Clarkson wreszcie dostał swoją szansę

Opublikowane przez , 9 lutego 2015 w Artykuły, Zawodnicy, 1 komentarz

Jordan Clarkson od kiedy stał się członkiem pierwszej piątki Jeziorowców, notuje średnio 13.8 punktów, 2.9 zbiórek, 3.4 asysty i 1.6 przechwytów w 31.5 minut spędzanych na parkiecie. Ewidentnie wykorzystuje swoją szansę pod nieobecność Kobe’ego Bryanta i Ronniego Price’a (który pauzuje ze względu na problemy z łokciem) i stara się udowodnić wszystkim, że nadaje się do ligi NBA. Clarkson gra z dużą pewnością siebie i to pomaga mu wyróżniać się na tle obecnej ekipy złota i purpury. W przeciwieństwie do takiego Wesley’a Johnsona, uwielbia mieć piłkę w rękach i decydować o ofensywie drużyny – szczególnie w końcówkach spotkań, co pokazały przede wszystkim starcia z Bulls i Magic. Nietrafione rzuty z kolei (a w jego przypadku jest ich ponad 60%) w ogóle go nie załamują i w żaden negatywny sposób nie wpływają na jego psychikę. Wydaje się nawet, że motywują go do lepszej gry, a sam zawodnik pragnie się zrehabilitować po nieudanym zagraniu. To wszystko powoduje, że niektórzy z nas pewnie wiążą z Jordanem przyszłość tej drużyny i mają nadzieję, że za kilka lat będzie ważnym elementem układanki Lakers. I tak też zresztą powinno być.

W końcu Clarkson kosztował Mitcha Kupchaka 1.8 milionów dolarów, a to całkiem sporo jak na 46 wybór w drafcie. 22-latek pokazuje jednak, że warto było zainwestować w niego te pieniądze. Jest dokładnie taki, jak się spodziewaliśmy że będzie. Uwielbia atakować kosz (z piłką lub bez niej) i zdobywać punkty w polu trzech sekund (w 48 minut notuje ich 5.9), wymusza faule, trafia osobiste na dobrej skuteczności, a do tego wszystkiego jest atletyczny i niesamowicie szybki. Średnio porusza się po parkiecie z prędkością 7.2 kilometrów na godzinę, a w 48 minut pokonuje dystans 5.8 kilometrów, co stawia go w ścisłej czołówce. Widać, że lubi napędzać ofensywę i kontrolować tempo spotkań – tak samo zresztą jak akcje coast-to-coast, które w przyszłości mogą być jego znakiem rozpoznawczym. Obecnie jest chyba jedynym Jeziorowcem, dla którego warto zarywać kolejne noce. Jego każda kolejna udana akcja i dobry występ dają nam nadzieję na lepsze czasy dla całego zespołu.

W przypadku Clarkson, mogliśmy się jednak spodziewać, że tak właśnie będzie. Wszystkie analizy, statystyki wskazywało na to, że w Jordanie drzemie potencjał i po prostu trzeba dać mu szansę. Jednak trener Byron Scott był innego zdania i przez większość sezonu wolał dać minuty Ronniemu Price’owi, niż ogrywać pierwszoroczniaka. Dopiero kontuzja Bryanta i właściwie nieoficjalne wywieszenie białej flagi przez organizację 16 – stokrotnych mistrzów NBA spowodowało, że Scott zdecydował się zmienić swoje podejścia i przyznać większą liczbę minut oraz miejsce w pierwszej piątce byłemu zawodnikowi Missouri.

Myślę, że mamy tutaj całkiem dobrego koszykarza. Kiedy coś mu nie wychodzi, to od razu stara się to naprawić. Chce być lepszym graczem – dąży do tego każdego dnia. Jeżeli zobaczysz jego pierwszy mecz jako startera w San Antonio, a jego ostatni (akurat chodziło o starcie z Chicago Bulls 29/01), to zobaczysz duży postęp. To jest to, co chcesz widzieć w młodym rozgrywającym. Naprawdę rozwija się w dobrym kierunku i myślę, że nadal będzie to robił.

W konfrontacji z Bykami, o której mówił Byron Scott, Jordan zanotował 18 punktów (FG 6-15), 4 zbiórki, 4 asysty, 2 przechwyty, 2 bloki i 3 straty. Był to jego drugi mecz z rzędu, w którym przekroczył granicę 15 oczek. Później ta sztuka udała mu się jeszcze przeciwko Knicks i wczoraj Cavs (w spotkaniu z Magic zabrakło mu jednego punktu). Tak jak opisywaliśmy przed rozpoczęciem sezonu, jest jedynką typu shoot first, co w przypadku Lakers jest akurat bardzo pożądane. Zespołowi przyda się w przyszłości ktoś, kto potrafi wziąć sprawy w swoje ręce, nie boi się odpowiedzialności i chce być liderem na parkiecie.

Niemniej jednak, choć Jordan spisuje się w tym sezonie tak, jak można było tego oczekiwać, a do tego robi postępy, tak wciąż ma przed sobą jeszcze długą drogę do stania się naprawdę wartościowym graczem. Byron Scott, jak sam powiedział, ma nadzieję że Clarkson będzie się nadal rozwijał w takim tempie i na razie nie ma żadnych powodów, aby myśleć inaczej. Jednak rozgrywający złota i purpury powinien skupić się przede wszystkim na dwóch aspektach – skuteczności oraz podaniach.

Jordan Clarkson w rozmowie z Byronem Scottem

W przypadku tego pierwszego, już na początku artykułu napisałem, że Clarkson nie trafia ponad 60% swoich rzutów. Jego skuteczność w tym sezonie wynosi zaledwie 39.2%, na co wpływ mają nie tylko fundamenty ale także po prostu złe shot selection. Oczywiście było to do przewidzenia, dlatego nie ma obaw do paniki ale Jordan musi codziennie ciężko pracować nad tym elementem gry oraz nauczyć się atakować kosz z różnych pozycji i pod różnymi kątami. Swoją drogą Lakers kilka lat temu, gdy sięgali po mistrzostwa NBA pokazali, że potrafią pracować z zawodnikami nad ich rzutem (Trevor Ariza, Shannon Brown). Wtedy jednak jeżeli się nie mylę, jednym z trenerów był Crage Hodges – świetny shooter za czasów gry w Milwaukee Bucks, Phoenix Suns czy Chicago Bulls. Teraz przyznam szczerze, że nie wiem kto odpowiada za ten element w grze zawodników. Przypuszczam, że jest to Larry Lewis i dlatego trudno stwierdzić, czy pod jego wodzą Clarkson polepszy się pod tym względem. Tak czy inaczej przed nimi tysiące godzin spędzonych w ośrodku szkoleniowym El Segundo. Choć w tym roku możemy już nie zobaczyć poprawy skuteczności w przypadku Clarksona, tak miejmy jednak nadzieję na to, że po zbliżającym się offseasonie, zobaczymy bardziej efektywnego zawodnika, oddającego rzuty z lepszych pozycji i który ponadto będzie także w stanie lepiej absorbować kontakt oraz lepiej panować nad piłką w powietrzu.

Druga sprawa to podania. Tak jak pisałem, Jordan to rozgrywający typu shoot first. Lepiej wychodzi mu zdobywanie punktów, niż kreowanie gry i szukanie swoich partnerów. To zresztą widać w jego grze. Jego główną zaletą jest atletyczność i dlatego też stara się jak najlepiej wykorzystać ją w przedostawaniu się pod kosz i wymuszaniu fauli (średnio oddaje cztery próby z linii na mecz). To jednak nie wystarczy i urodzony w San Antonio zawodnik, dobrze o tym wie. Jego przegląd parkietu, umiejętność i szybkość podejmowania decyzji odnośnie podań muszą ulec poprawie. Clarkson jako starter rozdaje średnio 3.4 asysty na mecz. Jak na rozgrywającego to raczej słaby wynik. Jest on jednak jeszcze gorszy, gdy spojrzymy na liczbę popełnianych przez niego strat – 2.3. Jego wskaźnik relacji asyst do strat wynosi 1.5 i pozostawia wiele do życzenia. Na szczęście jednak z tym też mogliśmy się liczyć i dla nikogo nie powinno to być zaskoczeniem.

Clarkson nie boi się zadnego rywala - nawet Polish Hammera

Pod tym względem Clarksona wiele nauczyć mógłby Steve Nash, tylko że… no właśnie. Kanadyjczyk pojawia się na treningach kiedy mu się to podoba, czyli prawie nigdy. Jeden dzień nauki natomiast nie wystarczy Jordanowi do przystosowania nowych technik, zachowań itd. Tak też było przed meczem z Bulls. Nash podobno miał kilka wskazówek dla swojego młodszego kolegi z zespołu i choć ten, starał się je przystosować i ogólnie zaliczył dobry występ, tak jednak sam przyznał, że w jednej chwili nie jest w stanie wszystkiego opanować. Jordan więc musi bardziej liczyć na siebie, niż na dwukrotnego MVP tej ligi. Wysyłanie smsów, rozmowy na skype’ie itp. nie są bowiem właściwie żadną pomocą ze strony Nasha…

Najlepiej więc będzie dla 22-latka, jak sam będzie uczył się na swoich błędach. Byron musi nadal dawać mu stałe, 30+ minut w każdym meczu i wprowadzać go do gry nawet w decydujących o losach spotkania momentach. Wszystko po to, aby Jordan mógł się rozwijać. To chyba najlepszy sposób na to, aby zdobył doświadczenie, poznał nowe schematy, przekonał się o tym pod jakim kątem najlepiej podać piłkę i widział, jak zawodnicy reagują na parkiecie, a tym samym wyciągał swoje własne wnioski. A już na pewno lepszy niż podglądanie Jeremy’ego Lina czy Ronniego Price’a. W lato natomiast Clarkson będzie miał wyjątkowo dużo czasu aby popracować nad indywidualną kwestią, a więc swoim rzutem. Teraz niech po prostu się ogrywa i testuje różne rozwiązania. W obecnej sytuacji Jeziorowcy nie mają nic do stracenia, a każdy błąd ich zawodników, może bardziej im pomóc (czyt. przegrać mecz i obronić pick) niż zaszkodzić. Clarkson będzie miał swoje wzloty i upadki ale najważniejsze jest to, aby pozytywnie one wpłynęły na jego grę w przyszłości. Być może niekoniecznie już w tym sezonie ale w następnym – po tym jak będzie miał cały offseason na przeanalizowanie bieżących rozgrywek i popracowanie nad swoimi umiejętnościami.

1 komentarz

  1. Dobrze, że nie ma obaw do paniki :D

Skomentuj