Dwa oblicza złota i purpury w lutym

Opublikowane przez , 28 lutego 2015 w Artykuły, Podsumowania, 0 komentarzy

Do końca sezonu zasadniczego pozostało już właściwie tylko półtora miesiąca. To oznacza, że jesteśmy coraz bliżej loterii draftowej, samego draftu oraz okresu free agency, czyli tego wszystkiego, z czym wiążemy nadzieje na lepsze czasy dla Jeziorowców. Zanim jednak zajmiemy się ogólną analizą sytuacji Lakers przed offseasonem, podsumujmy kolejny miesiąc w wykonaniu złota i purpury. A ten właściwie był podobny od poprzedniego, chociaż należy go podzielić na dwa okresy: ten przed przerwą na All-Star Weekend i po przerwie. Dlaczego? O tym przeczytacie w dalszej części artykułu. Ogólnie jednak Lakers zdołali wygrać zaledwie trzy z 10 rozegranych spotkań (wszystkie pod koniec lutego). Siedem z nich przegrali natomiast przed Weekendem Gwiazd m.in. z Knicks, Magic, Nuggets czy Nets. Gra podopiecznych Scotta wyglądała podobnie jak w styczniu, a więc nadal Jeziorowcy mieli problemy ze skutecznością (FG 42.8%, 3FG 33.5%), a trójki nie były aż tak istotne w ich grze, jak być powinny. Jedynie zawodnicy częściej przechwytywali piłkę, o czym świadczy 7.7 przechwytów notowanych na mecz (nie świadczy to jednak o dobrej defensywie) oraz polepszyli się na atakowanej tablicy, gdzie zbierali o trzy piłki więcej niż w poprzednim miesiącu. Choć ten pierwszy element nie wpłynął na lepsze egzekwowanie kontrataków (ekipa z Kalifornii zdobywała 1.5 punktu mniej pod tym względem), tak jednak dzięki temu drugiemu, Lakers notowali o 5.2 oczek więcej z ponowień, a to całkiem sporo. To oraz nieco mniej strat (12.7 w porównaniu do 14.3) oraz być może odrobinę lepsza skuteczność zza łuku przyczyniło się do lepszej efektywności ataku w lutym w porównaniu do stycznia (ORTg na poziomie 104.4 punktów na 100 posiadań).

Mimo jednak poprawy ofensywy, Lakers nadal nie byli w stanie wygrywać spotkań. Powodem tego była oczywiście defensywa. Choć w styczniu uległa ona dosyć znaczącej poprawie, o tyle w lutym ogólnie była po prostu beznadziejna. DRTg wyniosło 110.9 oczek na 100 posiadań i było o 4.3 punktów gorsze niż w poprzednim miesiącu. 16 – stokrotni mistrzowie NBA pozwalali swoim rywalom rzucać na wysokiej 47% skuteczności (w tym 38.7% z dystansu), co mówi chyba samo za siebie. Jednym więc słowem: dramat. Takie zespoły jak Cleveland Cavaliers, Portland Trail Blazers, Brooklyn Nets, Milwaukee Bucks czy nawet New York Knicks po prostu robiły z zawodnikami z Miasta Aniołów co tylko chciały, a szczególnie pod koszem. Już nie mówiąc o tych żałosnych końcówkach w BMO Harris Bradley Center czy Amway Center, gdzie Lakers zwyczajnie oddali wygrany mecz. Oczywiście w obecnej sytuacji ma to swoje plusy ale nie oznacza to, że trzeba przechodzić obojętnie obok tak beznadziejnych postaw. Jedyną poprawę w ich grze po tej stronie parkietu, można było zauważyć na własnej tablicy i przy bronieniu ponowień, bowiem rywale zdobywali o cztery oczka mniej z ponowień niż w styczniu. Ale to tylko mały plus w ich grze, który jednak jak widać nie miał znaczącego wpływu na ogólną postawę w defensywie.

Jednak tak jak pisałem na początku, miesiąc ten należy podzielić na dwa okresy. W pierwszym, przed przerwą na Weekend Gwiazd Jeziorowcy zanotowali bilans 0-6 i ogólnie grali koszykówkę, na którą nie dało się patrzeć. Nie trafiali ponad 60% swoich rzutów, słabo atakowali kosz (mniej niż 20 prób z linii rzutów osobistych), a także nie byli efektywni w strefie pomalowanej (punkty zdobywane z pola trzech sekund stanowiły tylko 38% całości). Co gorsza, atak Lakers nie wyglądał dobrze mimo aż 15 ofensywnych zbiórek notowanych w każdym meczu (świetny wynik), czy też solidnej 37% skuteczności zza linii 7 metrów i 24 centymetrów. Jak to jest możliwe? Odpowiedzią na te pytanie jest słabe transition offense, brak szybko zdobywanych punktów z kontrataków oraz po stratach rywali, wspomniane już problemy z przedostaniem się pod kosz rywala i rozgrywaniem piłki w polu trzech sekund oraz ogólna słaba skuteczność na półdystansie (33%).

Początek lutego nie był udany w wykonaniu Lakers

Jeszcze gorzej było jednak w obronie, gdzie rywale trafiali 49.2% swoich rzutów, z czego 40.8% z dystansu. Jeżeli kogoś przeraziło DRTg na poziomie 110.9 punktów, to nawet nie będę pisał, jakie ono było w tych pierwszych sześciu meczach. Zresztą przytoczona przeze mnie skuteczność powinna wystarczyć do oceny gry Lakers po tej stronie parkietu. Z drugiej strony nie ma się temu co dziwić. Ronnie Price bowiem tylko udaje, że broni – po prostu biega bez celu za swoimi rywalami, zupełnie nie myśląc przy tym, nie próbując odcinać ich od podań, zmuszać do atakowania kosza z tej, a nie innej strony itd. Robert Sacre jest tylko Robertem Sacre, który co prawda nieźle pracuje na nogach i przeciwko fizycznym rywalom, którzy nie są zbyt zwinni radzi sobie nie najgorzej ale rim protectorem nie jest, brakuje mu atletyczności, a także nie radzi sobie przy bronieniu pick & roli. Ryan Kelly natomiast na trójce nie mógł mieć pozytywnego wpływu na tą część parkietu i jeżeli jego matchupy przeciwko niemu robiły sobie na parkiecie co chciały (patrz Tobias Harris, LeBron James), to jest to tylko i wyłącznie wina Byrona Scotta.

Defensywa Jeziorowców wyglądała za to lepiej po Weekendzie Gwiazd (DRTg na poziomie 105.7 oczek na 100 posiadań) ale moim zdaniem – tylko na papierze. Dlaczego? Bo Brooklyn Nets z Deronem Williamsem całkowicie zdominowali mecz z 20 lutego, o dobrym DRTg w starciu z Bostonem Celtics zadecydowała dogrywka, w której podopieczni Brada Stevensa zupełnie zapomnieli jak się gra w koszykówkę, a Bucks potrzebują trochę czasu aby nauczyć się wykorzystywać możliwości Michaela Williamsa-Cartera. Jedynie więc w konfrontacji z Jazz Lakers zagrali poprawnie po tej stronie parkietu ale nie powinno to nikogo dziwić. Zresztą w tych czterech spotkaniach tracili średnio aż 51.5 punktów w strefie podkoszowej, a to raczej nie świadczy o dobrej defensywie. Stąd też nie uważam, aby coś się zmieniło pod tym względem i przypuszczam, że w marcu się to potwierdzi.

Przerwa na All-Star Game pozytywnie wpłynęła za to na ofensywę zespołu z Los Angeles i co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Dziewięć dni przerwy pozwoliły zregenerować siły zawodnikom, wyleczyć kontuzje i dokładnie przećwiczyć kilka znanych już wszystkim wariantów Horns, pick & rolli oraz podstaw Princeton Offense. Dzięki temu Lakers poprawili swoją skuteczność, która w tych czterech meczach wyniosła bardzo dobre 47.3%, lepiej atakowali kosz rywali (średnio 46 oczek na mecz w tej kategorii – wzrost o 10 w porównaniu do meczów w lutym przed Weekendem Gwiazd), wymuszali faule (średnio rzucali 27.5 osobistych na mecz), a także wreszcie zaczęli wykorzystywać okazje w kontratakach (14 punktów zdobywanych w tym elemencie). Ich ofensywa wyglądała na solidną (ORTg 107.8), co potwierdziło się przede wszystkim w zwycięstwach odniesionych nad Celtics, czy Bucks.

Druga część miesiąca była zdecydowania lepsza dla Lakers

Jest też nadzieja na to, że ten odpoczynek wyszedł na dobre Nickowi Youngowi. Swaggy P w tych pierwszych sześciu meczach trafiał tylko 30.2% swoich rzutów, z czego zaledwie 21.4% za trzy i ogólnie zdobywał 9 oczek w każdym meczu. Young nie przyzwyczaił nas do aż tak słabych liczb – pod tym względem bowiem zawsze można było na niego liczyć. Tymczasem jego skuteczność była jeszcze gorsza niż w styczniu. Po Meczu Gwiazd jednak, Young nieco się poprawił i zaczął trafiać 38.9% swoich rzutów, w tym 40% zza łuku. Niestety nie możemy na razie z pewnością stwierdzić, że All-Star Weekend wyszedł mu na dobre, gdyż wystąpił w zaledwie dwóch meczach (ostatnie dwa opuścił z powodu problemów z kolanem), także ostatecznie jego formę ocenimy po kilku występach w marcu.

Możemy za to z przyjemnością napisać, że bez wątpienia najlepszym zawodnikiem złota i purpury w lutym był Jordan Clarkson. 22-latek z Missouri zakończył ten miesiąc notując 13.8 punktów, 3.6 zbiórek, 4 asysty i tylko 1.5 strat w 27.5 minut spędzanych na parkiecie. Dlaczego tylko? Bo jeszcze w styczniu przy rozdawaniu zaledwie dwóch asyst na mecz, Clarkson popełniał 1.6 strat, a do tego grał przecież krócej o 3.7 minut. Pod tym względem więc Jordan zrobił naprawdę niezły postęp, a przynajmniej tak się wydaje i następne miesiące na pewno to zweryfikują. Jego wskaźnik asyst do strat wzrósł ponad dwukrotnie, a liczba notowanych asyst na 100 posiadań wzrosła o 7.6 w porównaniu do stycznia (22.5). Ponadto polepszyła się także jego skuteczność, która wzrosła z 41.3% do 47.7% (3FG z 15.4% do 37%), co moim zdaniem jest efektem przede wszystkim większej pewności siebie u rozgrywającego Jeziorowców, który często lubi po prostu oddać rzut z półdystansu po krótkim dryblingu. Ogólnie Clarkson był chyba jedynym zawodnikiem złota i purpury, który grał równo przez cały miesiąc trwania rozgrywek. Nic więc dziwnego w tym, że Scott powiedział, że jako jedyny może być pewny swojego miejsca w pierwszej piątce. Jordan na to zasłużył i skoro Lakers są w takiej, a nie innej sytuacji, to powinien się jak najwięcej ogrywać. Więcej o nim możecie przeczytać w artykule, napisanym jeszcze przed przerwą na Weekend Gwiazd (link).

Tak więc za nami kolejny miesiąc rozgrywek NBA. Czy ostatnia postawa L.A. Lakers od czasów przerwy na All-Star Weekend powinna martwić zwolenników tankowania? Raczej nie. Ofensywa bowiem w końcu zapewne wróci do swojego poziomu, a w obronie Jeziorowcy zazwyczaj nie są w stanie sprostać szybkim, atletycznym i uwielbiającym rzucać zza łuku rywalom. Prędzej czy później więc, podopieczni Byrona Scott znów najprawdopodobniej zaczną seryjnie przegrywać i zaliczą kilka porażek z rzędu. Zresztą seria ta może rozpocząć się już na początku marca, gdyż na ekipę złota i purpury czekają starcia m.in. z Thunder, Heat, Grizzlies czy Mavericks, Niepokojący jest jedynie terminarz w drugiej połowie marca, który wydaje się być dosyć prosty ale o tym tradycyjnie więcej napisze Wam Karol Frankowski.

Skomentuj