Grudzień był lepszy niż się spodziewano

Opublikowane przez , 3 stycznia 2015 w Artykuły, Podsumowania, 0 komentarzy

Za nami drugi miesiąc rozgrywek NBA – miesiąc, w którym Jeziorowcy zanotowali sześć zwycięstw i dziewięć porażek. To było całkiem udane 30 dni dla podopiecznych Byrona Scotta, chociaż oczywiście mogło być znacznie lepsze. Ekipie z Miasta Aniołów nieźle się wiodło do połowy grudnia. Później jednak przyszła seria trzech porażek z rzędu, w tym dwóch, których można było uniknąć – z Indianą Pacers oraz Sacramento Kings. Tak czy inaczej, lepszy bilans niż w listopadzie nie pomógł 16 – stokrotnym mistrzom NBA w awansie w tabeli Konferencji Zachodniej. Lakers zajmują obecnie przedostatnie miejsce na Zachodzie, a gorsi od nich są tylko zawodnicy Minnesoty Timberwolves, którzy zanotowali 10 porażek z rzędu. Z drugiej strony, zawodnicy złota i purpury są bliscy dogonienia graczy ze stolicy Kalifornii i wskoczenia na 11 miejsce na Zachodnim Wybrzeżu. Tylko czy to by coś dało? No więc właśnie… Co prawda za nami dopiero ponad 1/3 sezonu ale już właściwie znamy 7 drużyn, które pojawią się w playoffs. A o ostatnie, ósme miejsce, będą bili się Phoenix Suns, New Orleans Pelicans oraz Oklahoma City Thunder. Dla Lakers nie ma już miejsca w tej rywalizacji.

Skupmy się jednak na podsumowaniu miesiąca, a nie zastanawianiu się nad tym, jak będzie wyglądała przyszłość. Fakty są takie, że Jeziorowcom poszło lepiej niż w listopadzie, a wpływ na to miało kilka czynników. Pierwszy, i moim zdaniem najważniejszy, to liczba oddawanych rzutów zza łuku. W grudniu Jeziorowcy oddawali 22.7 takich rzutów, a trafiali ich prawie 41%, co jest znakomitym wynikiem. Jest to wzrost w porównaniu do listopada o odpowiednio 4.4 i 9.6%. To właśnie postawa na dystansie spowodowała, że ekipie z Los Angeles udało się wygrać kilka spotkań, w tym m.in. z Golden State Warriors. Zespół Kobe’ego Bryanta zdobywał średnio 27.6 punktów dzięki grze na dystansie, a to więcej o 11.3 w porównaniu do listopada. Mimo to jednak, podobno Byron Scott nadal nie jest fanem trójek i ciągle nie uważa, że to one wygrywają mistrzostwa. Szkoda tylko, że liczby mówią co innego, a gra Jeziorowców wygląda lepiej, gdy zawodnikom wiedzie się na dystansie (gdyż otwiera to drogę do kosza). Na szczęście wydaje się, że gracze nie biorą zbyt poważnie słów swojego trenera i nie ograniczają się na obwodzie. I dobrze, bo w tej kwestii akurat nie ma on do końca racji.

O przydatności trójek świadczy również ORTg zespołu z Los Angeles z grudnia, które wyniosło 104.9 punktów na 100 posiadań. Było ono niższe o 3.6 punktu w porównaniu do poprzedniego miesiąca. Jeziorowcy więc, choć zdobywali teoretycznie mniej oczek, to byli w stanie wygrać więcej spotkań. Co prawda można pomyśleć, że to dzięki defensywie ale jak zaraz pokażę, tak nie było. Lakers większość zwycięstw odnieśli dzięki skutecznej postawie w ataku, a więc tak samo, jak to robili w drugiej połowie poprzednich rozgrywek. Byron Scott nie tak chciał, aby wyglądała gra jego podopiecznych ale póki co nie udało mu się zmienić nastawienia swoich zawodników do tego sportu.

Co jeszcze ciekawego można powiedzieć na temat ofensywy? Np. to, że Lakers bardziej dzielili się ze sobą piłką (procent asystowanych rzutów wzrósł z 51.5 do 57.3). Wpływ na to miał zapewne Kobe Bryant, który w grudniu notował średnio 6 asyst na mecz – o 1.3 więcej niż w poprzednim miesiącu. Ta statystyka wyglądałaby na pewno znacznie lepiej, gdyby jednak nie fakt, że Black Mamba notował również 4.9 straty na jedno spotkanie – prawie o dwie więcej niż w listopadzie. Na szczęście jego koledzy z drużyny lepiej zadbali o sprawowanie kontroli nad piłką i ostatecznie nie wyszło to wszystko tak źle.

Kobe Bryant mógłby grać nieco lepiej ale na szczęście w ogólnym rozrachunku, Lakers spisali się nieźle

Reszta statystyk nie zmieniła się za bardzo. Można więc powiedzieć, że Jeziorowcy polepszyli swoją grę w ataku. Dodali do niej kolejny element – rzut z dystansu, który do tej pory przyniósł im zdecydowanie więcej dobrego, niż złego. Jeżeli natomiast chodzi o defensywę… no cóź. Lakers pozwalali rywalom zdobywać 109.9 oczek na 100 posiadań. Wygląda więc ona znacznie lepiej niż na początku rozgrywek (różnica 6.9 punktów) i nie jest już okropna ale nadal jest beznadziejna i mówi o tym, że Jeziorowcy są jedną z najgorzej broniących ekip w NBA i na pewno nie wygrywają spotkań dzięki postawie po tej stronie parkietu. Co prawda polepszyli się właściwie w każdej kategorii (pozwalają rywalom oddawać o 3.1 mniej rzutów na dystansie w porównaniu do listopada, dwa mniej rzuty osobiste, czy też zmniejszyli liczbę traconych punktów spod kosza z 49.1 do 45.3) ale nadal wszystkie defensywne statystyki/wskaźniki są bardzo wysokie, a do tego mistrzowie NBA z 2010 roku zaczęli pozwalać przeciwnikowi na zdobywanie większej ilości punktów z ponowień (o 2.7), a także z popełnianych przez Jeziorowców strat (o jeden). Ogólnie więc nie ma za bardzo czym się pochwalić i powiedzmy, że defensywa to ciągle jest work in progress w przypadku złota i purpury.

Jeżeli chodzi o indywidualne występy, to do pozytywnych aspektów na pewno można zaliczyć Carlosa Boozera. Od kiedy były gracz Chicago Bulls wchodzi z ławki, to gra znacznie lepiej i na wyższym poziomie. Boozer co prawda przebywa na parkiecie o 1.2 minuty mniej, niż jako starter, ale zdobywa o dwa punkty więcej (14.4) i to na bardzo dobrej 56.2% skuteczności (wzrost o 6.4%), a do tego lepiej zbiera na tablicach (8.4 zbiórki na mecz – o 1.8 więcej), a także zapisuje na swoim koncie prawie jeden faul mniej. Ponadto do tej pory zdążył zanotować już 3 double-double w 12 meczach. Jako starter natomiast, zanotował ich tylko dwa w 19 rozegranych spotkaniach. Przesunięcie Carlosa do pierwszej piątki było więc świetnym ruchem ze strony Byrona Scotta. Wydaje się, że C-Booz czuje się pewniej w drugim unicie, i co najważniejsze – może mu przewodzić, być jego liderem, przez co zapewne pewniej czuje się na parkiecie i nie jest w cieniu Kobe’ego Bryanta. Warto również zaznaczyć, że w ten sposób Scott poniekąd ukrył defensywne braki tego silnego skrzydłowego, gdyż Carlos częściej zmaga się z mniej wymagającymi rywalami, niż graczami pokroju All-Star (stąd też właśnie mniejsza ilość popełnianych przez niego faulów).

Niestety nie wszyscy w Los Angeles zaliczają rozkwit. Spadek formy dręczy Jordana Hilla, który w grudniu ewidentnie nie był sobą. Swoje zaniepokojenie tym faktem wyraził także Byron Scott, którego chyba nieco to… zdziwiło.Hill w ostatnim miesiącu rozgrywek NBA notował średnio tylko 10.7 punktów oraz 6.1 zbiórek w 26.3 minuty spędzane na parkiecie. W 15 rozegranych spotkaniach zdołał zapisać na swoim koncie tylko trzy double-double. W listopadzie takich występów miał aż 9 i to przy 14 występach. Jego efektywność zdecydowanie spadła – szczególnie w ataku, gdzie jest mniej przydatny zespołowi oraz na obu tablicach. Nic więc dziwnego, że Scott ograniczył jego minuty i dał większą szansę Edowi Davisowi. Trudno powiedzieć co dokładnie dzieje się z Jordanem ale być może Mike D’Antoni miał rację mówiąc, że Hill potrafi obojętnie przejść bok spotkań, szczególnie gdy gra dużą liczbę minut i że więcej energii wnosi do gry podczas 20-24 minut. Jordanowi bardzo nie podobało się takie podejście swojego byłego trenera i nie bał się o tym powiedzieć przed rozpoczęciem obecnych rozgrywek. Jednocześnie bardzo chwalił Byrona za to, że ten wreszcie w niego uwierzył i dał mu prawdziwą szansę stania się ważnym zawodnikiem rotacji. Tylko, że niestety ale były gracz Knicks i Rockets zawodzi i nie spełnia pokładanych w nim oczekiwań. Na razie wychodzi na to, że to D’Antoni miał rację, a Hill raczej nie jest warty 9 milionów dolarów za sezon gry w najlepszej lidze na świecie.

Jordan Hill reprezentujący barwy Lakers w konfrontacji z Mavs

Pozostaje jeszcze kwestia Jeremy’ego Lina. Po listopadzie pisałem, że Tajwańczyk nieco zawodzi wszystkich i przy tak słabym składzie Jeziorowców, nie pokazuje nic nadzwyczajnego. Zauważył to też Scott, więc postanowił, że były gracz Rockets będzie rozpoczynał mecze z ławki. Jak to się przełożyło na efekt końcowy? W sumie chyba lepiej. Lin, mając na uwadze 36 minut gry, co prawda notuje 0.3 punktów mniej ale za to rozdaje o 1.4 asyst więcej oraz zbiera o 1.1 piłek więcej. Mniejsza ilość punktów z kolei spowodowana jest po prostu słabą skutecznością, która spadła w jego przypadku o 4.4%. Być może po części jest to spowodowane tym, że mniej czasu przebywa z Bryantem, który potrafi skupiać na sobie uwagę kilku obrońców ale trudno jednoznacznie to stwierdzić. W każdym bądź razie Jeremy powinien wchodzić z ławki i wraz z Boozerem oraz Youngiem napędzać second unit. Tak jest po prostu bardziej efektywny. W lepszej formie już raczej nie będzie i nie można go nazywać drugą opcją zespołu ale na pewno jest solidnym role playerem. Przypuszczam, że każdy kto miał mniejsze oczekiwania względem jego osoby, jest zadowolony z jego gry. Ci natomiast, którzy spodziewali się więcej, mogą być nieco zawiedzeni. Trzeba się jednak pogodzić z faktami i pozwolić Linowi, być Linem.

Podsumowując można stwierdzić, że grudzień przyniósł nam trochę lepszy obraz gry Jeziorowców. Zespół wreszcie odniósł kilka wygranych, w tym z San Antonio Spurs i Golden State Warriors, a Kobe Bryant, po kilku dniach odpoczynku, wreszcie zaczął zmieniać swoją grę i bardziej stał się kreatorem niż scorerem, co w dłuższej perspektywie czasu, powinno wyjść ekipie z Miasta Aniołów na dobre. Wszystkie kawałki zaczynają coraz lepiej do siebie pasować, a zawodnicy wydaje się, że wreszcie odnaleźli swoje role na parkiecie, za co akurat trzeba pochwalić Byrona Scotta. Nie oznacza to jednak, że Lakers mają szansę na playoffs. Jak już pisałem wcześniej, ta kwestia jest już rozstrzygnięta. Mam jednak wątpliwości co do tego, że Jeziorowcy będą tankować. Kobe i spółka raczej postarają się wygrać jak najwięcej meczów, a to oznacza, że Mitch Kupchak powinien próbować wymienić swój pick, o ile znajdą się na niego chętni. Nie jest to idealne rozwiązanie ale w obecnej sytuacji, chyba najlepsze dla wszystkich. Menedżer 16 – stokrotnych mistrzów ligi powinien także postarać się wytrejdować Jordana Hilla i to jeszcze teraz, póki jego wartość jeszcze bardziej nie spadnie w dół. Być może na Hilla negatywnie wpłynęło przesunięcie do pierwszej piątki Eda Davisa, który w lato powinien być tańszą opcją od Jordana i na niej powinni skupić się władze Lakers. Na takie przemyślenia przyjdzie jednak jeszcze czas. Tymczasem przed nami styczeń, który Jeziorowcy rozpoczęli od minimalnej przegranej z Memphis Grizzlies ale która na pewno ich nie załamała.

Skomentuj