy. Ze względu na absencję Tysona Chandlera, a także kłopoty zdrowotne Andrei Bargnaniego, Amare Stoudemire’a, Raymonda Feltona, a ostatnio także Carmelo Anthony’ego sezon dla nowojorczyków jest już praktycznie stracony. Zespół, w którym pokładano wielkiego nadzieje po ubiegłorocznych rozgrywkach nie dość, że nie walczy w tym roku o czołowe lokaty, to znajduje się wręcz na samym dnie tabeli. Posada Mike Woodsona jest bardzo zagrożona i nie wiadomo czy do 26 stycznia dalej zachowa on swoje stanowisko. Będzie to więc mecz dwóch wielkich firm, dwóch potentatów finansowych (ponieważ obie drużyny mają największą wartość w NBA i zarabiają zdecydowanie najwięcej pieniędzy), ale jednocześnie także dwóch wielkich przegranych tego sezonu. Jedyne co powinno zachęcić do oglądania tego spotkania to odpowiednia pora. Pojedynek rozpocznie się bowiem o 21.30 czasu polskiego.

Knicksi obecnie zawodzą w lidze ale Carmelo Anthony utrzymuje swoją strzelecką formę

Na koniec miesiąca Lakers czekają jeszcze dwa spotkania z drużynami ze Wschodniej Konferencji, ale oba zostaną już rozegrane w Staples Center. Najpierw 28 stycznia do Los Angeles przyjadą liderzy Wschodu, czyli Indiana Pacers. Zespół Franka Vogela to prawdziwa machina do niszczenia kolejnych przeciwników. Za sprawą znakomitego rozwoju duetu George-Stephenson, a także świetnej dwójki podkoszowej Hibbert-West jest to team praktycznie kompletny. Na dodatek z ławki wchodzą jeszcze Scola, Granger i Watson. Ciężko będzie się Jeziorowcom pokusić tutaj o niespodziankę. Szansy na zwycięstwo szukałbym raczej w starciu z Bobcats. Charlotte co prawda nie są tak słabi i beznadziejni jak jeszcze kilka lat temu, ale wciąż tak jak większość ekip z drugiego wybrzeża grają w kratkę. Dobre mecze przeplatają fatalnymi, a na pewno swoje zrobiła poważna kontuzja nowego lidera zespołu Ala Jeffersona, który opuścił pierwszy miesiąc rozgrywek. Będzie to więc mecz dwóch przeciętnych drużyn, ale jedna z nich wciąż ma o co grać. Mowa tu o ekipie Michaela Jordana, która cały czas liczy się w walce o czołowa ósemkę. Oczywiście jest to powodem słabej konkurencji na wschodnie, ponieważ tam nawet drużyna znajdująca się na czwartym miejscu w tabeli ma ujemny bilans. Tymczasem po przeciwległej stronie kraju sprawa wygląda zupełnie inaczej i nawet większa ilość zwycięstw od porażek niczego nie gwarantuje.

Podsumowując styczeń będzie miesiącem męki dla fanów Jeziorowców. Nie da się tego ukryć – zapowiada się on naprawdę ciężko, ponieważ Lakers czeka niezwykle trudna trasa wyjazdowa, a zespół jest bardzo osłabiony przez kontuzje. Zawodnicy drugiego planu nie mogą dać drużynie tego samego co liderzy, dlatego też sytuacja wygląda jak wygląda. Nie wiadomo kiedy wrócą Kobe, Nash i Blake, a do tego doszły jeszcze kolejne urazy Henry’ego czy Farmara oraz wciąż niedoleczone dolegliwości Kamana i Gasola. Wydaje się, że może to być także miesiąc, w którym dojdzie do pewnych zmian kadrowych. Chyba, że Jim Buss i Mitch Kupchak zdecydują się dograć sezon w takim samym składzie, co będzie jednoznaczne z tym, że zupełnie odpuszczają tegoroczne rozgrywki. I tutaj właśnie wypada zadać sobie pytanie, czy tak nie byłoby lepiej? W końcu nadchodzący draft zapowiada się niezwykle silnie i nawet 5 pick byłby bardzo cenny. Kobe Bryant z kolei, jeśli w tym sezonie skupi się tylko i wyłącznie na powrocie do formy, to będzie stanowił dużo większe zagrożenie za rok, niż ma to miejsce w obecnych rozgrywkach. W międzyczasie mógłby spróbować zwerbować paru zawodników, zapoznać ich ze stylem jakim się żyje w Holywood i przyzwyczaić do przebywania 24 godzin na dobę w blasku reflektorów. Z Dwightem się nie udało, ale w końcu na centrze Houston Rockets świat się nie kończy. Może jest ktoś, kto byłby w stanie udźwignąć rolę lidera z prawdziwego zdarzenia?

Skomentuj