Czy to już koniec Nasha?

Opublikowane przez , 9 kwietnia 2014 w Artykuły, Zawodnicy, 0 komentarzy

Steve Nash właśnie wspiął się na trzecie miejsce wśród najlepiej asystujących zawodników w historii National Basketball Association ale wyczyn ten przypłacił odnowieniem się kontuzji, z którą zmaga się właściwie od początku rozgrywek. Nash w spotkaniu z Houston Rockets ponownie miał problem z podrażnionymi nerwami w plecach oraz w ścięgnie podkolanowym i z tych powodów nie zagra już raczej w jednym z ostatnich czterech meczów sezonu zasadniczego . Niewykluczone również, że Steve już w ogóle nie wyjdzie na parkiety NBA. W końcu obecne rozgrywki były prawdziwym koszmarem dla Kanadyjczyka, który nie mógł cieszyć się zdrowiem nawet przez jeden tydzień. Gdy wracał do gry, to za chwilę pojawiały się nowe urazy lub odnawiały stare. To jest chyba wystarczający dowód na to, że nie można już na nim polegać i liczyć na to, że będzie jeszcze w stanie regularnie brać udział w meczach najlepszej koszykarskiej ligi na świecie. O ile w jego pierwszym sezonie w barwach złota i purpury można było jeszcze zasłaniać się nieszczęśliwym przypadkiem, wieloma problemami w kadrze itd., tak w tym nie ma już żadnego wytłumaczenia dla Steve’a. Ojciec Czas po prostu go dopadł i dwukrotny MVP nic na to nie poradzi.

Nash w przeciągu ostatnich dwóch sezonów wystąpił w sumie w 65 spotkaniach, z czego w 50 pojawił się w poprzednich rozgrywkach. Z kolei już od samego początku obecnych, Steve miał problemy z plecami, przez które zdołał rozegrać tylko sześć meczów na przełomie października i listopada (oczywiście nie licząc preseasonu). Do gry wrócił dopiero w lutym 2014 roku ale na parkiecie pojawił się w nim zaledwie cztery razy, aby następnie znów pauzować przez kolejny miesiąc. Według Mike’a D’Antoniego, Steve miał już nie zagrać w tym sezonie ale były gracz Phoenix Suns postanowił pojawić się jeszcze na ławce rezerwowych w starciu z Washington Wizards. Później jednak znów musiał opuścić tydzień czasu, aby móc zagrać w meczu z Minnesotą Timberwolves. Po nim z kolei grał w kratkę – raz był dostępny do dyspozycji swojego szkoleniowca, a raz nie. Nie da się ukryć, że jego sytuacja zaczęła przypominać operę mydlaną, a fani w Staples Center gdy tylko widzieli go aktywnego, to za każdym razem nagradzali go gromkimi brawami. Zupełnie tak, jakby zobaczyli Boga.

Nie życzę Nashowi źle – wręcz przeciwnie, chcę dla niego jak najlepiej i dlatego myślę, że najlepszym rozwiązaniem dla niego (ze sportowego punktu widzenia), byłoby zakończenie kariery. Udało mu się właśnie wyprzedzić Marka Jacksona i jest to najlepszy moment na to, aby odejść jeszcze z twarzą. Kolejny sezon może być bowiem jeszcze gorszy, a reputacja Nasha może na tym znów ucierpieć. W końcu trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść i znać swoje ograniczenia. Niektórym może to imponować, że Steve się ciągle nie poddaje i teoretycznie z miłości do koszykówki, nie chce się jeszcze rozstawać z NBA. Ale są również osoby, którym ciągłe próbowanie udowodnienia czegoś, pojawianie się w grze raz na miesiąc i schodzenie do szatni co parę minut w każdym meczu, zwyczajnie się już znudziło i zaczyna ich irytować. Bo przecież ileż można?

Steve Nash z drużyną jeszcze podczas preseasonu

Nash nie jest i już prawdopodobnie nigdy nie będzie zdrowy. Dostał zbyt wiele szans na udowodnienie tego, że jest w stanie zagrać kilka spotkań z rzędu, bez większych problemów. Nie ma już chyba żadnych podstaw aby wierzyć w to, że w następnym sezonie będzie lepiej i że tak jak mówił na początku obecnych rozgrywek Mike D’Antoni, Nash może zaliczyć tak samo dobry rok jak w Phoenix Suns. Szczególnie, że swoich urazów Steve nie nabawiał się np. przy kontakcie z drugim zawodnikiem ale podczas zwykłego biegania, rzucania itp. Jego organizm zestarzał się już do tego stopnia, że po prostu nie jest w stanie wytrzymać poziomu NBA. W końcu Nash ma nie tylko 18 sezonów gry za sobą ale także 40 lat na karku. Dla porównania Kobe Bryant, choć został wybrany w drafcie w tym samym roku co Kanadyjczyk, to ma „dopiero” 35 lat, a więc jest w nieco lepszej sytuacji. Steve osiągnął już chyba swoje maksimum i jego ciała nie stać na więcej.

Piszę to wszystko z małym smutkiem, gdyż Nash w ostatnich dziewięciu meczach (a więc od 4 lutego 2014 roku) notował średnio prawie 7 punktów i ponad 6 asyst na mecz, spędzając na parkiecie niecałe 20 minut. To naprawdę niezłe statystyki, choć prawdziwy jego wpływ na występy swoich kolegów, można było dostrzec tylko oglądając mecze. Jeszcze na początku sezonu, w ciągu tych pierwszych sześciu spotkań, Nash był non factorem w zespole. Nie był dynamiczny, nie trafiał wielu łatwych dla niego rzutów i ogólnie było widać, że nie porusza się i nie czuje zbyt dobrze na parkiecie. Brak jego osoby w ogóle nie zaszkodził Jeziorowcom, a nawet wyszedł im na dobre. Steve Blake i Jordan Farmar dostali przez to więcej minut i skutecznie wywiązywali się ze swoich obowiązków, wypełniając lukę po Kanadyjczyku. Tym samym wszyscy szybko zapomnieli o Nashu i tylko przypominali sobie o nim, gdy spoglądali na listę płac i jego 9.7 miliona dolarów, które dostanie za ten sezon.

Gdy jednak ulubieniec Mike’a D’Antoniego wrócił na parkiety w bieżącym roku, to jego gra się zmieniła. Steve wyglądał tak, jakby mówił: „koniec z ostrożnością, przezornością – gram na 110% swoich możliwości i zobaczę co będzie dalej”. Z takim podejściem rozgrywający Lakers zdobył 19 punktów (FG 8-15) i rozdał 5 asyst w starciu z Philadelphią 76ers. Był to jego najlepszy mecz w obecnych rozgrywkach, po którym być może niektórzy liczyli jeszcze na to, że przyda się Jeziorowcom w przyszłości. Zresztą gdyby Steve był tylko zdrowy, to myślę, że mogłoby tak być, a tymi ostatnimi spotkaniami to udowodnił. Niestety ponownie dochodzimy tutaj do sedna sprawy, czyli stanu zdrowotnego byłego partnera z drużyny Dirka Nowitzkiego. Nawet jeśli Nash ciągle potrafi być skuteczny i efektywnie dzielić się piłką, to nie jest w stanie oszukać czasu, wymienić swoich stawów itd. Każdy pojedynczy mecz jest dla niego prawdziwym wyzwaniem, a jego skutki często przewyższają osiągane przez Lakers korzyści.

Marzenia się spełniają. Miałem dużo szczęścia móc grać przez tak długo i cieszyć się z tego – ze sportu, który kocham.

Z tego powodu rozgrywający Lakers w nadchodzące lato powinien na spokojnie zastanowić się nad swoją przyszłością i czy aby na pewno może jeszcze pomóc swojej drużynie. Jeżeli jednak jego kolejny sezon ma wyglądać tak jak obecny, to lepiej byłoby dla niego aby został zapamiętany w historii NBA jako zawodnik, który zajmuje trzecie miejsce na liście najlepiej podających, a nie osoba, która u schyłku swojej kariery, nie potrafiła dograć do końca ani jednego meczu. Steve ma za sobą naprawdę świetną karierę i reputację ale jego ostatnie nieudane powroty do gry, moim skromnym zdaniem wpływają negatywnie na jego wizerunek. Nikt nie ma zamiaru podważać jego osiągnieć w Dallas i w Phoenix, jego świetnych statystyk (14.3 punktów, 8.5 asyst, FG 49%, 3FG 43%, FT 90%), dwóch nagród MVP, ośmiu występów w All-Star Game itd. Każdy fan NBA na pewno docenia jego wysiłek, trud i pracę jaką włożył, żeby znaleźć się wśród najlepszych rozgrywających wszechczasu. Ale przychodzi czas, kiedy trzeba powiedzieć sobie „dosyć” i ruszyć na przód. I dla Steve’a ten czas właśnie nadszedł. Szczególnie, że z pewnością mógłby się dogadać z Mitchek Kupchakiem, co do otrzymania wynagrodzenia za ostatni rok umowy. Tak czy inaczej jego przyszłość jest tylko i wyłącznie w jego rękach, a decyzję o pozostaniu w NBA, poznamy na pewno za kilka miesięcy.

Skomentuj