Dear Kobe…

Opublikowane przez , 1 grudnia 2015 w Artykuły, Zawodnicy, 0 komentarzy

17 czerwca 2010
Kobe Bryant kozłuje na lewej części boiska, zegar 24 sekund wskazuje „6”, gdy zawodnik z numerem 24 schodzi do środka, odrzuca piłkę na prawo do Rona Artesta, a ten trafia trójkę. 79-73 dla Lakers, minuta do końca, wygrają! Wygrają? Rondo za 3, 81-79. Celtics faulują Sashę Vujacicia, Kobe patrzy na wszystko z boku, nie przywykł do tego, zwykle to on stał na linii w decydujących momentach, wszystko zależało od niego, a teraz patrzył jak Vujacić decyduje o jego piątym tytule. Paradoks? Słoweniec trafia oba rzuty, chwilę później Lamar Odom wyrzuca piłkę po zbiórce Gasola, całe Staples szaleje, tylko jeden zawodnik biegnie za piłką na połowę Celtics, jakby chciał mieć pewność, że tego wieczoru już nic się z nią nie stanie, bo bezpieczna będzie tylko u niego.

Konferencja po tym meczu, decydującym starciu Finałów z 2010 roku:

Kobe, co oznacza dla Ciebie ten tytuł? Wiemy, co znaczy dla drużyny, ale co znaczy osobiście dla Ciebie?” – Jim Hill, CBS TV

Mam o jeden więcej niż Shaq. (śmiech Kobego i dziennikarzy) Przecież wiecie jaki jestem, ja niczego nie zapominam.

Pamiętam, że oglądając ten mecz, bezgłośnie do jakiejś 6 rano, żeby nie obudzić nikogo, przechodziłem ze skrajności w skrajność, emocje były nieprawdopodobne. Kiedy ponad 5 lat później, 30 listopada 2015 roku wstałem i zobaczyłem powiadomienie z NBA Game Time, wierzcie lub nie, gdzieś głęboko wiedziałem, że nie jest to informacja o zawieszeniu dla Okafora, ani TOP 10 wczorajszego dnia.

Znacie to uczucie, kiedy spodziewacie się czegoś, wiecie że niedługo to nadejdzie, a mimo wszystko kiedy ma to miejsce, to jest to zaskoczenie? To, że Kobe gra swój ostatni sezon, było praktycznie pewne, jednak dopóki On tego nie potwierdził, wszystko mogło się zdarzyć. Tak jak na boisku – dopóki nie zabrzmiała syrena kończąca mecz, Kobe walczył. Walczył, trafiając niesamowite buzzer beatery seriami z Bucks, Kings i Heat w 2010. Walczył w 2013 niemal w pojedynkę, wyrywając zwycięstwa z Raptors i w feralnym meczu z Warriors w decydujących o udziale w playoffs meczach. Walczył dziś w nocy z Pacers i choć ostatnia „trójka” była airballem, to ja zapamiętam te dwie poprzednie, dające nadzieję. Zapamiętam jedną z dwóch asyst do Artesta w Game 7 Finałów 2010, a nie to, że momentami zapominał o ważnym elemencie koszykarskiego rzemiosła, jakim jest podanie. Zapamiętam walkę, mimo kontuzji, celne rzuty mimo kilku obrońców dookoła, 81 punktów, dwa cudowne rzuty w playoffs z Suns. Zapamiętam, chyba przede wszystkim, dwa rzuty osobiste w meczu z Warriors, chwilę po kontuzji Achillesa, która zaczęła jego problemy w ostatnich dwóch latach. Rzuty tak symboliczne, wykonywane na granicy bólu, ze łzami w oczach, przy skandowaniu „MVP!” przez publiczność. Te dwa wolne, choć dały tylko dwa punkty, znaczyły wtedy, znaczą teraz i będą znaczyły w przyszłości znacznie więcej.

Kobe Bryant podczas zdobycia mistrzostwa w 2010 roku

Piszę „na gorąco”, na pewno na lepsze podsumowanie przyjdzie czas po sezonie, ale cieszę się, że Kobe wrócił na te rozgrywki i wbrew wielu, nie uważam, że obecnie niszczy swoją Legendę. Tej nic nie zniszczy. A Kobe po dwóch ciężkich dla niego latach, wrócił, żeby w miarę możliwości pożegnać się ze wszystkim, co przeżył przez ostatnie 20 lat – kibicami, zawodnikami, halami, miastami, atmosferą podczas meczów NBA. Jemu będzie tego brakowało równie mocno, co nam, kibicom, jego gry. I cieszę się, bo widzę, że Kobe dojrzał do tej decyzji, zrozumiał ją, sam o niej zdecydował. Nie oddał odpowiedzialności kontuzjom, tak jak nie oddawał piłki w zaciętych końcówkach meczów. Z uśmiechem na konferencji, w pełni świadomy, choć z oczywistym wzruszeniem, oznajmił zakończenie pewnego pięknego okresu w historii koszykówki. Tak jak w zaciętych końcówkach meczów, w pełni świadomy swoich umiejętności, z „Mamba Face”, oznajmiał przeciwnikom, że dzisiaj nie da im wygrać.

Kobe, dziękuję, że dzięki Tobie koszykówka stała się dla mnie tym, czym jest dzisiaj. Nie dane było mi zobaczyć na żywo meczu z Twoim udziałem, ale możliwość oglądania Cię w jakikolwiek sposób była zaszczytem, motywacją i inspiracją. Może przez to, że urodziłem się pod koniec „Ery Jordana”, ciężko jest mi porównywać MJ-a i Ciebie i decydować kto jest GOAT. Dlatego powiem, że Kobe Bryant, jeśli nie GOAT, to na pewno jest GOMT, Greatest Of My Time.

Skomentuj