Co czeka Lakers w pierwszym miesiącu rozgrywek?

Opublikowane przez , 26 października 2016 w Artykuły, Zapowiedzi, 0 komentarzy

Los Angeles Lakers rozpoczynają kolejny, już 71 sezon National Basketball Association. Nie będzie on wcale należał do łatwych dla tych młodych graczy, tym bardziej, że terminarz od samego początku jest dosyć wymagający. Zresztą ciężko mówić o łatwych rywalach na arcytrudnym Zachodzie. Konferencja Zachodnia, a Wschodnia to dwie zupełnie różne bajki, a dysproporcje w ekipach pomiędzy dwoma wybrzeżami Stanów Zjednoczonych w ostatnich latach jeszcze bardziej się powiększyły. Na szczęście dla Russella, Randle’a, Ingrama i paru innych „młokosów” tym razem poprowadzi ich trener z nowej ery. Nie żyjącymi przeszłością Byron Scott, czy Mike „no defense” D’Antoni ale Luke Walton – trener z wizją. Właściwy człowiek, na właściwym miejscu. Jednakże nie oczekujmy od niego sukcesów już tu i teraz. Awans do playoffs to byłby cud w przypadku obecności tak naszpikowanych gwiazdami wielu rywali. Ci Lakers muszą się zaznajomić z systemem Waltona. Muszą wprowadzić do gry potencjalną, przyszłą gwiazdę Ingrama, a dopiero później można myśleć o sukcesach. Pierwszym sprawdzianem dla nich będzie początek sezonu, który niestety zapowiada się niezwykle ciężko.

W ostatnich dniach października i w listopadzie Jeziorowców czeka w sumie aż 20 spotkań, z czego 11 meczów zostanie rozegranych przeciwko ekipom, które grały w zeszłym roku w playoffs. Na dodatek aż trzy razy rywalem Lakers będą Golden State Warriors, czyli ostatni finaliści. Jednak zacznijmy od tego co czeka ich pod koniec października. Mecz otwarcia to będzie starcie z Houston Rockets, którzy w ostatnich sezonach byli ekipą znienawidzoną w Los Angeles, głównie ze względu na obecność Dwighta Howarda. Lecz D12 tego lata odszedł do swojej rodzinnej Atlanty, a do Staples przyjedzie zupełnie inny team, prowadzony przez starego znajomego Jeziorowców – Mike D’Antoniego. Co to oznacza? Ni mniej, ni więcej to, że ekipa z Teksasu będzie grać piekielnie szybko, bez defensywy (tu na pewno wykaże się Harden) ale za to z ochotą na zdobywanie dużej ilości punktów. Na pewno wiele zmian zostało wykonanych na plus i wydaje się, że Rockets mogą znów znaleźć się w czołówce ligi. Wszak Ryan Anderson, Tyler Ennis czy Eric Gordon to gracze idealni w obecnych czasach NBA. Powinni sprawdzić się jako wolni strzelcy, obok lidera drużyny – Jamesa Hardena. Na sezon zasadniczy na pewno to wystarczy, ale czy na playoffs? W to już raczej wątpię. Jednak jak będzie, pokaże sezon. Na pewno pierwszy mecz w Staples będzie obfitował w zdobycze punktowe, bo Lakers w swoim składzie także mają kilka strzelb dystansowych.

Po meczu otwarcia Jeziorowcy wyruszą w trasę wyjazdową po środkowej części Stanów Zjednoczonych. 28 października podejmą Utah Jazz, a więc ekipę równie młodą i naszpikowaną byłymi gwiazdkami uniwersyteckimi. Z tą tylko różnicą, że drużyna z Salt Lake City latem dokonała ważnej wymiany na pozycji numer 1, a więc kluczowej w ostatnich sezonach NBA. Do składu dołączył George Hill, były zawodnik Spurs i Pacers, za którego Jazz oddali swój 12 pick w drafcie. Koszt niewielki, a ta postać może okazać się kluczowa dla losów teamu, marzącego o powrocie do playoffs. Ponadto dodano także weterana Borisa Diaw, kolegę z reprezentacji Francji Rudy’ego Goberta oraz Joe Johnsona. Wszystko po to, aby sukces nastąpił już w tym roku, a Gordon Hayward dwa razy zastanowił się nad odejściem z ekipy. Jazz mają więc bardzo mocny skład. Jest on co prawda bardziej zróżnicowany wiekowo niż rok temu, ale wciąż najwięcej zależy od tych najmłodszych. W końcu lider ekipy Hayward to dopiero 26-latek, a z kolei jego kolega – Derrick Favors jest tylko o rok młodszy. To będzie ważny sezon dla Utah, bowiem to właśnie w nim zadecyduje się przyszłość ich gwiazdy. Awans do rozgrywek posezonowych to minimum jakie muszą osiągnąć, a na Zachodzie będzie o to niezwykle ciężko. Stąd też mecz z Lakers to będzie dla nich must-win.

D'Angelo Russell w wyjazdowym spotkaniu Lakers z Jazz

Dwa dni po pojedynku w najgłośniejszej hali NBA – Energy Solutions Arena, Lakers pojadą do równie głośnej Cheesapeake Arena. To znaczy, że ich rywalem będzie team najbardziej zraniony latem 2016 roku, czyli Oklahoma City Thunder. Rzadko bowiem jakikolwiek lider odchodzi w swoim „primie” do jednego z największych rywali. Widzieliśmy to w 2010 roku, kiedy James zostawił Cavs w poszukiwaniu mistrzostwa w Heat i oglądamy to też teraz, kiedy Durant przeniósł swoje talenty do Oakland. Kibice mu tego nie wybaczą, choć nie był to tak abstrakcyjny przypadek jak Lebrona, który wychował się blisko Cleveland i obiecywał wszystkim, że nigdy ich nie zostawi. Jednak w przypadku Duranta także doszło do masowego palenia koszulek i nie zdziwiłbym się jakby w przypadku starcia Thunder z Warriors, doszło do gorszego przywitania niż to, które miał King James w Cleveland. Wszak Cheesapeka Arena potrafi być naprawdę głośna. Wracając jednak do samego spotkania Lakers z Thunder, to po odejściu Duranta wiele się nie zmieni. Dalej to faworytem będą gospodarze, którzy w zamian za Ibakę pozyskali Victora Oladipo i Ersana Ilyasovę. Zyskali tym samym dwóch dużo pewniejszych strzelców dystansowych niż naturalizowany Hiszpan. Ponadto więcej minut po odejściu Serge’a dostawać będą Steven Adams i Enes Kanter, którzy są dużo lepsi w ataku niż wyżej wymieniony podkoszowy. Koniec końców jednak Thunder to zespół, który będzie uzależniony od formy jednego gracza – Russella Westbrooka. Jeśli wzniesie się on na swoje wyżyny, to być może Oklahoma zdoła jeszcze sporo namieszać w tym sezonie. W innym przypadku awans do playoffs to ich absolutne maksimum.

W podobny sposób co Thunder, zależni od swojej gwiazdy są Pacers, czyli kolejny rywal Lakers. Z tą tylko różnicą, że Paul George od czasu powrotu po feralnej kontuzji cały czas otrzymuje coraz większe wsparcie w postaci nowych transferów. Larry Bird marzy o powrocie na szczyt Konferencji Wschodniej i ma to się udać już w tym roku. W końcu George zeszły rok potraktował typowo treningowo, a i tak udało im się awansować do fazy posezonowej, gdzie jak równy z równym walczył z Toronto Raptora, a więc drugą siłą Wschodu. Teraz po dodaniu do składu Jeffa Teague’a (w zamian za George’a Hilla), Thaddeousa Younga, Ala Jeffersona i Aarona Brooksa, ten team ma powalczyć o tytuł. Przynajmniej w Konferencji. Lecz o to będzie niezwykle ciężko, gdyż faworytem pozostają Cleveland Cavaliers. Nie oznacza to jednak, że Pacers są bez szans. Mają świetny zespół, nowego trenera i bardzo zdeterminowanego prezydenta, który nie spocznie dopóki Indiana nie zdobędzie tytułu. Mimo to, wszystko tak naprawdę spoczywa na barkach George’a. Czy ten sezon to będzie dla niego przełom po niezwykle ciężkim urazie? Wydaje się, że jak nie teraz to nigdy. Przynajmniej w Indianie. Bądź co bądź, zawsze może okazać się, że Paul zdecyduje się na powrót do domu, czyli Los Angeles. A jeśli nie wygra niczego z Pacers, to nie można wykluczyć, że nie zrobi tego już za dwa lata, kiedy to będzie mógł zrezygnować z kontraktu i stać się wolnym agentem.

Po starciu w Indianapolis Lakers zagrają back-to-back z Hawks, czyli nową ekipą Dwighta Howarda. Atlanta doznała wielu osłabień podczas tegorocznego offseason. Poza Teague’m stracili także Ala Horforda, który wybrał Boston Celtics. W zamian pozyskali starzejącego się, naznaczonego wieloma urazami centra, nie potrafiącego rzucać wolnych i który nie dominuje już w polu trzech sekund taki sam sposób jak kiedyś. Czy to był dobry ruch? Raczej nie, ale włodarze Hawks musieli wykonać jakiś w obliczu odejścia Horforda, a Howard był najlepszą dostępną opcją na rynku. A do tego wszystkiego jest przecież człowiekiem pochodzącym ze stanu Georgia. Urodził się w Atlancie i cały czas marzył o powrocie do swojego rodzinnego miasta. Być może tu się odbuduje i razem z Paulem Milsapem stworzy zabójczy duet podkoszowy, a młody Dennis Schroeder będzie mu z niezwykła precyzją podrzucał piłki na alley-oopa. Nie można również zapomnieć o tym, że Jastrzębie mają dalej w swoim składzie maszynkę do rzutów z dystansu, czyli Kyle’a Korvera. Wspólnie z Howardem może on stanowić nieziemskie duo. Przecież to właśnie otoczony strzelcami były center Magic doszedł do Finałów NBA w 2009 roku, jako ostatni nie mający obok siebie innej supergwiazdy. Czy ta sytuacja może się powtórzyć? Ciężko coś takiego prorokować. Na pewno Atlanta będzie faworytem w starciu z zmęczonymi trasą wyjazdową graczami Lakers, a także jednym z głównych pretendentów do wygrania dywizji South-East.

Jordan Clarkson w starciu z Kyle'em Korverem w meczu Lakers vs Hawks

4 listopada 16-stokrotni mistrzowie ligi w końcu wrócą do domu, na drugi mecz w Staples Center. I od razu otrzymają na głowę zimny, jak nie lodowaty prysznic. Ich rywalem będzie nie kto inny, jak główny faworyt do wygrania całej ligi, naszpikowana gwiazdami wzdłuż i wszerz, ekipa Golden State Warriors. Dla nowego zespołu Kevina Duranta będzie to co prawda niezwykle ciężki okres, bowiem starcie z Jeziorowcami to back-to-back po pojedynku z Oklahomą, ale i tak faworyt starcia obu drużyn może być tylko jeden. Z drugiej strony może to być szansa dla Lakers aby sprawić nie lada sensację i zepsuć nastroje fanom w Oakland. Jednak nie powinniśmy chyba liczyć na cud. Durant to tylko jeden gracz. On może mieć gorszy dzień, być psychicznie „zniszczony” po starciu z Thunder. Lecz są jeszcze Curry, Thomphson, Green, Iguodala. Jest także cała masa nowych graczy zadaniowych, takich jak Javalee McGee, Zaza Pachulia i David West, którzy mają załatać dziurę m.in. po odejściu Andrew Boguta. Do tego wyjęty w drafcie z 38 numerem (od Milwaukee) Patrick McCaw to prawdziwe srebro, o czym można było przekonać się w trakcie preseasonu. Być może jeszcze w tym sezonie tego nie udowodni, ale to gracz z wielką przyszłością. A do tego wszystkiego są jeszcze przecież Shaun Livingston, Ian Clark i Kevon Looney. Warriors mają odpowiedź na każdą zagrywkę Lakers, co było widać w trakcie jednego ze spotkań przygotowawczych, kiedy starterzy z Oakland prowadzili nawet 40 punktami z ich vis-a-vis z Miasta Aniołów. W tym meczu o zwycięstwo będzie niezwykle ciężko. To będzie zadanie z cyklu tych niemożliwych do wykonania, ale to przecież sport i wszystko się może zdarzyć.

Mecz z Warriors będzie początkiem serii domowych spotkań. Dwa dni później do Los Angeles przyjedzie kolejny rywal z dywizji – Phoenix Suns. Lakers od lat toczą zaciekłe boje z tą ekipą. Kiedyś oba kluby były na szczycie, teraz powoli odbudowują się dzięki rozwojowi młodych graczy. Wydaje się jednak, że to Słońca szybciej wrócą do czołówki, głównie za sprawą eksplozji talentu Devina Bookera. To on był głównym powodem sprzedania Isaiaha Thomasa oraz Gorana Dragica i teraz wydaje się, że ktoś z dwójki Brandon Knight/Eric Bledsoe również będzie musiał pożegnać się z teamem. No chyba, że pogodzi się z rolą rezerwowego. 19-letni Booker to prawdziwa sensacja ubiegłego sezonu, a w tegorocznym preseason pokazał, że to będzie jego rok. Oglądanie go w starciu z Blazers to jak czytanie poezji – 15/24 z gry i 34 punkty. Później doznał co prawda skręcenia kostki i nie był już tak zabójczo skuteczny, ale poprowadził Suns do zwycięstwa w pojedynku z Lakers. Mecz, który odbędzie się 6 listopada zapowiada się więc jako kolejne arcyciekawe spotkanie dwóch kandydatów do nagrody Most Improvement Player, czyli Bookera i Russella. Obaj grają na ten samej pozycji i zapewne będą atakować siebie nawzajem.

Na koniec domowego trypletu podopieczni Luke’a Waltona rozegrają spotkanie z Mavericks – drużyną całkowicie odmienioną, która dalej opiera się głównie na fenomenie Dirka Nowitzkiego. Niestety Niemiec swoje najlepsze lata ma już za sobą i wydaje się, że nawet sprowadzenie Andrew Boguta, czyli świetnego shot-blockera i Harrisona Barnesa, niewiele pomoże ekipie Marka Cubana. Trzeba jednak przyznać, że pierwsza piątka Dallas na papierze prezentuje się znakomicie. Deron Williams jako rozgrywający, może nie jest już pierwszej młodości, ale dalej ma pewną rękę na dystansie. Na pozycji numer dwa znakomity obrońca i jeszcze lepszy strzelec – Wesley Matthews. Jako niski skrzydłowy gra tutaj Harrison Barnes czyli mistrz NBA z 2015 roku, który powinien wznieść się na wyżyny po odejściu z Warriors. Później mamy Dirka Nowitzkiego i na centrze Andrew Boguta, który ma tylko 31 lat i jeśli jest zdrowy, to stanowi zaporę nie do przejścia w drugiej linii obrony. Wszystko to brzmi nieźle, ale jeśli spojrzymy na ławkę rezerwowych, to nie jest już tak kolorowo. Devin Harris swoje najlepsze lata gry ma za sobą. J.J. Barea to co daje w ataku, traci w obronie. Natomiast Salah Mejri na razie jeszcze nie pokazał, żeby nadawał się do NBA, a w obliczu przyspieszenia tempa gry, wydaje się, że to nigdy nie nastąpi. Jedyna nadzieja w Curry’m. Z tą tylko różnicą, że to nie Steph, a Seth – znacznie mniej uzdolniony młodszy brat. Dallas 2016/17 to wielka niewiadoma. Zespół opiera się właściwie tylko na pięciu graczach. W takiej lidze jak NBA nie da się wygrywać co drugi dzień, nie mając odpowiednich zmienników. Nie zdziwiłbym się więc, gdyby Mark Cuban szukał podczas sezonu jakichś poważniejszych wzmocnień. No chyba, że zamierza spisać na straty ostatnie lata gry Dirka i poczekać aż ten odejdzie na emeryturę.

Devin Harris wchodzący pod kosz w konfrontacji z Lakers

Po meczu z Dallas, Lakers czeka kolejny mini-tour po kraju. 10 listopada zawitają do stolicy Kalifornii, gdzie zmierza się w nowej hali Sacramento, z miejscowymi Kings. Dla Króli będzie to początek nowej, w ich mniemaniu lepszej ery. Jednakże wydaje się, że jeśli nie dokonają rozsądnej wymiany za Rudy’ego Gaya, to tak naprawdę nic lepszego ich nie czeka. Dalej będą tą samą przeciętną ekipą z charyzmatycznym liderem – DeMarcusem Cousinsem, który jednego dnia potrafi porwać, a drugiego sprawić, że trenerzy i kibice wyrywają sobie włosy z głowy. Oprócz Timberwolves jest to team, który najdłużej czeka na playoffs. Nie sądzę aby w tym sezonie się to zmieniło. Nie dlatego, że to słaba drużyna. Po prostu na Zachodzie jest dużo silniejszych ekip, lepiej poukładanych i po prostu zdecydowanie bardziej gotowych na walkę o mistrzostwo niż Kings. Sacramento zamiast budować klub wokół młodych graczy, wciąż sprowadza tych, którzy się nie sprawdzili w innych miejscach. W składzie widnieją gracze wypaleni, tacy jak Rudy Gay, Ty Lawson, Darren Collison czy Aaron Afflalo. Jeśli z nimi uda się Cousinsowi i spółce zająć ósme miejsce na Zachodzie, to będzie to największy cud widziany w amerykańskim sporcie. Myślę, że obecnie nawet szanse Jeziorowców są wyżej wyceniane. Zapowiada się więc całkiem wyrównany pojedynek przeciętnych drużyn, które kiedyś stanowiły o sile Konferencji Zachodniej. I choć to tylko melodia przeszłości, tak myślę, że kibice w Sacramento nie zmienią swojego nastawienia. To z pewnością będzie mecz podwyższonego ryzyka, ale wydaje się, że nawet pomimo grania w obcej hali, to Jeziorowcy są faworytem.

Po wizycie w północnej części Kalifornii, na kolejny mecz ekipa Luke’a Waltona uda się do Luizjany. Pelicans niewiele zmienili się od zeszłego sezonu. Dodali do składu utalentowanego skrzydłowego z Indiany Solomona Hilla oraz byłego gwiazdora Pacers – Lance’a Stephensona. W drużynie wciąż brakuje typowych strzelców, a cała gra pewnie znowu opierać się będzie na postawie Anthony’ego Davisa. Jeśli ten będzie zdrowy, to New Orleans mogą powalczyć o czołową ósemkę. Jednakże ostatnio kontuzje go nie omijają i dlatego Alvin Gentry nie może być spokojny. Gdy wypadnie mu z gry gwiazdor, to nie ma on go kim zastąpić, a pewność siebie pozostałych zawodników spada do zera. Kiedy Davis gra przeciętnie, reszta także nie potrafi przejąć kontrolę nad spotkaniem. I dlatego właśnie preseason w ich wykonaniu, był totalną klapą (tylko jedno zwycięstwo). Czy to stawia w roli faworyta w tym spotkaniu Lakers? Wszystko zależy od meczów przed tą konfrontacją oraz nastawienia obu ekip. Jeśli któraś z nich będzie w dołku, to wtedy druga powinna bez problemów sobie poradzić z rywalem. Są to teamy chimeryczne, przeciętne jak na standardy ligowe i wiele będzie zależeć od detali. Zarówno Pelicans jak i Lakers nie są wskazywani jako faworyci do walki o playoffs, ale sytuacja może się zmienić w trakcie sezonu.

Po starciu z New Orleans, koszykarze z Miasta Aniołów od razu polecą do Minnesoty. Będzie to ich ostatni pojedynek w trakcie krótkiej trasy wyjazdowej, ale niezwykle ważny. W końcu to starcie z rywalem pokroju Jeziorowców. Młody team, bardzo perspektywiczny, który planuje powrót do elity. Timberwolves są o krok przed graczami Waltona, ponieważ Towns, Wiggins czy LaVine zdobyli już uznanie w lidze, a Clarkson, Russell i Randle’a swoje muszą dopiero wywalczyć. Będzie to na pewno świetny mecz na udowodnienie swojej wartości i zaprezentowanie się w starciu back-to-back. Wiele będzie też zależeć od weteranów, których więcej jest po stronie Lakers. To właśnie jeden z nich – Loul Deng będzie miał najtrudniejsze zadanie do wykonania, a mianowicie powstrzymanie Andrew Wigginsa. Jeziorowcy nie mogą też dać się wciągnąć gospodarzom w ich szybką grę, gdyż w swojej hali Timberwolves są w tym elemencie niebywale skuteczni. Ich przejścia do kontrataków, a nawet rzuty z dystansu w kontrze, to coś bardzo przyjemnie się ogląda. Lakers także mają wiele do zaoferowania pod tym względem, lecz wydaje się, że właśnie w tym konkretnym spotkaniu powinni nieco zwolnić grę.

Towns w bezpośrednim pojedynku z Nance'em Jr. (Lakers vs Timberwolves)

Dwa dni później młodzież Waltona zagra swój kolejny mecz ale tym razem w Staples Center. Rozpocznie tym samym serię spotkań (cztery mecze z rzędu) we własnej hali. Na starcie Lakers dostaną łatwego rywala, chyba najsłabszy team na Wschodzie – Brooklyn Nets. Najlepszym graczem tej ekipy jest center Brook Lopez, który jednak musi polegać na kolegach, dogrywających mu piłkę, a ci odstają zdecydowanie od reszty ligi. Jedyną wyróżniającą się postacią jest Jeremy Lin, skądinąd były gracz Jeziorowców, który ostatnio porywał kibiców w Charlotte. Teraz ma wraz z Lopezem stworzyć skuteczny duet w tej gorszej części Nowego Jorku. Ciężko jednak będzie tego dokonać bez defensywy. Ani Lin, ani Lopez nie słyną z dobrej obrony, a ten ostatni jest nawet deprecjonowany jako center, gdyż bardzo słabo zbiera i nie potrafi zastawiać rywali. Jako wsparcie dla tej dwójki służyć mają Bojan Bogdanović, Randy Foye czy Grevis Vazquez, a więc typowi gracze zadaniowi, z których tylko ten ostatni potrafi sobie sam wykreować rzut .Reszta natomiast czeka na wolne pozycje i biega po zasłonach. Jak widać jest to więc zespół bardzo przewidywalny i tegoroczny preseason potwierdził, że jedyne o co będzie walczył to wybór w drafcie 2017 roku.

Kolejny przeciwnik, który pojawi się w Staples Center to drużyna zgoła odmienna od Nets. Przede wszystkim jest kompletna, a być może i nawet groźniejsza od Warriors, ponieważ potrafi zdecydowanie lepiej wykorzystywać słabości rywali, a nie bawić się grą tak, jak to robią mistrzowie z 2015 roku. Mowa oczywiście o San Antonio Spurs, którzy są bezwzględni i zimnokrwiści. Udowodnili, że po odejściu Tima Duncana mogą być jeszcze lepsi, rozbijając w meczu otwarcia wspomnianych graczy z Oakland różnicą aż 29 punktów (i to na wyjeździe!). Aldridge i Leonard są w tym roku jeszcze bardziej zgrani i mają wokół siebie całą masę świetnych graczy zadaniowych takich jak Pau Gasol, Patty Mills czy Manu Ginobili. Nie można też zapominać o Tony Parkerze, który wciąż nie zatracił jeszcze swojej szybkości, a do tego poprawił rzut z dystansu. No i jest jeszcze wspaniale zmobilizowana ławka rezerwowych, która zdemolowała swoich vis-a-vis z Golden State 53-16. Jednak to co najlepsze, Spurs mają poza parkietem. To właśnie Greg Poppovich jest architektem sukcesów tej ekipy. To on sprawił, że San Antonio rokrocznie awansują do playoffs i w każdym sezonie notują ponad 50 wygranych. Pięć wygranych tytułów mistrzowskich to nie lada wynik, a wydaje się, że ten szósty wcale nie musi być w sferze marzeń, nawet po tym jak Durant dołączył do Warriors. Spurs są niezwykle mocni i 18 listopada przyjadą do Staples Center tylko i wyłącznie po wygraną. Lakers będzie ciężko im w tym przeszkodzić. Ba! Oni po prostu nie mają żadnych atutów aby tego dokonać. No chyba, że z pomocą przyjdzie im sam Pop, który lubi oszczędzać swoich najlepszych graczy w meczu ze słabymi rywalami.

Dwa dni po pojedynku z Ostrogami, do Miasta Aniołów przyjedzie drużyna Byków, która bardzo się zmieniła latem tego roku. W ich składzie nie ma już Derricka Rose’a, Pau Gasola, Joakima Noah czy Mike’a Dunleavy’ego. Są za to Robin Lopez, Rajon Rondo, Michael-Carter Williams i Dwayne Wade. Cały obwód Bulls, gdy dodamy do tego Jimmy’ego Butlera, ma jednak jeden wielki problem – nie stanowi zagrożenia na dystanse. Ciężko więc będzie przebić im się przez pierwszą linię obrony, gdy wszyscy będą raczej spodziewać się penetracji. Jednakże szybkość Rondo, a także niebywały spryt Wade’a na pewno zaprocentują. Chicago marzy się powrót do playoffs i na Wschodzie mogą tego dokonać, lecz powrót na szczyt Konferencji, w ich przypadku jest raczej niemożliwy. Ich ławka rezerwowych jest zbyt krótka, aby mogli pomarzyć o czymś więcej niż czołowa ósemka. Starcie z Lakers zapowiada się na całkiem wyrównane, tym bardziej, że Byki będą wówczas w trakcie serii wyjazdowej po „Dzikim Zachodzie” i na pewno będą niezwykle zmęczeni po pojedynkach z Blazers, Jazz oraz Clippers. Z tymi ostatnimi zagrają dzień przed Lakers, a mecz back-to-back dla Wade’a czy Rondo, którzy mają już wiele przebieganych kilometrów po parkietach NBA, będzie nie lada wyzwaniem. W związku z tym idealnym planem na to spotkanie będzie przyspieszenie gry i zabieganie wymęczonych rywali.

Mecz Lakers z Bulls będzie jednym z ostatnich w listopadzie

Na sam koniec serii spotkań u siebie Lakers zagrają 22 listopada z Oklahomą City Thunder, co będzie to rewanżem za starcie z 30 października. Natomiast już dzień później rozpoczną dwumecz z Golden State Warriors. Będą to trzy niezwykle ciężkie mecze, z których dwa Lakers zagrają u siebie. Nie oznacza to jednak, że będzie im łatwiej, gdyż Oklahoma czy Golden State to najwyższa światowa półka i urwanie choćby jednego zwycięstwa będzie graniczyło z cudem. Dużo łatwiejsze będą natomiast ostatnie trzy mecze listopada. 27 Jeziorowcy zagrają u siebie z Hawks, a 29 na wyjeździe z Pelicans. Miesiąc zakończą pojedynkiem z Chicago we Wietrznym Mieście. To właśnie w trakcie tych trzech meczów ekipa Luke’a Waltona powinna poszukać wygranych. Warriors i Thunder to bowiem zupełnie inny poziom niż New Orleans czy Atlanta.

Podsumowując można bez wątpienia stwierdzić, że zapowiada nam się bardzo intensywny początek sezonu. 20 spotkań w ciągu 36 dni to naprawdę sporo zważywszy na fakt, że drużyna jest dopiero w fazie budowy, a trener wprowadza swój pomysł na grę. Miejmy nadzieje, że Los Angeles Lakers szybko odnajdą się w ofensywnym i defensywnym systemie Waltona  i nie zaczną rozgrywek tak samo fatalnie jak w ostatnich dwóch latach. Potencjał Jeziorowcy mają ogromny, ale teraz potrzebny jest im czas, aby pokazać wszystkim, że potrafią także walczyć o każdą piłkę i nie boją się presji ostatnich minut gry. Wydaje się, że 10 wygranych w tych 20 spotkaniach to byłby świetny wynik, na który stać tych młodych graczy. Pytanie tylko czy rywale nie mają na ten temat odmiennego zdania.

Skomentuj