Jak Kobe może pomóc swojej drużynie?

Opublikowane przez , 10 grudnia 2013 w Artykuły, Zawodnicy, 0 komentarzy

Powrót Kobe’ego Bryanta do gry nie był wymarzonym występem dla fanów Lakers jak i samego Bryanta. Nikt jednak nie oczekiwał przecież, że pięciokrotny mistrz NBA od razu zacznie grać na tym poziomie, co w zeszłym sezonie. Kobe w spotkaniu z Toronto Raptors zaliczył 8 strat, nie trafił siedmiu rzutów i ogólnie był dosyć zardzewiały ale nie to powinno martwić zwolenników Jeziorowców. To co mogło się nie podobać, to sposób prowadzenia ofensywy przez lidera ekipy z Kalifornii. Rola Steve’a Blake’a została ograniczona do minimum przy Mambie i nie wiadomo czy było to spowodowane tym, że zawodnicy chcieli po prostu ograć Kobe’ego, pozwalając mu mieć piłkę w rękach, czy być może od tej pory właśnie tak będzie wyglądała nowa „jedynka” zespołu. To spowodowało, że atak Lakers strasznie zwolnił, był statyczny i prosty do odczytu, a zawodnicy nie wiedzieli co robić, gdy Kobe brał się za kreowanie akcji. Cała płynność, dynamiczność i ruchliwość przepadły w jednym momencie, a Lakers w niczym nie przypominali ekipy z pierwszych 19 rozegranych spotkań sezonu.

Od początku było wiadomo, że proces wprowadzenia Bryanta do zespołu, który ostatnio zaczął sobie całkiem nieźle radzić bez niego, nie będzie łatwy i przyjemny. Mimo to spodziewano się, że rola Bryanta zostanie ograniczona, tak aby Kobe mógł stopniowo oswajać się z grą na parkietach NBA i na spokojnie odnaleźć swój rytm. Tymczasem w meczu z Raptors Black Mamba właściwie od początku grał pierwsze skrzypce, a Steve Blake zajmował się tylko przeprowadzaniem piłki przez połowę, po czym usuwał się w cień. Z kolei jeżeli już zawodnik z Hollywood decydował o granej zagrywce, to piłka przestawała krążyć po obwodzie w momencie, gdy trafiała w ręce Bryanta. Kobe następnie potrzebował od 5 do 10 sekund by cokolwiek z nią zrobić. Trudno sobie wyobrazić, żeby Lakers z taką grą wygrywali kolejne spotkania. Po prostu Kobe musi na razie nieco odpuścić i pozwolić innym decydować o ataku swojej drużyny.  Choć być może dla niektórych będzie to nie do zaakceptowania, to wydaje się, że Bryant powinien na razie być bardziej role playerem, niż najjaśniejszym punktem zespołu.

O co można mieć pretensje do lidera Jeziorowców? O to, że nie próbował wejść w rytm meczowy grając bez piłki. Bardzo liczyłem na to, że Kobe będzie dobrze przygotowany taktycznie i swoimi zasłonami oraz samą obecnością ułatwi grę reszcie, a rozgrywanie przez większość czasu pozostawi Blake’owi. Wydaje się, że taki scenariusz byłby najkorzystniejszy dla całej drużyny, zamiast opieraniu ataku na zawodniku, który wraca po zerwaniu ścięgna Achillesa. Tak się jednak nie stało, a Bryant często na siłę szukał okazji dla swoich partnerów. Z kolei gdy ci byli niepilnowani (Blake, Johnson, Williams) to Kobe ich nie dostrzegał i grał akcje jeden na jednego. Takim sposobem ciężko komukolwiek było wejść do gry z odpowiednim nastawieniem i pewnością siebie.

Koledzy Black Mamby na pewno zadbają o swojego lidera. A czy on zadba o nich i o Lakers?

W niedzielnym starciu atak Lakers wyglądał najlepiej, gdy MVP z 2008 roku siedział na ławce rezerwowych. Piłka od razu zaczęła szybciej krążyć po obwodzie, znajdować niepilnowanych partnerów, a zawodnicy aktywnie pracowali przy każdym jej posiadaniu. Właśnie do takiej dynamicznej i zespołowej koszykówki przyzwyczaili nas Jeziorowcy w pierwszym miesiącu gry i taki jej rodzaj, wydaje się być receptą na dalszy sukces. Tymczasem mimo, że Kobe chciał uaktywnić swoich partnerów i częściej podawał niż rzucał, to nie przynosiło to żadnych efektów, bo po prostu tempo rozgrywanych akcji było okropne, co powodowało, że partnerzy tylko stali i czekali na rozwój wydarzeń. Black Mamba szukał swoich kolegów ale piłka powinna trafiać do nich z wypracowanych sytuacji, z naturalnie rozgrywanych akcji, a nie po wymuszonych podaniach.

Oczywiście część krytki powinna za tę porażkę spaść na D’Antoniego, który wydaje się, że trochę przestraszył się fanów i w czwartej kwarcie przy odgłosach „We want Kobe”, wprowadził na parkiet lidera złota i purpury. Szkoda tylko, że na ławkę rezerwowych powędrował wtedy Xavier Henry, który ewidentnie czuł się dobrze w tym meczu i być może byłby w stanie poprowadzić Jeziorowców do cennego zwycięstwa. Z drugiej strony gdyby mu się to nie udało, a Kobe nie pojawiłby się w ostatniej ćwiartce, to fani pewnie krytykowaliby D’Antoniego za nie wpuszczenie swojej gwiazdy z powrotem do gry. Takie jest już życie trenera. Niemniej jednak, Mike powinien rozważyć grę pięciokrotnego mistrza NBA w czwartych kwartach oraz w odpowiednich momentach w meczu.

Do pozytywnych rzeczy, jakie można było zauważyć w debiucie Bryanta, można zaliczyć jego współpracę z Gasolem. Wydaje się, że jeżeli ktoś ma ożywić Hiszpana w tym sezonie, to jest to właśnie Kobe. Pick & rolle tej dwójki wyglądały całkiem nieźle jak po tak długiej przerwie i momentami przypominały zagrania z lat 2007 – 10. Ich dwójkowe akcje mogą być ponownie mocną bronią Lakers, pod warunkiem, że obydwaj będą ciężko pracowali nad tym podczas kolejnych treningów. Było jednak widać, że Kobe jako jedyny chyba potrafi posłać dobre podanie do Gasola, którego w takiej sytuacji jedynym zadaniem jest wykończenie akcji.

Kobe, Shawne, Jodie i Steve dyskutują o jednej z meczowych sytuacji

Również w defensywie Kobe był dosyć aktywny, o czym świadczą m.in. dwa przechwyty i jedna próba zablokowania rywala. Jedynie można mieć pretensje do zbyt bliskiego trzymania się strefy pomalowanej, co powodowało za duży dystans między nim a np. Novakiem. Śmiem wątpić, że w przypadku podania do takiego strzelca z dystansu, Kobe zdążyłby dobiec i utrudnić mu rzut. Mimo to ogólnie ten element gry w meczu z Raptors wypadł pozytywnie w jego przypadku. Do tego Black Mamba był wręcz fenomenalny na desce, gdzie niesamowicie mnie zaskoczył. Przypuszczałem przed spotkaniem, że Bryant będzie unikał kontaktu pod własnym koszem, a tymczasem aktywnie wyskakiwał do większości zbiórek, czego efektem było 8 zebranych piłek.

Ostatnim plusem i być może najważniejszym jest zdrowie Mamby. Vino po wczorajszym treningu przyznał, że czuje się bardzo dobrze, a nawet lepiej niż kilka dni temu. 28 minut gry w pierwszym meczu z pewnością nie wpłynęły negatywnie na okolice zerwanego w kwietniu ścięgna. Do tego łagodne sesje ćwiczeniowe Mike’a D’Antoniego mogą w tym wypadku pomóc Kobe’emu, pozwalając mu utrzymać ciągły kontakt z koszykówką i różnymi zadaniami, bez zbędnego obciążania jego ciała.

Muszę ponownie przyzwyczaić się do szybkości rozgrywanych spotkań, wyczuć odpowiedni czas przy podawaniu piłki oraz lepiej reagować na defensywę. Póki co nie jesteśmy ze sobą zsynchronizowani. Muszę się dostosować do wszystkiego i podawać piłkę tam, gdzie moi partnerzy są najbardziej efektywni. Trochę to wszystko potrwa. Oby tylko prędzej niż później… np. we wtorek.

Podsumowując Bryant indywidualnie nie wyglądał źle w swoim debiucie jak na pierwszy mecz po ośmiu miesiącach przerwy. Jeżeli nabierze pewności siebie i siły w nogach, to będzie ponownie kluczowym zawodnikiem w zespole. Kobe jednak na razie nie powinien być głównym punktem ofensywy Lakers. Dobrze by było aby oczywiście miał on częsty kontakt z piłką ale niekoniecznie był zawodnikiem, który zarządza ofensywą zespołu. Do tej pory Blake spisywał się w tej roli bardzo dobrze i dopóki Bryant nie poczuje się pewnie na parkiecie, to właśnie Steve powinien odpowiadać za grę Lakers. Powrót Kobe’ego do formy to jeszcze długa droga i nie ma sensu jej na siłę skracać, pozwalając mu właściwie na wszystko w meczu. A już na pewno nie kosztem porażek. Być może trochę mniej minut oraz ograniczenie jego roli w ataku w kilku pierwszych spotkaniach wpłynie lepiej na niego samego oraz całą drużynę,a przy okazji pozwoli zachować Jeziorowcom około 50% zwycięstw. Tak czy inaczej fani złota i purpury powinni uzbroić się w cierpliwość, bo nie wiadomo kiedy to wszystko nabierze odpowiednich kształtów. Lakers zaczynają swój sezon praktycznie od nowa, a gracze pierwszej piątki, która ciągle nie jest ukształtowana, muszą ponownie się ze sobą zintegrować.

Skomentuj