Dlaczego Haywood chciał zabić swojego trenera?

Opublikowane przez , 29 sierpnia 2014 w Historia, Ciekawostki, 0 komentarzy

Nazwisko Spencera Haywooda pewnie niewielu z Was kojarzy – a już na pewno nie łączy je z Jeziorowcami. Trudno się temu dziwić, bowiem Spencer w barwach złota i purpury rozegrał tylko jeden sezon (1979-80). Wcześniej natomiast był graczem Denver Rockets (ABA), Seattle SuperSonics, New York Knicks, New Orleans Jazz, a później Reyera Venezia i Washington Bullets. Haywood był jednym z bardziej utalentowanych zawodników w lidze (średnie w karierze na poziomie 20 punktów i 10 zbiórek), który spędził w niej w sumie 14 sezonów. Już w swoim pierwszym roku gry w barwach ekipy z Kolorado zdobywał co mecz 30 punktów i zbierał 19.5 piłek, co pozwoliło mu od razu stać się gwiazdą ligi. Dzięki tym statystykom wygrał nagrodę Rookie of the Year, MVP ABA (jako najmłodszy gracz w historii – 21 lat) oraz MVP ABA All-Star Game. Talentu mu na pewno nie brakowało, stąd też cieszył się ogromnym zainteresowaniem wśród drużyn NBA.

To spowodowało, że pomimo tego, że był jeszcze wtedy osobą nieletnią i nie posiadał prawnika, podpisał profesjonalny kontrakt z Seattle SuperSonics. Było to sprzeczne z regulaminem NBA i budziło wiele kontrowersji ale ostatecznie został on dopuszczony do rozgrywek. W barwach Ponaddźwiękowców Spencer czterokrotnie wziął udział w Meczu Gwiazd, dwa razy znalazł się w Pierwszej Piątce NBA oraz dwa razy w Drugiej. Jednak mimo to oraz tego, że Sonics zastrzegli później jego numer, najlepsze wspomnienia wiąże z grą dla New York Knicks. To w Nowym Jorku bowiem poznał swoją żonę i urodziło mu się pierwsze dziecko w szpitalu Lenox Hill. Wtedy też, Haywood poczuł, że ma właściwie wszystko – poukładane, proste i szczęśliwe życie z kochającą go rodziną oraz szacunek w lidze. Był solidnym zawodnikiem po obu stronach parkietu, wykonującym każdego wieczoru swoją pracę i nie stwarzającym żadnych problemów.

Zmiana nastąpiła kiedy w 1979 roku trafił do Los Angeles Lakers. Zwyczajne, dobre życie już nie wystarczało Spencerowi. Jak sam powiedział w wywiadzie udzielonym Robowi Trucksowi, przestała go interesować „ścieżka Boga” i chciał dowiedzieć się kim lub czym tak naprawdę jest „diabeł”. Haywood zapragnął także stać się głównym punktem zespołu, a tym samym sprawić, żeby jego życie stało się bardziej ekscytujące. Niestety wszystko od samego początku źle się dla niego ułożyło i zapewne nie spodziewał się, że nie będzie dobrze wspominać swojego pobytu w Los Angeles…

Teoretycznie to miały być najlepsze lata w karierze dla Haywooda. Do Lakers tego roku trafił przecież Magic Johnson, Kareem był jego jednym z najlepszych przyjaciół, a do tego w drużynie byli jeszcze Jamal Wilkes i Norm Nixon. Trenerem natomiast był Jack McKinney, któremu bardzo zależało na tym, aby Haywood został graczem złota i purpury i który walnie się do tego przyczynił. Spencer mógł więc liczyć na wsparcie w Mieście Aniołów. Miał być mocnym i ważnym (ale nie głównym) punktem zespołu, a przynajmniej taka była koncepcja organizacji. On jednak tak jak pisałem wyżej, ten jedyny raz chciał być najważniejszą osobą, od której wszystko miałoby się zawsze zaczynać. Chciał być inny niż do tej pory, odbiec od wszystkich schematów i od swojego spokojnego życia.

Spencer Haywood podczas spotkania Lakers z Celtics w Bostonie

Haywood chciał poszerzyć swoje horyzonty i doświadczyć czegoś nowego. Zaczął więc brać kokę, od której szybko się uzależnił. Po tym jak wziął ją raz, chciał spróbować drugi, a po drugim razie, trzeci itd. Jak sam przyznaje, to go zaczęło wyniszczać – zarówno fizycznie jak i psychicznie. Do tego miał paranoiczne zaburzenia osobowości, co tylko pogarszało sprawę. Kokaina nie była dla niego krótką przygodą, którą zafascynował się na chwilę i z której od tak mógł zrezygnować. Stała się ona dla niego prawdziwym koszmarem i była bardzo bliska doprowadzenia go do upadku. Przez nią osobowość Spencera całkowicie się zmieniła. Ze spokojnego i uśmiechniętego człowieka, słuchającego przez całe życie Jazzu, stał się agresywnym, nerwowym i lubującym się w rocku awanturnikiem.

Przejdźmy jednak do sedna sprawy. Mamy sezon 1979-80, a Spencer jest stałym członkiem rotacji, grającym średnio nieco ponad 20 minut i zdobywającym 9.7 punktów oraz 4.6 zbiórek w każdym meczu . Lakers wygrali we wspomnianych rozgrywkach aż 60 spotkań i z pierwszego miejsca w dywizji awansowali do playoffs. Tam jednak minuty Haywooda spadły do 13.2, co miało wpływ na jego efektywność i poczucie komfortu. Trener Paul Westhead, który zastąpił po 14 meczach mającego wypadek Jacka McKinney’a, wiedział jednak co robi – widział, że ze swoim skrzydłowym jest coraz gorzej i nie gra już na tym samym poziomie co kiedyś, a także jego podejście do gry się znacznie zmieniło. Dlatego też postanowił ograniczyć jego wpływ na przebieg spotkań. To wyszło na dobre Jeziorowcom, którzy pokonali Phoenix Suns i Seattle SuperSonics w pierwszych dwóch rundach i awansowali do Finału NBA.

Lakers zmierzyli się w nim z Philadelphią 76ers ale już właściwie bez Haywooda. Były MVP ABA był w bardzo złym stanie, przez co zdarzyło mu się nawet zasnąć na treningu po pierwszym meczu finałowym. Został więc zawieszony przez Westheada na mecz numer dwa i do gry był gotowym dopiero w trzecim spotkaniu. Jednak mimo to ówczesny coach złota i purpury nie chciał korzystać z usług swojego podkoszowego, a do tego tuż po trzecim mecz Spencer zaczął się kłócić z kolegami z drużyny – Bradem Holladenm i Jimem Chonesem, przez co ponownie został zawieszony przez swojego trenera – tym razem na nieokreślony czas. To rozwścieczyło tego silnego skrzydłowego, który jak sam później przyznał, miał ochotę po prostu zabić Paula.

Opuściłem Forum wyjeżdżając z niego moim Rollsem, mając w głowie tylko jedną myśl – Westhead musi umrzeć. Jechałem ulicami knując plan zabicia go. W przypływie emocji, złości oraz dużej ilości koki, zadzwoniłem do starego znajomego z Detroit – Gregory’ego, który był prawdziwym gangsterem. Powiedziałem mu: „Przyjedź tutaj stary. Chcę abyś zajął się pewną osobą”. On odpowiedział: „Nie ma problemu Wood. Cieszę się, że mogę to dla Ciebie zrobić”. Następnego dnia Greg i jego partner przylecieli do L.A., gotowi aby zająć się sprawą. Usiedliśmy razem i wszystko obmyśliliśmy. Westhead mieszkał w Palos Verdes i mieliśmy adres jego ulicy. Chcieliśmy wtedy coś zrobić z jego samochodem np. przeciąż linkę hamulcową […] Pojechaliśmy więc do Palos Verdes aby się rozejrzeć, a kiedy wróciłem do domu, po prostu się naćpałem. Moja matka zadzwoniła wtedy i zapytała się: „Chłopcze, co ty kombinujesz?”. Ona wiedziała bowiem o moim uzależnieniu i niecnych zamiarach, a przynajmniej tak mi się wydawało, bo tak jak mówiłem, mam paranoiczne zaburzenia osobowości.  Tak czy inaczej to, co chodziło mi po głowie było nieświęte, niewarte Boga i nieczyste.

Jednak kiedy wróciłem do siebie, ponownie wciągnąłem więcej koki i dopiero wtedy poczułem, że sięgnąłem dna. Zorientował się o czym myślę i chociaż przecież nie próbowałem tego zrobić, to miałem złe intencje. Wiem, że Bóg mnie obserwuje i że wtedy nie funkcjonowałem prawidłowo. Zresztą nie wiem nawet, gdzie wtedy mieszkał (Paul Westhead). To były narkotyki – one mówią. To one spowodowały, że miałem takie myśli.

Po tym wydarzeniu, po swojej krótkiej przygodzie w Lakers, władze klubu zdecydowały się pomóc na swój sposób Spencerowi Haywoodowi. Dali mu szansę wyjścia z tego całego bagna i „odzyskania swojej czystości”. Dr Buss i Bill Sharman byli w tym czasie bardzo zaaferowani osobą Spencera. Zaproponowali mu więc aby wyleciał na pewien czas do Włoch i tym samym nieco odpoczął od dobrze znanego mu otoczenia. W ten sposób nadal mieli do niego prawa i gdyby chcieli, to mogliby go ściągnąć z powrotem do Los Angeles. Haywood trafił więc do Wenecji, gdzie na początku czuł się zdradzony przez swoich zawodników i właściciela ale bardzo szybko dostrzegł zalety życia we Włoszech, a tamtejsze społeczeństwo go pokochało.

Tak powoli Spencer zaczął wychodzić na prostą i za tamtą decyzję jest teraz bardzo wdzięczny zmarłemu już Dr Bussowi oraz całej organizacji Jeziorowców. Jak sam przyznaje, przeprowadzka do Italii była najlepszą rzeczą jaka mu się wtedy przydarzyła. Dzięki dwóm latom spędzonym w Reyer Venezia, Haywood był w stanie wrócić później do NBA, gdzie zasilił szeregi Washington Bullets, wracając do swojego prostego, zwykłego życia, którego nie zamieniłby już na żadne inne. W stolicy Stanów Zjednoczonych spędziłby pewnie więcej czasu niż tylko dwa sezony ale wypadek żony – Iman, właściwie zmusił go do zakończenia swojej przygody z ligą. Haywood zaczął jeszcze bardziej poświęcać się swojej rodzinie, którą stawiał na pierwszym miejscu i dla której chciał jak najlepiej.

Choć cała historia skończyła się dobrze, tak pokazuje ona ile człowiek może stracić przez narkotyki i do czego jest zdolny pod ich wpływem. Przykłady z życia takiego jak Spencera Haywooda są przestrogą dla innych i dobrze, że były gracz NBA zdecydował się otworzyć i podzielić ze światem swoimi doświadczeniami. Kto wie, być może wtedy po meczu numer trzy było bliżej tragedii niż nam się wydaje – niż mówił o tym w wywiadzie sam Haywood. Najważniejsze jednak jest to, że udało mu się wyciągnąć odpowiednie wnioski ze swojego życia i że tym sposobem mówi wszystkim, aby nie podążali za jego śladami i uważali na wszelkie „niebezpieczeństwa życia”, które na każdego czyhają. Zresztą kolejnym dowodem na to, jak narkotyki mogą zniszczyć człowieka jest Lamar Odom, który przeżył załamanie i w jednej chwili stracił wszystko. Oby jemu, podobnie jak i Spencerowi, udało się wyjść na prostą i znaleźć spokój i szczęście w życiu.

P.S. Tych, których zaciekawiła historia Spencera, odsyłam do oryginalnego wywiadu, na podstawie którego napisałem ten artykuł (link).

Skomentuj