Grudniowa aura nie sprzyjała Lakers

Opublikowane przez , 1 stycznia 2017 w Artykuły, Podsumowania, 0 komentarzy

Za nami kolejny miesiąc rozgrywek NBA w sezonie 2016/17. Miesiąc, o którym wolelibyśmy raczej zapomnieć. Po tym jak Los Angeles Lakers zachwycili świat w listopadzie (link), grudzień był w ich wykonaniu jednym, wielkim niewypałem. Dwa zwycięstwa w 16 rozegranych spotkaniach raczej nie są powodem do dumy. Jeziorowcy co prawda musieli zmagać się z długą, bo aż siedmiomeczową serią wyjazdową i pewnie niektórym wydawało się, że to właśnie gra na wyjeździe jest przyczyną porażek, ale ostatnie domowe starcia pokazały, że problem leży gdzie indziej. Jest jednak jeden plus tego wszystkiego. Rok temu, 16-stokrotni mistrzowie NBA po prostu byli bardzo słabi i właściwie każdy przeciwnik wygrywał z nimi bez żadnego problemu. Teraz natomiast Lakers walczą, są w stanie wyjść nawet na 10-cio lub 20-stopunktowe prowadzenie ale niestety ostatecznie nie potrafią utrzymać wyniku. Zawodnicy zwyczajnie mają problem ze skupieniem oraz utrzymaniem stylu gry przez 48 minut (zarówno w ataku, jak i w obronie). Tak właśnie było m.in. w konfrontacjach z Charlotte Hornets, Miami Heat, czy też Dallas Mavericks.

Przez ten jeden zły miesiąc, koszykarze z Miasta Aniołów spadli z miejsca gwarantującego playoffs, na 13 pozycję w Konferencji Zachodniej. Ich szanse na załapanie się do rozgrywek posezonowych nadal jednak istnieją, bowiem będący na ósmym miejscu Sacramento Kings, mają tylko bilans 14-19 i trudno przewidzieć jak będzie wyglądała ich gra po nowym roku. Ale nie ma na razie co o tym myśleć. Więcej będziemy zapewne wiedzieć po kilku pierwszych występach w styczniu.

Wracając do grudnia niestety trzeba przywołać kilka negatywów. Jednym z nich jest ich wskaźnik +/-, który wyniósł w tym okresie -10.1, a skuteczność z gry tylko 43.4% (w tym 34.5% na dystansie). Dobrze rzucali za to rywale Lakers, którzy trafiali z 48.4% skutecznością, z czego 39.3% zza łuku (wzrost o 4.3% w porównaniu do listopada). Ciekawostką jest natomiast fakt, że w porównaniu do listopada, przeciwnicy Jeziorowców zdobywali przeciwko nim o 0.5 oczek mniej z ponowień (13.4), 3.3 mniej z kontrataków (13.3) i 0.2 mniej w pomalowanym (47.3). Jedynie straty złota i purpury lepiej wykorzystywali, gdyż zdobywali w nich o 2.6 punktów więcej (20.9). Oczywiście defensywa Lakers była słaba w grudniu, o czym świadczy wspomniana powyżej skuteczność przeciwników oraz ich eFG (54.9%). Ale nie da się ukryć, że ofensywa również nie przypominała tej z listopada. Najlepiej obrazuje to ORTg, które według NBA.com, spadło z 105.5 oczek do 101.7 na 100 posiadań.

Negatywny wpływ na to miał bez wątpienia D’Angelo Russell, który przez kontuzję kolana, zwolnił nieco tempo i zaczął grać bardziej ostrożnie. Niestety nic dobrego z tego nie wynikło. Rozgrywający Lakers w 10-ciu meczach w grudniu trafiał tylko z 35.8% skutecznością (44.2% w listopadzie), 34% z dystansu, a do tego notował 2.9 strat przy 4.2 rozdawanych asystach. Zupełnie inaczej wypadł Nick Young, który przecież także zmagał się z urazem. Na Swaggy’ego P nie miał on jednak żadnego wpływu. Po powrocie zawodnik Lakers nadal trafiał na bardzo dobrej – 49.2% skuteczności, w tym 44.6% z dystansu i był jednym z pewniejszych punktów zespołu w ataku.

D'Angelo Russell i Julius Randle z Lakers nie mają powodów do optymizmu

Dobre miesiąc rozegrał także Lou Williams, który wziął na siebie większą odpowiedzialność w ofensywie, przez co zdobywał zazwyczaj 21 punktów na 43.2% skuteczności. Minus tego był jednak taki, że ucierpiała na tym jego gra w defensywie, gdzie nie prezentował takiego samego zaangażowania i poświęcenia jak w listopadzie (nie mówiąc już o październiku).

W przypadku indywidualnej gry zawodników Luke’a Waltona, warto także wspomnieć o odrodzeniu się Luola Denga, który wreszcie zaczął prezentować przyzwoity poziom. Jego skuteczność podskoczyła z 33.1% do 45.5% (30.8% do 35.1% w przypadku trójek), a do tego PER 36 notował o 1.4 punktów, 0.9 przechwytów i 0.5 bloków więcej. Ponadto udało mu się zanotować dwa double-double, a w świątecznej konfrontacji z L.A. Clippers był po prostu fantastyczny (13 oczek, 12 zbiórek, po 2 przechwyty i bloki).

Patrząc na statystyki niektórych graczy mogłoby się wydawać, że Lakers nie powinni przegrać aż tylu spotkań w poprzednim miesiącu. I prawda jest taka, że często niewiele im brakowało do tego, aby zanotować wygraną. Zespół walczył w niemal każdym spotkaniu. Zabrakło mu po prostu konsekwentności i doświadczenia. Starcia z Grizzlies, 2x Jazz, Suns, Knicks i Hornets, Jeziorowcy przegrali mniej niż 6 punktami. Zamiast 2-14, mogło być równie dobrze 8-8. A do tego przecież mecze z Nets, Cavaliers, Heat i Mavericks również były zacięte i mogły skończyć się zupełnie inaczej. Z kolei w konfrontacji z Orlando Magic, choć gospodarze od początku dominowali, tak jednak goście byli w stanie zmniejszyć przewagę do zaledwie sześciu punktów i naprawdę byli blisko zanotowania fantastycznego comebacku. To mimo wszystko wiele mówi o obecnej ekipie złota i purpury.

Tak jak już wspominałem na samym początku, rok temu Los Angeles Lakers byli przysłowiowymi chłopcami do bicia. W tym sezonie jest jednak zupełnie inaczej, a zespoły muszą się ciężko napracować, aby z nimi wygrać. I te wszystkie porażki (poza tą z Raptors, Rockets i Kings) są doznawane w zupełnie innym stylu. Stylu, który nadal pozwala mieć nadzieję na lepszą przyszłość. Na ten moment wydaje się, że drużynie z Miasta Aniołów najbardziej brakuje lidera. Osoby, która pociągnęłaby zespół w trudnych momentach. Potrząsnęłaby zawodnikami, wzięła ciężar gry na siebie i nie pozwoliła dać wyrwać sobie zwycięstwa z rąk. Zresztą sam Luke Walton jest tego świadomy, gdyż w jednym z wywiadów przyznał, że na razie żaden z jego podopiecznych nie jest gotowy aby przejąć pałeczkę po Kobe’em. Pozostaje więc nam po prostu czekać. Czekać i nadal obserwować rozwój tych młodych graczy. Oby to zaprocentowało w przyszłości.

Skomentuj