Jak Feniks z popiołów…

Opublikowane przez , 28 grudnia 2015 w Artykuły, Zawodnicy, 2 komentarze

Jeszcze po pierwszym miesiącu sezonu 2015/16, Kobe Bryant był bardzo krytykowany za swoją grę. Również przeze mnie, gdyż po prostu lider Jeziorowców spisywał się beznadziejnie i wydawało się, że w ogóle go to nie obchodzi. Tak samo zresztą jak i wyniki drużyny, czy też rozwój młodych zawodników. Wystarczyło spojrzeć na jego wskaźnik efektywności (PER) z pierwszych 17 spotkaniach, który wyniósł (UWAGA!) zaledwie 9.1, aby wiedzieć że MVP z 2008 roku gra poniżej wszelkich oczekiwań. Głównym tego powodem była oczywiście badzo słaba skuteczność Mamby z gry, która wyniosła 29.6%. Od starcia z Toronto Raptors 7 grudnia jednak coś się zmieniło. Vino przestawał oddawać tonę bezsensownych rzutów (w tym zza łuku), zaczął się częściej dzielić piłką, a ponadto po prostu grać bardziej skutecznie. W swoich ostatnich 10 pojedynkach trafiał średnio 44.7% swoich rzutów, a jego PER podskoczyło do ponad 20 punktów. Średni GameScore z kolei wyniósł 13.2 oczka. Aż trudno uwierzyć, że tak nagle pięciokrotny mistrz NBA potrafił wskoczyć na wyższy poziom. Stało się to właściwie z meczu na mecz i było całkowicie niespodziewane. Ale to oczywiście dobrze. Wreszcie bowiem Kobe nie ma powodu do wstydu. Tak samo zresztą jak i my – jego fani.

Nic jednak nie dzieje się bez przyczyny. Nie mieliśmy więc do czynienia z jakimś cudem ale z nowoczesną medycyną i odpowiednim podejściem. Kobe bowiem zaczął korzystać nie tylko z usług fizjoterapeutów Lakers, ale także prywatnie zatrudnił swoich własnych – aby wszyscy oni mogli pracować nad każdą częścią jego działa i sprawiać, że będzie on gotowy na kolejne spotkania NBA. Co ciekawe – żaden dzień w rozgrywkach 2015/16 dla Bryanta nie wygląda tak samo. Specjaliści za każdym razem inaczej podchodzą do jego osoby, różnie go badają i przygotowują do meczów. Wszystko w zależności od tego, co ich zdaniem wymaga poświęcenia największej uwagi. Jednego dnia mogą to być obolałe i zmęczone nogi, a innego słabe ramiona.Nikogo z nas nie powinno to jednak dziwić. To jest 20 sezon Bryanta w lidze i to po zerwaniu Achillesa, złamaniu kości w kolanie, czy też urazie barku. Właściwie aż trudno uwierzyć, że Kobe w ogóle jest jeszcze w stanie grać i biegać po parkiecie średnio ponad 30 minut w meczu. Z drugiej strony to nie powinno być usprawiedliwieniem dla tak słabych występów, jakie Bryant zaliczał w listopadzie. I on dobrze o tym wie. Jak bowiem ma coś robić, to chce robić to dobrze, a właściwie najlepiej ze wszystkich. Stąd też jeszcze większych starań dołożył do przygotowań i dążeniu do tego, aby jego ciało było gotowe na każde kolejne starcie.

Dlatego też jak sam mówi, codziennie jest on jak puzzle dla jego fizjoterapeutów, których zadaniem jest ich poskładanie. To jest w tym roku największe dla niego wyzwanie – dla niego i jego sztabu. Nigdy bowiem nie wiadomo, co przyniesie kolejny dzień i jak będzie czuł się Bryant. Jego status musi być monitorowany 24 godziny na dobę, a lekarze muszą wiedzieć o wszystkim – nawet najdrobniejszym szczególe. Stąd też Kobe np. nie wystąpił 19 grudnia w hali Chesapeake Energy Arena przeciwko Oklahomie City Thunder. Problem z barkiem wtedy okazał się nie do naprawienia w tak krótkim czasie i dlatego zdecydowano się dać mu dzień odpoczynku. Na konfrontację z Denver Nuggets był już jednak gotowy, a więc wszystkie osoby zajmujące się nim, zrobiły swoje.

Kobe Bryant wreszcie gra na swoim poziomie

Ważną rolę w tym wszystkim pełni także jego szkoleniowiec – Byron Scott. I nie chodzi tu tylko i wyłącznie o ograniczenie minut Mamby do około 30 (z czym Kobe się już pogodził i co całkiem dobrze wychodzi Trenerowi Roku 2008). Problemem jest jednak znalezienie odpowiedniego balansu pomiędzy długością przebywania na parkiecie i na ławce rezerwowych. Kobe nie może bowiem ani za długo biegać ze swoimi kolegami z pierwszej piątki, ani też za długo siedzieć obok Roberta Sacre, gdyż wtedy jego ciało może za bardzo zesztywnieć, co może nie tylko przełożyć się na jego późniejszą grę ale także zwiększyć ryzyko nabawienia się urazu. Stąd tez np. w meczu z Washington Wizards, który rozegrał 2 grudnia, Kobe w momencie przebywania na ławce rezerwowych non stop się poruszuał, truchtał itd. – wszystko po to, aby nie wypaść z rytmu, a jego ciało pozostało rozgrzane. Po tym wszystkim Bryant humorystycznie porównał się do Chipa Douglasa z filmu Cable Guy (Telemaniak), którego zagrał znany wszystkim aktor – Jim Carrey.

Podczas meczów, staram się poruszać jak najwięcej. Zazwyczaj, gdy siadasz na ławce, to chcesz aby twoje nogi nieco odpoczęły. Ja jednak mówię: p*** to. Odpoczynek mi tutaj nie pomoże – jeżeli nie będę mógł się później ruszać, to to k*** bez znaczenia.

Gary Vitti przyznał w jednym z wywiadów, że przez wszystkie lata Bryant bardzo zwracał uwagę na to, co mówią lekarze, specjaliści itp. na temat jego zdrowia, kondycji, różnych układów w ciele, rodzaju kości itp. Wielu z zawodników w ogóle nie ma pojęcia na temat tego, co złamali, jak to leczyć itd. Ale on chce wiedzieć. Zawsze się pyta, co robią lekarze, jak to się przełoży na poprawienie jego zdrowia itd. Zawsze taki był i według Gary’ego, jest to wyjątkowa cecha u sportowca, którą trzeba docenić.

Vitti pochwalił także Kobe’ego za to, że ostatnio zaczął także wdrażać Fusionetic – technologię połączoną z nauką, która została wymyślona przez dr Mike’a Clarka i która pozwala zapobiegać nabawieniu się urazów, a także poprawia wydolność całego ciała i którą używa wiele profejsonalnych drużyn sportowych.

Wydaje mi się, że w ostatnim roku Kobe wreszcie się przekonał co do tej metody. I od tego czasu według mnie jego treningi stały się bardziej efektywne.

Mając 37 lat na karku i 19 sezonów spędzonych w National Basketball Association, takie podejście jest więc chyba podstawą do rozegrania jak największej ilośći meczów i bycia w nich efektywnym. Trzeba jednak nie tylko codziennie dbać o swoje ciało i starać się je przygotowywać do kolejnych spotkań przez cały rok ale także być otwartym na nowe techniki, rozwiązania i metody. I Kobe pokazał, że jest w stanie się dostosować do tego. Gary Vitti wspomina także, że w przeszłości często nie zgadzał się z treningami Bryanta, które były niezwykle intensywne i wymagające dla jego ciała. Cieszy się jednak, że wreszcie Kobe zmienił podejście do koszykówki i zna swoje ograniczenia, któych nie stara się za wszelką cenę przeskoczyć ale raczej z którymi stara się żyć i po prostu zminimalizować ich negatywny wpływ na jego osobę.

No i przede wszystkim wydaje się, że Bryant wreszcie przyzwyczaił się do nowego trybu życia oraz nowej rutyny i miejmy nadzieję, że pomoże mu ona utrzymać równą formę przez resztę sezonu. Oczywiście ostatnie trzy tygodnie gry to nie 82 spotkania i trudno powiedzieć, jak Kobe będzie wyglądał w dalszej części rozgrywek. Ale na pewno dają one nadzieję na to, że Bryant jeszcze nie do końca się skończył i nadal może zachwycać wszystkich swoją grą. I z tego powodu się niezwykle cieszę. Oglądanie lidera Lakers męczącego się ze zdobywaniem punktów było naprawdę trudne i przykre dla oka. Teraz jednak wreszcie widzę, że w jego grze znów występuje pewna lekkość, a on sam czuje się bardziej komfortowo na parkiecie, niż w listopadzie. Oby więc było tak do końca sezonu. Czyli przez następne 51 meczów + All-Star Game, w którym Black Mamba niewątpliwie wystąpi.

2 komentarze

  1. StaryFan

    Wygląda na to, że ostatnio Feniksowi wymasowano nieodpowiednią część, albo może wszystkie (błędna diagnoza?). Jeżeli „wszystkie” części, to prawie jak masaż prenatalny.

    Ewidentnie wiele części miał mocno usztywnionych. Oby nie przesadzali, bo będą kolejne rozwody przed kamerami. Przyszłość grzeje ławę, aby nie irytować wypowiedziami reżysera własnej emerytury i nie psuć pięknych 60 paru pożegnań.

    Rozumiem tankowanie, ale LAL staje się powoli pośmiewiskiem tej ligi. Tankować trzy lata, sadzając 2 i 7 pick na ławie, grając „żyjącymi legendami”, zwalając winę na 19 i 20 latka za wyniki.

    No takich bzdetów w tej lidze jeszcze nie było.

    Życzę sobie, LAL i przede wszystkim samemu KB, lekkiego naciągnięcia paznokcia, które pozwoli mu odejść z klasą i zakończyć serial ” Pożegnanie sezon I” w 65 odsłonach i dwóch komedii pod tytułem All-Star i Rio.

  2. DrJ
    StaryFan napisał(a):Rozumiem tankowanie, ale LAL staje się powoli pośmiewiskiem tej ligi. Tankować trzy lata, sadzając 2 i 7 pick na ławie, grając "żyjącymi legendami", zwalając winę na 19 i 20 latka za wyniki.
    No takich bzdetów w tej lidze jeszcze nie było

    Wpierw ich posadził na ławce, później w garbage time też ich sadza na ławce, bo trzeba przecież ogrywać naszego "catalyst" Huertasa, Lou i Sacrego. Nawet Kelly dostał minuty. Black przemierza Venice Beach z drinkiem i mapą do Staples Center. Choć akurat posadzenie Randla jest słuszne, Nance robi lepszą robotę.

Skomentuj