Bryantowi przyda się odpoczynek… i to bardzo

Opublikowane przez , 27 grudnia 2014 w Artykuły, Zawodnicy, 0 komentarzy

Wszystkim nam pewnie było żal, że nie mogliśmy zobaczyć Kobe’ego Bryanta na święta, szczególnie że Lakers grali z Bulls – nową drużyną Pau Gasola, który przez ponad sześć lat reprezentował barwy Jeziorowców. Black Mamba już po raz drugi z rzędu opuścił Gwiazdkę ale tym razem nie ze względu na kontuzję ale konieczność zregenerowania sił. Trudno go za to winić, tak samo zresztą jak Byrona Scotta. Bryant ewidentnie potrzebuje odpoczynku. Zresztą potrzebował go już nawet w listopadzie, bo od tego miesiąca jego liczby zaczęły spadać w dół. A właściwie jedna, najważniejsza – skuteczność. Kobe od jakiegoś czasu nie jest sobą. Co prawda nigdy nie był jednym z bardziej efektywnych zawodników w NBA ale w tym sezonie, gra poniżej wszelkich oczekiwań. Z miesiąca na miesiąc trafia coraz mniej rzutów, a do tego najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie przestaje oddawać kolejnych prób, a nawet zwiększa ich liczbę. To nie pomaga całej sytuacji, a wręcz przeciwnie – pogarsza ją.

W październiku w trzech rozegranych spotkaniach, Kobe rzucał średnio na 40.4% skuteczności, w tym 30% zza łuku. W listopadzie, jego procent z gry spadł do 39 (27.7% z dystansu), natomiast w grudniu do… 33.5% (26.4%). Bryant właściwie osiągnął już dno. Tak nie może grać lider zespołu i tak nie można wygrywać kolejnych spotkań. To i tak cud, że Jeziorowcom udało się wygrać cztery z tych 10 rozegranych meczów, w których Vino brał udział. Te zwycięstwa jednak nie przyszły łatwo. Jeżeli chodzi natomiast o porażki, to Lakers prawie we wszystkich tych sześciu starciach zostawali zmiażdżeni przez rywala, a przegrana z Sacramento Kings musiała szczególnie zaboleć graczy oraz cały sztab szkoleniowy. W końcu Bryant trafił wtedy tylko 8 na 30 oddanych rzutów i przegrał prawie wygrany mecz. Tak nie mogła wyglądać jego gra i gra złota i purpury w kolejnych meczach. Ale czy obecna przerwa na pewno wystarczy Bryantowi?

Wszyscy się pewnie zgadzamy co do tego, że jest ona potrzebna Black Mambie. Zresztą przyznał to nawet sam Kobe, który stwierdził, że czuje się obolały, nie ma już sił w nogach i po prostu jego organizm nie jest w stanie grać na tym samym poziomie przez 82 mecze w sezonie. W sumie chyba wszyscy się z tym liczyliśmy, kiedy rozpoczynały się rozgrywki 2014/15. Pewnie jednak nie spodziewaliśmy się tego, że Bryant może grać aż tak źle i bardziej szkodzić swojej drużynie, niż jej pomagać. Niestety ale jednak taka jest prawda i prawie wszystkie statystyki o tym mówią. Z Kobe’em na parkiecie, Lakers zdobywają o 4.3 punkty mniej niż bez niego, a tracą o 16.2 więcej. To są ogromne różnice, działające na niekorzyść pięciokrotnego mistrza NBA. Jeziorowcy na papierze radzą sobie lepiej bez Vino, niż z nim ale czy to aby na pewno oznacza, że są oni lepsi bez niego? Nie, takich wniosków nie można wysnuwać na podstawie tych danych.

To, że statystyki nie przemawiają na korzyść MVP z sezonu 2007/08 nie oznacza, że tylko i wyłącznie on jest odpowiedzialny za niepowodzenia zespołu. Zawodnicy bowiem często gdy z nim grają, to za bardzo się rozluźniają i nie uczestniczą w akcjach. Nie ścinają pod kosz, nie stawiają zasłon dla graczy bez piłki i nie generują „sztucznego zamieszania”. Oczywiście nie chcę usprawiedliwiać Kobe’ego ale nie tylko on „zatrzymuje płynność ofensywy”. Chociaż na pewno najbardziej się do tego przyczynia, szczególnie że 36.5% akcji jest grane typowo pod niego i są to głównie izolacje w okolicach elbow/high post, które kończą się rzutami z półdystansu. Rzutami, które nie znajdują drogi do kosza. Co prawda Byron Scott powinien zacząć „naprawę drużyny” od swojego lidera ale gra jego pozostałych podopiecznych, również powinna zostać zweryfikowana.

Kobe Bryant jest coraz bardziej zmęczony i przez to coraz mniej efektywny

Co więc Bryant i Scott mogą zrobić, aby Kobe był bardziej produktywny? Naprawdę wiele. Po pierwsze Black Mamba powinien na stałe zostać przesunięty na pozycję niskiego skrzydłowego. Jest on bowiem za wolny żeby bronić przeciwko szybszym i zwinniejszym obrońcom rywali. W ataku natomiast, jest wystarczająco silny aby zmagać się z większymi od siebie rywalami. Takie rozwiązanie pozwoliłoby mu grać bliżej kosza i to po obu stronach parkietu – w ofensywie oraz w defensywie, gdzie czułby się dużo pewniej niż na obwodzie. Szkoda tylko, że trener Jeziorowców prawdopodobnie nie zastosuje takiego rozwiązania, gdyż jest fanem oldschoolowej koszykówki i uważa, że wzrost ma bardzo ważne znaczenie na parkiecie. Na pewno więc jego zdaniem, przez Bryanta na trójce, Lakers byliby za niscy i prawdopodobnie o tym rozwiązaniu powinniśmy zapomnieć.

Druga sprawa to ograniczenie minut Bryantowi i zakazanie mu występowania w meczach back-to-back. Obecnie Kobe notuje średnio 35.4 minuty na mecz. To całkiem sporo jak na 36 – latka, który gra właśnie swój 19 sezon w NBA i który na dodatek wraca po dwóch ciężkich kontuzjach i który w poprzednim sezonie wystąpił tylko w sześciu meczach. Gdyby Bryant grał średnio te 3 minuty mniej w każdym starciu, to w całym sezonie rozegrałby o 246 minut mniej, niż przy średniej 35.4. To aż siedem spotkań mniej, dzięki którym być może jego efektywność byłaby większa i stabilniejsza. Kobe, który gra jak najwięcej minut, a do tego oddaje jak najwięcej rzutów, nie pomaga nikomu.

Trzecia rzecz to zła selekcja rzutowa Mamby. Kobe oddaje aż 30.1% rzutów z odległości od 4.85 do 7.24 metrów, a trafia ich tylko 40.7%. Z kolei od 3 do 4.85 metrów, oddaje 18.2% rzutów, a trafia zaledwie 30%, co jest jego najgorszym wynikiem w karierze. Również z bliskich odległości Kobe ma problem ze skutecznością, i to zarówno w odległości od 0 do 1 metra i od 1 do 3 metrów (w obu kategoriach trafia na najniższym procencie w karierze). Nie ma więc tutaj do końca reguły. Tzn. Mamba oddaje po prostu złe rzuty, a do tego nogi odmawiają mu posłuszeństwa (nie są wystarczająco silne), żeby takowe trafiać. Dwukrotny MVP Finałów powinien więc prześledzić swoją grę i oddawać rzuty z miejsc, w których czuje się najbardziej komfortowo.

Bryant podczas mijania obrońcy New Orleans Pelicans w Staples Center

Ostatnia kwestia to zmiana stylu gry Kobe’ego. Scott wcześniej mówił, że nikt nie powinien być zdziwiony, jeżeli zobaczy pięciokrotnego mistrza NBA na pozycji rozgrywającego. Do tej pory jednak nie mieliśmy przyjemności oglądać takiego rozwiązania. Bryant swoje posiadania zamienia głównie na rzuty (średnio 22.4 na mecz), a nie na szukanie swoich partnerów. A szkoda, bo w ten sposób i on oszczędzałby siły i być może jego koledzy z drużyny czuliby się lepiej z nim na parkiecie i byli bardziej przydatni. Szczególnie Jeremy Lin, czy Nick Young, który w obecnej sytuacji, powinien wziąć na siebie więcej obowiązków „starego” Bryanta, czyli skupić się na zdobywaniu punktów. Kobe natomiast powinien znaleźć w tym wszystkim złoty środek i za każdym razem starać się włączyć do gry również swoich partnerów. Wtedy ofensywa Lakers jest lepiej zbilansowana, a zawodnicy mają dla siebie więcej miejsca na parkiecie. Tylko czy Kobe jest w stanie zaakceptować taką rolę? Trudno mi w to uwierzyć.

Podsumowując osobiście uważam, że sam odpoczynek Bryantowi nie wystarczy. Żeby sytuacja nie powtórzyła się w przyszłości, to Scott i Kobe muszą zastosować nowe rozwiązania. Czy jest to jednak możliwe? Być może na niektóre rzeczy trener złota i purpury się zdecyduje i uda mu się dogadać z Kobe’em. O innych jednak pewnie Black Mamba nawet nie chce słyszeć. Trudno więc powiedzieć jak to będzie wyglądało w przyszłości. Na pewno jednak dawanie Bryantowi co jakiś czas tydzień na odpoczynek, nie wystarczy – nie podniesie jego skuteczności

Skomentuj