Cel na nowy sezon: powrót do playoffs

Opublikowane przez , 27 października 2014 w Artykuły, Zapowiedzi, 2 komentarze

Sezon 2014/15 oficjalnie wystartuje jutro kiedy to o 1.00 Orlando Magic zagrają z New Orleans Pelicans, a Dallas Mavericks z San Antonio Spurs. Los Angeles Lakers swoje spotkanie rozpoczną dwie i pół godziny później, a do Staples Center zawita Dwight Howard i jego Houston Rockets. Będzie to pierwsze starcie ośmiokrotnego All-Stara z Kobe Bryantem, od czasu opuszczenia szeregów złota i purpury przez centra z Atlanty. Emocji i spięć więc na pewno w nim nie zabraknie. Zresztą podobnie będzie z innymi spotkaniami w nadchodzących rozgrywkach. Dla Lakers bowiem każdy mecz będzie trudny, niezależnie od tego czy będzie on odbywał się na ich własnym parkiecie, czy na wyjeździe. Niestety Jeziorowcy nie posiadają odpowiedniej ilości talentu w zespole, co prędzej czy później na pewno wyjdzie w ich grze. Jasne – odpowiednie podejście, zgranie, dobra współpraca oraz sam Kobe Bryant być może są w stanie trzymać się poziomiu 50% zwycięstw ale w końcu przyjdzie taki moment, kiedy kontuzje złapie kilku ważnych dla drużyny zawodników i cała gra nieco się posypie. Trudno spodziewać się czegoś innego, mając przecież w pamięci dwa poprzednie sezony, a także patrząc na to, co działo się w obecnym preseasonie. Czy to jednak oznacza, że Lakers powinni już na wstępie złożyć broń? Absolutnie nie.

W tym sezonie podopieczni Byrona Scotta muszą za wszelką cenę walczyć o awans do playoffs. Dlaczego? Jednym z argumentów jest to, że ich szanse na wylosowanie jednego z pierwszych pięciu wyborów w drafcie są niewielkie. Wystarczy spojrzeć na poprzedni sezon, w którym to mimo rekordowej ilości kontuzji, Lakers nie byli w stanie znaleźć się w piątce najgorszych drużyn w NBA. Nie ma więc raczej sensu modlić się o draft, szczególnie że Philadelphia 76ers na pewno będzie tankować, Milwaukee Bucks z Jabari Parkerem raczej nie zrobią aż tak dużego postępu żeby wyjść z dołku, w Sacramento Kings nadal panuje chaos i drużyna wygląda dobrze tylko na papierze, a Denver Nuggets ewidentnie nie potrafią załapać filozofii gry Briana Shawa. Nie wiadomo także jak spiszą się zawodnicy Orlando Magic, Atlanty Hawks, Minnesoty Timberwolves, czy też New Orleans Pelicans.

Drugim argumentem jest to, że Lakers muszą przekonać do siebie wolnych agentów. Nikt nie będzie chciał podpisać umowy z 16 – krotnymi mistrzami NBA, bazując tylko na tym, co wydarzyło się w przeszłości. Po ostatnim sezonie Lakers są kojarzeni raczej z przegrywaniem i jeżeli dany zawodnik (All-Star) nie będzie widział, że drużyna z Kalifornii zrobiła jakiś postęp, to prawdopodobnie nie będzie też zainteresowany grą w jej składzie. Tak też było w ostatnim offseasonie, kiedy to piękna prezentacja nie przekonała Carmelo Anthony’ego, a LeBron James ani przez moment nie myślał o złocie i purpurze na poważnie. Lakers muszą pokazać, że mają dobrą bazę graczy (Julius Randle, Jordan Clarkson, Ed Davis, Nick Young), której brakuje tylko jednego gracza z wyższej półki oraz jednego solidnego zawodnika (najlepiej broniącego dostępu do kosza).

To są dwa najważniejsze argumenty przemawiające za tym, aby Byron Scott, Kobe Bryant i reszta zawodników dawała z siebie wszystko w tym roku i próbowała udowodnić, że ekipa z L.A. to nie są przysłowiowi chłopcy do bicia. W zespole brakuje graczy, którzy byliby w stanie wziąć ciężar gry na swoje barki ale jest za to wielu zawodników, którzy uzupełniają się na parkiecie i wnoszą coś nowego do gry. Potrafią także dostosować się do stylu Black Mamby i ułatwiać mu zdobywanie punktów. Mówię tutaj oczywiście o Jordanie Hillu, Edzie Davisie, Nicku Youngu, czy Jeremy’m Linie, który jeżeli utrzyma swoją formę z ostatnich spotkań przedsezonowych, to ma szansę stać się drugim najlepszym Jeziorowcem w obecnym składzie złota i purpury. Wiele może zależeć właśnie od jego osoby – od tego jak będzie prowadził ofensywę zespołu oraz czy będzie w stanie regularnie grać na najwyższym poziomie.

W słowie drużyna/zespół nie ma "i" i Lakers muszą o tym pamiętać.

Jednak w sumie to samo można powiedzieć o każdym innym zawodniku ekipy z Miasta Aniołów. Nick Young będzie musiał każdej nocy dostarczać około 15 punktów z ławki, aby odciążyć nieco ofensywę i Kobe’ego Bryanta, zadaniem Jordana Hilla będzie aktywność nie tylko na atakowanej tablicy ale również po bronionej stronie parkietu, gdzie będzie odpowiadał za całą defensywę zespołu, Carlos Boozer będzie musiał przynajmniej regularnie brać udział w akcjach ofensywnych i dostarczać od siebie ponad 10 oczek w każdym meczu, a Wesley Johnson nie będzie mógł marnować okazji, które wykreują dla niego Lin, Bryant, czy może nawet Young. Rola Eda Davisa z kolei będzie polegała na wnoszeniu energii z ławki rezerwowych, blokowaniu rywali oraz wykańczaniu akcji pick & roll – tak jak to robił z Linem podczas preseasonu. Swoją drogą skoro jestem już przy tej dwójce, tu muszę poświęcić chwilę na pochwalenie ich wspólnej gry. Lin i Davis wyglądali bowiem od początku jakby się znali od lat. Świetnie rozumieli się przy screen & rollach, przez co Davis mógł regularnie punktować w tego typu akcjach. W spędzane 20.4 minuty na parkiecie, były gracz Grizzlies zdobywał średnio 8.6 punktów na fenomenalnej 73% skuteczności. Doskonale czytał obronę rywali, stawiał twarde zasłony oraz zawsze ścinał pod kosz, gdzie był w stanie złapać każde podanie Jeremy’ego. Lin natomiast co mecz dawał od siebie 12.4 punktów oraz 6.2 asysty, nie mając problemów ze znalezieniem swojego wysokiego kolegi z zespołu, czy też zakończeniu całej akcji w indywidualny sposób. Ta dwójka mogła spodobać się wielu fanom złota i purpury, gdyż była nie tylko efektowna ale przede wszystkim skuteczna. Jest to coś, co Byron Scott powinien wziąć pod uwagę przy układaniu rotacji.

Prawie wszyscy więc zawodnicy złota i purpury będą musieli zawsze stawać na wysokości zadania. Słabszy dzień jednego z nich może mieć negatywny wpływ na grę zespołu, a w ostateczności na wynik końcowy spotkania. Lakers muszą wygrywać jako drużyna, a każdy będzie musiał wywiązywać się ze swoich obowiązków i współpracować ze sobą po obu stronach parkietu. Nieco łatwiej od innych będą jednak mieli Julius Randle i Jordan Clarkson, gdyż oni mogą ale nie muszą (przynajmniej na razie) być filarami drugiego unitu. Każdy wie, że ci dwaj pierwszoroczniacy będą popełniali błędy w ataku i w obronie, dlatego nie ma sensu wymagać od nich równej gry przez cały sezon. W ich przypadku najważniejszy będzie stabilny i regularny rozwój przez te następne sześć, może siedem miesięcy. Tak też do ich sytuacji w zespole podchodzi Byron Scott. Nie oznacza to jednak, że będą mieli taryfę ulgową. Na treningach bowiem czeka ich bardzo ciężka przeprawa ale w spotkaniach ich błędy będą akceptowane, a przynajmniej do jakiegoś czasu. Nie zmienia to jednak faktu, że ich grę będą wszyscy śledzili z zapartym tchem i każda gorsza seria spotkań, na pewno będzie wiązała się z krytyką.

Tak jest już zresztą od preseasonu, w którym to swoją drogą Randle uczynił niezły postęp. W pierwszych trzech meczach sezonu zasadniczego zdobywał tylko 4 lub mniej punktów, natomiast w ostatnich dwóch spotkaniach, zanotował ich łącznie 29 (FG 13-22), a do tego dołożył w sumie 17 zbiórek. Z zagubionego dzieciaka, starającego się robić po prostu za dużo i niekoniecznie z głową na parkiecie, stał się bardziej dojrzałym i spokojnym graczem, pozwalającym piłce znaleźć jego osobę, a nie na odwrót. Takie podejście pomogło mu w odnalezieniu swojego miejsca na parkiecie i polepszeniu gry. Mówił o tym sam zainteresowany w wywiadach udzielonych dziennikarzom ze środowiska Jeziorowców. Jego zmianę podejścia i lepszą postawę chwalił także Byron Scott, który na początku bardzo krytykował grę Juliusa ale ostatnio przyznał, że 19 – latek powoli zaczyna rozumieć o co chodzi w tym sporcie. Z niecierpliwością czekamy więc, co pokaże w kolejnych starciach, już w sezonie zasadniczym.

Julius Randle w spotkaniu z Sacramento Kings

Jeżeli chodzi o Jordana Clarksona, to ten 22 – latek nie wziął udziału w połowie meczów preseasonu z powodu urazu łydki ale to co pokazał w tych czterech rozegranych, mogło cieszyć oko. Jordan trafił co prawda w sumie tylko 12 na 35 oddanych rzutów ale pokazał za to, że nie boi się ryzyka, nie załamują go nietrafione rzuty i że ma potencjał do stania się solidnym defensorem. Do tego w tych wszystkich starciach był bardzo agresywny oraz pewny siebie na parkiecie. Dla mnie osobiście podejście zawodnika jest jednym z najważniejszych czynników, które determinują to, czy odniesie on jakikolwiek sukces w lidze. Clarkson pokazał, że może stać się wartościowym graczem każdej drużyny, jeżeli nie przestanie ciężko trenować i przewodzić na parkiecie. Jak na razie daleko mu do rozgrywającego ale jako rzucający obrońca, spisuje się całkiem nieźle. Z czasem pewnie będzie podejmował lepsze decyzje rzutowe, a do tego nauczy się lepiej włączać do gry swoich kolegów z drużyny, a wtedy może być kluczową postacią drugiego składu.

Clarkson i Randle są więc bardzo ważni dla przyszłości organizacji złota i purpury ale w tym sezonie, na pewno nie będą mieli takiego wpływu na grę Lakers jak np. Kobe Bryant. Pięciokrotny mistrz NBA 6 października po raz pierwszy wybiegł na parkiet od 17 grudnia 2014 roku i od razu zrobił to w wielkim stylu. Bryant zgromadził tej nocy przeciwko Denver Nuggets 13 punktów i 5 asyst w niecałe 21 minut spędzone na parkiecie. We wszystkich sześciu spotkaniach natomiast zdobywał średnio 19 oczek w 27 minut, dodając od siebie przynajmniej 26 punktów w każdym z ostatnich trzech pojedynków jego drużyny. Vino pokazał więc, że nikt nie powinien się o niego martwić i jest w bardzo dobrej formie. Fakt, stracił nieco na dynamiczności, miał problem z minięciem rywala i przez to nie popisywał się wejściami pod kosz ale jego rzut, płynność ruchu i ogólna motoryka wyglądały bardzo dobrze i ten Kobe jest spokojnie dać radę zdobywać każdej nocy po 20-25 punktów. I tego zresztą będzie potrzebowała jego drużyna. Bryant jest najważniejszym elementem układanki Byrona Scotta i nie może nikogo zawieść. Tak jest przynajmniej w teorii, bo w praktyce, na pewno będą mu się zdarzały mecze, że będzie nieefektywny i będzie to się działo częściej niż do tej pory. Nie zmienia to jednak faktu, że gra będzie się w tym sezonie zaczynała i kończyła się na Bryancie, który będzie musiał również pamiętać o trzymaniu poziomu w defensywie.

Jeżeli już jesteśmy przy obronie, to ekipa z Miasta Aniołów uczyniła w niej niezły postęp przez ostatni miesiąc. Oczywiście po samych meczach przedsezonowych trudno jest powiedzieć czy jest to stały efekt, czy tylko przejściowy ale na początku (nie licząc starcia z Bryłkami) Lakers wyglądali na zagubionych i w starciach z Warriors oraz Jazz, pozwalali swoim rywalom na wszystko (średnie DRTg z tych meczów – 123.4). Od 19 października jednak zaczęli grać nieco lepiej, a ich DRTg w ostatnich starciach wyniosło 99.3 punktów na 100 posiadań (według RealGM), co świadczy o znacznej poprawie. Z takiego obrotu spraw zadowolony jest Byron Scott, który przyznał, że zawodnicy wreszcie zaczynają rozumieć czego się od nich wymaga każdego wieczoru. Jednak dopiero kilka/kilkanaście pierwszych spotkań sezonu zasadniczego zweryfikuje tak naprawdę to, jaki poziom prezentuje defensywa Jeziorowców. Na pewno ostatnio pokazała się z lepszej strony niż w ciągu pierwszych dwóch tygodni ale to za mało, aby wyciągnąć głębsze wnioski. Jak jednak wiemy, ma ona być motywem przewodnim w tym sezonie, a zespół ma być przynajmniej średni po tej stronie parkietu.

Kobe Bryant znów będzie głównym punktem Lakers

Choć defensywa jest cały czas ćwiczona przez Byrona Scotta, tak gorzej mają się sprawy z ofensywą. Średnie ORTg Jeziorowców z sezonu zasadniczego wynosi 98.08 punktów na 100 posiadań, co nie jest dobrym wynikiem. Lakers niezależnie od tego czy z Kobe Bryantem, czy bez niego, spisywali się do tej pory co najwyżej przeciętnie po tej stronie parkietu. Na papierze – schematy, które chce wdrożyć szkoleniowiec Lakers wyglądają dobrze ale nie wiadomo, kiedy zespół tak naprawdę weźmie się za ich ćwiczenie na treningach. Na razie Scott uczy tylko podstaw swoich zawodników, a to jest zdecydowanie za mało. 16 – krotnym mistrzom NBA brakuje zarówno siły pod koszem jak i na obwodzie. Poza tym nie można swoim podopiecznym kazać skupić się na jednym elemencie gry w ataku. Ofensywa powinna rozwijać się naturalnie, a gracze wykorzystywać nadarzające się okazje, zamiast ograniczać swój wachlarz rozwiązań. Pisałem już o tym przy okazji tego małego podsumowania (link) ale niestety problem nadal jest aktualny. Jeżeli Lakers chcą być skuteczni w ataku, to przeciwnik nie może wiedzieć czego się po nich spodziewać. Póki co jednak zacieśnianie środka pola przez rywali wydaje się być dobrą taktyką, gdyż Jeziorowcy mają problem z przekroczeniem granicy 100 oczek w meczu. Tak jak Byrona można pochwalić za podejście do defensywy, tak należy jednak skrytykować za jak na razie archaiczną, chaotyczną i zbyt prostą ofensywę, w której na dodatek zawodnicy nie czują się pewnie. Lakers na pewno muszą się w niej poprawić. W obecnej lidze bowiem, nie można lekceważyć wpływu ofensywy na rezultat końcowy rozgrywanych spotkań.

Oczywiście Jeziorowcy będą musieli zrobić to bez Steve’a Nasha, który jak już wszyscy dobrze wiemy – na 99% nie wystąpi w tym sezonie (link). Trudno powiedzieć, czy Nash ogłosi wkrótce zakończenie kariery, czy też jednak będzie chciał zagrać jeszcze jeden sezon w NBA, ze względu na zamiłowanie do tego sportu chęć powiększenia swojego konta bankowego. W każdym razie bardzo dobrze, że Kanadyjczyk wypadł z gry już na tym etapie i nie będzie nikogo zwodził możliwością powrotu. W zeszłym sezonie bowiem wszyscy w zespole czekali na to, aż wróci do składu Lakers i ułatwi im grę w ataku. Kiedy drużynie nie szło w grudniu i styczniu, to on miał być małą odpowiedzią na ich problemy. A przynajmniej Mike D’Antoni, jego sztab szkoleniowy i zawodnicy chcieli w to wierzyć. Wiemy jednak jak wyglądała cała sytuacja – Nash jeżeli się już pojawił na parkiecie, to tylko na moment, po czym ponownie znikał i nikt nie wiedział co się z nim dzieje. Teraz na szczęścia wszystko jest jasne, a Lakers będą mogli złożyć wniosek o Disabled Player Exception (i raczej to zrobią). Wątpię bowiem aby Mitch Kupchak chciał się całkowicie pozbyć jego kontraktu z puli płac. Po pierwsze dlatego, że chce pokazać wszystkim zawodnikom w NBA, że w Los Angeles traktuje się ich z szacunkiem, a po drugie po prostu ten ruch nie miałby już w tym momencie za bardzo sensu. Na rynku wolnych agentów nie ma obecnie wartościowych graczy i tak naprawdę na chwilę obecną Lakers nie potrzebują dodatkowego zastrzyku gotówki. Z tych powodów Nash prawdopodobnie do końca sezonu będzie członkiem ekipy z Miasta Aniołów, w której to być może przybierze rolę asystenta Byrona Scotta, co jest pomysłem samego szkoleniowca.

Niezależnie jednak od tego czy tak się stanie, przed Los Angeles Lakers kolejny trudny sezon. Na pewno czeka nas wiele wzlotów i upadków tej drużyny ale miejmy nadzieję, że ostatecznie uda jej się wykonać mały krok do przodu. Trzeba jednak zdać sobie sprawę z tego, że Jeziorowcom na wszystko potrzebny jest czas (którego niestety nie mają za dużo). Za nimi dopiero jeden miesiąc wspólnej gry, a do tego przecież nie wszyscy z powodu kontuzji, mogli się dobrze poznać. Procesu zgrywania się, tworzenia chemii w zespole itd. nie da się przyspieszyć i każdy musi to zaakceptować. Lakers na pewno są w stanie wskoczyć na wyższy poziom gry ale nie wiadomo kiedy to nastąpi. I to jest chyba największe zmartwienie Byrona Scotta oraz wszystkich fanów złota i purpury. Gdyby bowiem Jeziorowcy mieli więcej talentu w drużynie, to dzięki niemu raczej byliby w stanie wygrać kilka spotkań na początku sezonu i tym samym przez cały czas liczyć się w walce o playoffs. W obecnej sytuacji jednak nie mają go zbyt wiele, a taktycznie ekipa z Kalifornii nie jest jeszcze tak dobrze przygotowana, aby pewnie przystępować do kolejnych meczów. Do tego brakuje jej pewnej drugiej opcji, na którą każdy mógłby liczyć w przypadku gorszego dnia Bryanta. Mimo to Jeziorowcy od samego początku nie mogą sobie pozwolić na zbyt wiele porażek, gdyż na Zachodzie szybko mogą odpaść z rywalizacji o ósme miejsce w konferencji. Co więc zrobią aby liczyć się w tej walce? Czy Kobe Bryant będzie starł się zdobywać po ponad 30 punktów w każdym spotkaniu, tak jak to miało miejsce w sezonach 2005/06 i 2006/07? Tego nie wiem ale na pewno Scott musi znaleźć jakąś chwilową alternatywę, która pozwoli im trzymać się blisko swoich rywali. To wszystko brzmi nieco absurdalnie ale niestety taka jest rzeczywistość. Mimo wielu kłód pod nogami, przeszkód i trudności losu, Lakers muszą walczyć o swoją godność, honor i premiujące awansem do playoffs ósme miejsce.

2 komentarze

  1. Wewnetrzny kibic mowi mi ze powalczymy o playoffs, ale niestety wydaje mi sie ze zostanie ztlamszony bardzo szybko w tym sezonie przez realia. Bez talentu nie wygrywa sie z NBA nawet z najlepsza chemia w druzynie i taktyka. W tym momencie nie posiadamy nawet pewnej drugiej opcji w ataku. Wydaje mi sie ze aby powalczyc w tym sezonie o playoff Randle i Clarkson musza odrazu stac sie przynajmniej filarami drugiego unitu. Oczywiscie brzmi to dosc nierealistycznie i prawdopodbnie wymaganie tego od dwoch rookie jest stawianiem im poprzeczki zbyt wysoko, ale w tym przypadku wydaje mi sie to byc nasza jedyna nadzieja. Tak jak jest to wspomniane w artykule tylko pick w top 5 gwarantuje ze mozemy wybrac zawodnika, w kazdym innym przypadku idzie on do Phoenix, takze musze sie zgodzic ze budowanie przez draft nie wchodzi raczej w gre, szczegolnie ze nastepne picki sa chronione tylko w top 3. Ciezko mi stwierdzic cokolwiek zanim zacznie sie sezon ale wydaje mi sie ze nawet w przypadku malej liczby kontuzji (na co sie nie zapowiada) i z Bryantem moga skonczyc z gorszym bilansem niz w poprzednim sezonie. Idac tym tokiem myslenia wolni agenci w nastepnym sezonie przyjda do Lakers raczej z powodu klimatu panujacego w Kaliforni i pieniedzy ktore dzialacze wyloza na kontrakt. Mam tylko taka szczera nadzieje ze po pierwszej polowie sezonu ten komentarz bedzie mozna swobodnie obsmiac za to ze sie mylilem w kazdym zdaniu. Czekam na jutrzejszy mecz z niecierpliwoscia.

  2. Ja obawiam się, ze tak do połowy sezonu możemy mieć nie najgorszy bilans i będą nadzieje na Play Off. Natomiast w późniejszej części zanotujemy zjazd i będzie po picku i po PO. Coś podobnego jak zeszły sezon. Osobiście nie miałbym nic na przeciw porządnemu(a nawet jestem jak najbardziej za) przytankowaniu po np. Okafora, Townsa czy Mudiaya. Taki prospekt w parze z Juliusem, to by było coś, czym moglibyśmy już kusić FA w 2016r. Szkoda, że pick jest zastrzeżony, bo przykładowo z 8 pickiem można by starować po Willie Cauley Steina, czyli znajomego Juliusa z Kentucky. I mielibyśmy defensywnego C w promocji. A tak to pozostaje nam walka o jak najlepsze miejsce i przekonanie FA w przyszłe lato, żeby do nas przyszli(M. Gasol?). Zobaczymy co tam chłopakom z tego wyjdzie.

Skomentuj