Co wiemy po pierwszej połowie preseasonu?

Opublikowane przez , 18 października 2014 w Artykuły, Drużyna, 0 komentarzy

Za nami cztery mecze sezonu przygotowawczego w wykonaniu Lakers. Niestety ale mimo dobrego startu, w postaci wygranej nad Denver Nuggets, później już było tylko gorzej, a o ostatnich dwóch porażkach wolelibyśmy pewnie wszyscy zapomnieć. Bilans 1-3 na pewno nie napawa optymizmem i póki co chyba wszyscy bardziej, niż w awans do playoffs, wierzymy w to, że Jeziorowcom uda się wylosować jeden z pierwszych pięciu wyborów w drafcie. I nie ma się temu co dziwić. W składzie co prawda od początku nie ma Nicka Younga, a później z kolei kontuzje dopadły Jordana Clarksona, Jeremy’ego Lina i (niespodzianka) Steve’a Nasha ale przecież trzon zespołu, w postaci Jordana Hilla, Carlosa Boozera, Wesley’a Johnsona i Kobe’ego Bryanta, pozostał ten sam. Wydawać by się mogło, że przynajmniej on będzie grał z meczu na mecz nieco lepiej, a pomiędzy zawodnikami będzie widoczna lepsza chemia i zgranie. Niestety jednak tak nie jest. Nie można także wszystkiego zasłaniać tym, że jest to tylko preseason. Tak mogą mówić tylko drużyny, które mają stały, stabilny skład, a we wcześniejszych latach odnosiły sukcesy w playoffs. Lakers natomiast rozpoczynają wszystko od nowa i teoretycznie powinno im zależeć na dobrych wynikach już na tym etapie rozgrywek – bez względu na prezentowany styl gry. Nawet Jordan Hill to przyznał w ostatnim wywiadzie, a do tego stwierdził również, że po ostatnich przegranych morale w zespole ewidentnie spadły. W przypadku więc ekipy z Miasta Aniołów, mając jeszcze w pamięci preseason sprzed dwóch lat, sezon przygotowawczy ma znaczenie i jeżeli w nim już coś nie gra, to może się to przełożyć na sezon zasadniczy. Oczywiście nie mówię, że tak będzie ale nie można tego wykluczyć i wmawiać sobie, że to tylko październik.

Niestety ale w grze złota i purpury nie widać prawie żadnych zmian. Minęły już dwa tygodnie, a zawodnicy zrobili tylko niewielki postęp w swojej grze. Bardzo liczyłem na to, że będę mógł przygotować dla was jakiś playbook ale po prostu nie ma z czego go zrobić. W ataku Lakers grają właściwie non stop to samo – piłka do Bryanta na low/high post i czekanie co zrobi lider drużyny. Czasami zdarzy się (jak ostatnio), że ktoś postawi mu zasłonę w okolicy linii rzutów osobistych ale głównie oglądamy izolacje i brak ruchu graczy bez piłki. Dlaczego tak jest? Po części z przyzwyczajeń lidera drużyny, a po części z tego, że niektórzy zawodnicy (Boozer, Wes) nie wiedzą co robić przy niektórych setach. Gdy natomiast Black Mamba siada na ławce, to wtedy mamy szansę zobaczyć dwa, praktycznie zawsze te same typy zagrań. Pierwsze to pick & rolle, grane z obojętnie jakiego miejsca na parkiecie (nikt bowiem nie zwraca uwagi na odpowiedni kąt akcji, czy też nie myśli o tym, że potrzebny jest odpowiedni spacing przy tego typu zagrywkach). Drugie to tzw. pin down screens – dwóch zawodników obwodowych nie mających piłki ścina do środka pod kosz, a następnie wybiega po zasłonach wysokich na obwód, natomiast zawodnik z piłką decyduje się do którego z nich podać. Jest to mały element Princeton Offense, gdyż tego typu zagrania są w tej taktyce na porządku dziennym. Problem w tym, że zazwyczaj wiążą się one z większą ilością ruchu, kolejnymi zasłonami, pickami itd. Lakers natomiast kończą je tylko na fazie numer jeden, a do tego nie przynosi im ona żadnych korzyści. Nie pamiętam żebym chociaż raz zobaczył, że po pin down screen któryś z Jeziorowców znalazł się niepilnowany na obwodzie. Ofensywa więc po prostu kuleje i ewidentnie widać, że Byron Scott nie ćwiczy jej zbyt często na treningach. Póki co podobno skupia się on na podstawowych rzeczach, typu zapewnianie odpowiedniego spacingu (chociaż efektów tego nie widać) oraz oczywiście na defensywie, o której napiszę nieco więcej w późniejszej części artykułu.

Na razie jednak chcę się skupić na jeszcze jednej kwestii ofensywnej – trójkach. Byron Scott już po meczu z Denver Nuggets zapowiedział, że chce aby jego drużyna oddawała maksymalnie 15 rzutów w meczu zza łuku (jedna trójka więcej niż najgorsza drużyna pod tym względem w NBA w zeszłym roku – Memphis Grizzlies). Szczerze mówiąc wprowadzanie takich ograniczeń nie uważam za dobry pomysł. Psuje to bowiem płynność drużyny w ataku, a także daje wyraźny znak przeciwnikowi, mówiący o tym, na czym powinien się on skupiać. Do tego ograniczanie trójek w Princeton Offense może po prostu zabić tę ofensywę i spowodować, że będzie ona bezużyteczna. Oczywiście chodzi w niej głównie o zdobywanie punktów spod kosza, za pomocą ścięć, stawianiu wielu zasłon zawodnikom bez piłek itd. To jest podstawa ale jeżeli drużyna przeciwna będzie ją chciała zatrzymać, to będzie musiała zaryzykować i zacieśnić strefę podkoszową (coś w stylu obrony typu box-and-1), powodując tym samym, że gracze na obwodzie będą mieli nieco więcej luzu. Wtedy też teoretycznie powinni oni za każdym razem próbować swoich sił z dystansu. Scott jednak zaszczepił taką mentalność w swoich graczach, że ci aż za często chcą atakować kosz. Przykładowo – Wes otrzymuje podanie na obwodzie i jest zupełnie niepilnowany. Widzi jednak, że biegnie już do niego obrońca. Myśli więc, że minie go na pierwszym kroku, przez co będzie miał później otwartą drogę do kosza i zdobędzie punkty zgodnie z zaleceniami Scotta. Pierwsza część planu się powodzi ale druga już nie, bo spod kosza wybiegają kolejni defensorzy. Co więc robi Wes? Rzuca z dalekiego półdystansu, co jest najgorszym rzutem w lidze, kończy się cegłą oraz być może nawet długą zbiórką i kontratakiem. Niestety ale w dzisiejszej lidze odbieranie graczom możliwości oddawania rzutów z dystansu, ograniczaniu ich do 12-13 na mecz oznacza, że trener po prostu nie jest ich fanem. Fakt, zawodnicy Mike’a D’Antoniego oddawali ich czasami za dużo, szczególnie gdy np. były przez ręce rywali ale póki co, podopieczni Byrona oddają ich zdecydowanie za mało i negatywnie odbija się to na ataku oraz obronie. Dopóki bowiem przeciwnicy nie będą czuli, że Lakers stanowią zagrożenie na obwodzie, dopóty będą oni zacieśniać strefę podkoszową, a to oznacza, że ekipa z Kalifornii nie będzie ani zdobywała punktów w pomalowanym, ani na dystansie.

W meczu z Warrios Lakers oddali aż 48 rzutów z dalekiego półdystansu. Przeciwko Jazz natomiast - 47.

Scott jednak otwarcie przyznał, że nie uważa aby trójki były tym elementem gry, który decyduje o mistrzostwie. Może i ma tutaj racje ale nie oznacza to, że nie są one ważną częścią gry, mającą duży wpływ na sukces danego zespołu. Przykład? San Antonio Spurs. W zeszłym sezonie oddawali oni nieco ponad 21 prób za trzy w meczu (o 3 mniej od Lakers) i udało im się zdobyć mistrzostwo. Nie musieli więc ograniczać się do 10, bojąc się dalekich zbiórek, a tym samym kontrataków. Ofensywa grała tak, jak uważała za stosowne, a do tego Ostrogi nie zapominali o innych, ważniejszych elementach gry (transition defense, pomoc w obronie itd.). Również Miami Heat w rozgrywkach 2012-13 oddawali około 22 próby na mecz i wygrali mistrzostwo. Być może więc trójki nie są najważniejsze w taktyce ale na pewno odgrywają istotną rolę w grze zespołu. Na Scotta więc już spadła ogromna fala krytyki za takie podejście, szczególnie po dwóch ostatnich meczach, w których to Jeziorowcy trafili zero trójek na osiem oddanych prób (zero prób z rogów, które są najbardziej efektywne). Byron wierzy jednak, że wraz z powrotem do gry Nicka Younga, Jeremy’ego Lina oraz Ryana Kelly’ego, zmieni się to i zespół będzie lepiej spisywał się na dystansie i oddawał te 12-13 prób w jednym spotkaniu. Problem jednak w tym, że jest to ciągle mało, a Byron po prostu ma zbyt oldschoolowe podejście do tego sportu. Czasami jest to dobra rzecz (np. jeżeli chodzi o trening kondycyjny, zwracanie uwagi na defensywę) ale w tym wypadku, wydaje się że Scott po prostu został z tyłu za innymi trenerami i nie śledził uważnie tego, co działo się ostatnio w lidze, a jego zespół gra jakby był rok 1978.

Zostawmy już jednak ten temat, bo na pewno w przyszłości będziemy poświęcać mu jeszcze wiele czasów. Przejdźmy zatem do obrony, która jak już wiemy – jest priorytetem dla Scotta. Trudno będzie jednak ją ocenić, mając na uwadze różne piątki, którymi ostatnio grali Lakers. Na pewno Jeziorowcy pokazali się z dobrej strony przeciwko Nuggets, gdzie grali agresywnie, rozsądnie i stanowczo. Później jednak było już coraz gorzej, a piątka Hill-Boozer-Johnson-Bryant-Lin (Nash) nie radziła sobie z podstawowymi graczami Warriors, którzy w pierwszych i trzecich kwartach spotkań rozgrywanych przeciwko Lakers, zdobywali grubo ponad 30 oczek. Wymienieni przeze mnie zawodnicy są teoretycznie najbardziej ze sobą zgrani ale w ogóle nie było tego nie widać po nich na parkiecie. Nadal brakuje schematu krycia pick & roli rozgrywanych z boku, zawodnicy podkoszowi często nie potrafią zablokować rywalowi dostępu do kosza, a niektórzy nawet (tak jak Julius Randle) wyglądają po prostu na zagubionych. Defensywa więc (tak jak i atak) kuleje, a średnia ponad 118 punktów traconych w trzech ostatnich meczach jest tego dowodem. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak chyba to, że pierwsza „piątka” nie czyni takich postępów, jakie chcielibyśmy oglądać. Można usprawiedliwiać gorszą dyspozycję graczy z drugiego, czy nawet trzeciego garnituru ale Kobe i spółka akurat powinni spisywać się tutaj lepiej. Zastanawiam się też, czy Scott ma jakiś plan w obronie, czy po prostu jego treningi polegają tylko na powtarzaniu tego, że trzeba wywierać presję na rywalu, pomagać sobie w obronie i biegać od jednej strony parkietu do drugiej.

Jeżeli chodzi o skrytykowanego po części przeze mnie Randle’a, to tak jak pisałem wyżej oraz tak jak mówi to regularnie Scott – Julius wygląda na zagubionego. Czasami nie wie jaką zagrywkę grają Lakers, w obronie jest najbardziej ze wszystkich Jeziorowców spóźniony w pomocy, a do tego ogólnie nie pokazał nic nadzwyczajnego w tym preseasonie. Widać, że ma problemy z wkomponowaniem się w drużynę ale myślę, że każdy się tego spodziewał i jeszcze nie raz będziemy go takiego oglądać w meczach. Na pewno jednak nie zasłużył jeszcze na to, aby wychodzić w pierwszej piątce. Przed Randle’em wciąż jest jeszcze długa droga i po prostu miejmy nadzieję na to, że Kobe i Byron pomogą mu rozwinięciu swojej gry oraz dodadzą mu nieco pewności siebie. Jak na razie nic innego nam nie pozostaje.

Kobe Bryant wyglądał naprawdę nieźle w tych pierwszych meczach Lakers

Przywołałem przed chwilą Bryanta więc chyba pora poświęcić mu parę słów. Co mogę jednak powiedzieć? Chyba wszyscy widzieli jego formę w ostatnich czterech spotkaniach. Wygląda najlepiej ze wszystkich Jeziorowców. Wygląda jak Kobe sprzed dwóch/trzech lat. Vino jest dynamiczny, płynny w swoich ruchach i nie widać po nim aby miał jakiekolwiek obawy co do swojego Achillesa lub kolana. Jest pewny siebie i takie też podejmuje decyzje na parkiecie. Rzut wygląda całkiem dobrze, do pracy nóg też nie można się przyczepić – po prostu Kobe wrócił. Jest tylko jedna rzecz w jego grze, która chyba się już nie zmieni – wejścia pod kosz, a właściwie ich brak. Póki co Black Mamba bazuje głównie na różnego rodzaju rzutach z półdystansu. Wejść pod kosz lidera złota i purpury można natomiast policzyć na palcach jednej ręki. Co to oznacza? Prawdopodobnie to, że Bryant stracił nieco „pierwszy krok”. Choć jest dynamiczny w tym co robi, tak nie jest już tak samo szybki jak kiedyś i chyba już taki nie będzie. Spodziewam się więc, że przez cały sezon będzie operował blisko kosza, na półdystansie i skupiał się na głównie na rzutach, a nie wejściach w strefę pomalowaną i zakończeniu akcji layupem. Osobiście jednak mnie to nie martwi. Było przecież wiadomo, że Bryant będzie musiał nieco zmienić swój styl gry. Oczywiście trzeba się liczyć z tym, że pewnie czasami będą mu się zdarzały mecze, gdy trafi tylko 5 na 15 oddanych rzutów ale jest to chyba coś, z czym po prostu będziemy musieli żyć. Tak czy inaczej Bryant wygląda dobrze, świetnie się porusza po parkiecie i nie widać po nim śladu kontuzji. Widać za to raczej to, że po prostu ma już 36 lat na karku oraz 18 sezonów gry w NBA za sobą.

Po opisaniu najważniejszych elementów Lakers, pora przejść do głównego pytania: a więc co wiemy na temat Jeziorowców po tej pierwszej części sezonu przygotowawczego? Szczerze mówiąc – niewiele. Wiadomo, że Bryant gra na wysokim poziomie i że Randle ma przed sobą długą drogę do stania się All-Starem w tej lidze ale nie wiadomo dokąd zmierzają obecni Jeziorowcy. Tempo rozwoju tej ekipy jest naprawdę okropne. Nie widać nowych rozwiązań w ofensywie, a raczej ciągle te same, lekko modyfikowane schematy. Brakuje lepszej z meczu na mecz defensywy oraz nowych założeń w kryciu niektórych zawodników (np. w meczu Jazz jedyną nowością, którą zobaczyłem, było hedgowanie przez Carlosa Boozera pick & roli rozpoczynających się na środku obwodu). Spacing jest zły (często trzech zawodników stoi zbyt blisko siebie), Carlos Boozer nie wie czasami co ma ze sobą zrobić, a Wes Johnson udowadnia, że lepszy już nie będzie. W obronie często brakuje większej wytrwałości w kryciu, zaangażowania oraz po prostu umiejętności. Czy jednak można oceniać Jeziorowców bez uwzględnienia wszystkich kontuzji? I tak, i nie.

Dlaczego tak? Dlatego, że zespół bez Nicka Younga radzi sobie od początku preseasonu, Steve Nash nigdy nie był pewną opcją (i nie wierzę, że ktoś miał nadzieję na to, że będzie inaczej), a Ryan Kelly przecież miał nawet nie mieć miejsca w rotacji Byrona Scotta. Poza tym będąc osłabionym zespołem można przegrywać spotkania ale nie różnicą 15 oczek każde. Tymczasem Lakers przegrali wszystkie swoje mecze odpowiednio 15, 41 oraz 33 punktami. To zwyczajnie świadczy o tym, że coś nie gra. Nie wiem czy to przez zbyt wymagające treningi Scotta, czy przez to, że do gry wprowadza jednocześnie elementy Princeton Offense oraz Triangle Offense (chociaż są one tylko podstawami), lub po prostu robi to nieefektywnie. Zawodnicy jednak albo nie mają sił w nogach i po prostu stoją i się przyglądają akcjom, albo wyglądają na zagubionych i nieco przygaszonych. Dotyczy to nawet pierwszej piątki, w której nie widać odpowiedniej chemii.

Kto znajdzie swoje stałe miejsce w rotacji Lakers? Tego na razie nie wiadomo

Dlaczego nie? Bo drużynie na pewno brakuje wejść pod kosz Jeremy’ego Lina i zagrań typu drive & kick, atletyzmu Jordana Clarksona oraz zdolności Xaviera Henry’ego. Niestety ale w ostatnim starciu z Jazz, musieliśmy oglądać Keitha Applinga, na którego po prostu nie dało się patrzeć, Jabariego Browna czy Roscoe Smitha, a więc zawodników, którzy raczej pożegnają się z zespołem przed rozpoczęciem sezonu. Do tego niektórzy podejmują albo niezrozumiałe decyzje albo popełniają błędy w ataku (Carlos Boozer, Julius Randle, Wesley Johnson), przez co nie można ocenić dokładnie efektywności danego seta.

Podsumowując więc trudno jest ocenić obecny zespół. Osobiście daję Byronowi oraz jego podopiecznym jeszcze czas – przynajmniej do pierwszego meczu sezonu zasadniczego. Na pewno jednak nie wygląda to wszystko obiecująco, a kolejne rozczarowujące porażki nie polepszą obrazu Jeziorowców ani też nie poprawią morale w zespole. Lakers muszą w końcu zacząć przypominać drużynę i to po obu stronach parkietu. W ataku Carlos Boozer musi zostać bardziej włączony w ofensywę zespołu, a Wesley Johnson lepiej czytać defensywę rywali. Ogólnie natomiast zawodnicy muszą więcej biegać bez piłki, stawiać twardsze i dokładniejsze zasłony i być skuteczniejsi. W obronie z kolei mam nadzieję, że zobaczę wkrótce pewne założenia taktyczne, a nie tylko starania się graczy złota i purpury. Kontuzjowani, czy nie – Lakers muszą wskoczyć na wyższy poziom, a przynajmniej podstawowi gracze zespołu, którzy będą rozpoczynać i kończyć spotkanie w nadchodzącym sezonie.

Skomentuj