60 punktów na zakończenie wspaniałej kariery

Opublikowane przez , 14 kwietnia 2016 w Artykuły, Zawodnicy, 2 komentarze

Nie było mowy, żeby Kobe Bryant tak po prostu przeszedł na emeryturę. W swoim ostatnim meczu lider Los Angeles Lakers musiał zrobić coś wyjątkowego, co fani NBA mogliby zapamiętać na zawsze. I tym czymś było zdobycie 60 punktów (najwięcej w bieżącym sezonie wśród wszystkich graczy), wykonanie niesamowitego comebacku w czwartej kwarcie (praktycznie w pojedynkę) oraz trafienie pięciu ostatnich rzutów z gry, w tym tego najważniejszego – na 31.6 sekund do końca. Warto jednak pamiętać, że początek wcale nie był taki udany dla 20-letniego weterana. Przestrzelił on swoje pierwsze pięć prób, gdyż jak sam przyznał… był lekko zdenerwowany i czuł atmosferę oraz napięcie panujące w Staples Center. Ale to nie zraziło Black Mamby do dalszych starań, który nie przestawał wierzyć i właściwie z każdą minutą coraz bardziej się rozkręcał.

Pięciokrotny mistrz NBA trafił swoje kolejne pięć rzutów i gospodarze powoli wracali na właściwie tory. Niestety nie trwało to długo, bowiem w drugiej kwarcie, jego skuteczność wyniosła już tylko 29%, a gospodarze przegrywali po 24 minutach gry 42-57. To jednak nie był koniec, a prowadzeni przez Vino Lakers zmniejszyli straty do dziewięciu oczek w kolejnej odsłonie. Sam Bryant zaczął wyglądać dokładnie tak, jak za dawnych lat, a mecz ten mógł przypominać jeden z tych, które często rozgrywał w sezonie 2005/06. Kobe co chwilę był przy piłce i oddawał rzut. Te na dystansie za bardzo mu nie siedziały (3FG 6-21) ale na półdystansie i pod koszem spisywał się znakomicie (FG 16-29). Najważniejsza była jednak wspomniana końcówka. Black Mamba zdobył w ostatniej ćwiartce aż 23 oczka. Samodzielnie wykonał run 13-0, trafił wszystkie arcyważne rzuty, bez których Lakers na pewno by nie wygrali. A dzięki dwóm osobistym, po raz szósty w karierze i po raz pierwszy od starcia z New York Knicks 2 lutego 2009 roku, przekroczył barierę 60 oczek. Był po prostu perfekcyjny, tak jak za dawnych lat. To był Vintage Kobe.

Po tym jak jego Lakers wygrali swój 17 mecz w rozgrywkach 2015/16, Kobe miał okazję przybić piątki z niektórymi z jego byłych kolegów z drużyny oraz oczywiście wygłosił krótkie przemówienie, które zakończył słowami: Mamba Out. Wtedy też posypały się konfetti, w górę uniosły się balony, a w szatni 14 graczy oblało Bryanta szampanem. Może nie smakował on tak dobrze jak ten, którym się oblewają zawodnicy po zdobyciu mistrzostwa, ale na pewno pozwolił Najbardziej Wartościowemu Graczowi z 2008 roku poczuć się wyjątkowo.

Prawdę mówiąc, nie mogę uwierzyć, że to naprawdę się wydarzyło. To szalone. Ostatni mecz przed własną publicznością i to wszystko się tak potoczyło… Nadal jestem w szoku.

Poza zdobyciem mistrzostwa, Kobe Bryant nie mógł wymarzyć sobie lepszego zakończenia kariery

Fani, którzy wydali fortunę na te spotkanie na pewno nie mieli czego żałować. Każdy czuł, że jest to specjalny występ i to nawet wtedy, kiedy Jazz prowadzili 15-stoma oczkami. Nawet celebryci, którzy zazwyczaj spokojnie siedzą na ławkach i przyglądają się wydarzeniom na parkiecie zajadając popcorn, tym razem dopingowali, klaskali i byli niesamowicie aktywni. Na widowni oprócz tradycyjnie Jacka Nicholsona, mogliśmy też widzieć m.in. raperów – Jay Z, Kanye Westa, czy też Snoop Dogga. Zresztą koledzy z zespołu Bryanta chyba również cieszyli się z tego widowiska i to pomimo tego, że ich rola w ataku głównie ograniczała się do podawania piłki i stawiania zasłon.

Nie wiem co mam teraz zrobić z moimi rękoma. To było po prostu szalone! Nie wiem nawet jak się mam zachować! On po prostu trafiał wszystko – powiedział Jordan Clarkson.

Po spędzeniu 42 minut na parkiecie, Kobe był bardzo zmęczony. I miał do tego prawo. W końcu włożył w te spotkanie całą swoją energię. Nie potrafił tego ani na moment ukryć ale mimo wszystko znalazł czas aby podziękować wszystkim zgromadzonym w Staples Center, porozmawiać z dawnymi kolegami i być dostępny dla mediów przez ponad 20 minut. Oczywiście nie zapomniał również o swojej rodzinie, z którą zamienił kilka słów pod koniec meczu. Najlepsza w tym momencie była chyba reakcja jego córki:

– Wooow, tato! – Tak, robiłem to kiedyś bardzo często. – Naprawdę? – No pewnie, weź zobacz sobie na YouTubie!

W tym momencie nurtuje mnie tylko jedno pytanie – ciekawe czy Bryant byłby w stanie częściej zapewniać fanom takie widowisko, gdyby nie zerwane ścięgno Achillesa w 2013 roku. Niestety co do tego, możemy już tylko gdybać. Jedno jest pewne – Kobe odchodzi z NBA m.in. jako pięciokrotny mistrz ligi, MVP z 2008 roku oraz trzeci najlepszy strzelec w historii. Za jego pasję do gry, waleczność, profesjonalizm i ogólnie – wspaniałą karierę, podziękowali mu nie tylko legendarni i obecni zawodnicy National Basketball Association, aktorzy i muzycy ale przede wszystkim my – zwykli fani, kibicujący mu i Lakers na każdym kroku, cieszący się z każdego zwycięstwa i fantastycznego występu Mamby, a także będący z drużyną po każdej porażce. To właśnie dla tych ludzi Bryant grał przez te 20 lat i to właśnie im chciał każdego wieczoru, pokazać się z jak najlepszej strony. Taki właśnie był i zapewne też taki na zawsze pozostanie w naszych sercach.

Kobe.

2 komentarze

  1. Najpierw o dziwnym uczuciu które towarzyszy mi od chwili, od której wiadomo że Bryanta już na boisku nie zobaczymy. Dziwnym bo jest ulga?! Nie będziemy musieli patrzeć na to, co Kobe prezentował przez zdecydowanie większą (pewnie jakieś 90 % czasu spędzonego na parkiecie) część sezonu 2015-16. Ulga, bo Kobe po prostu nie zasłużył na to, żeby być obiektem drwin i szyderstw ze strony hejterów. Hejterów bo tylko hejter może nie doceniać tego, co Kobe Bryant zrobił dla koszykówki na przestrzeni całej swojej kariery. Było mi zwyczajnie przykro widząc to co Kobe momentami prezentował w swoim ostatnim sezonie. Kobe zdecydowanie nie powinien kończyć kariery w ten sposób. Jako ”główna atrakcja” żenująco słabych Lakers. To całe jego pożegnanie z NBA to jeden wielki cyrk. Moim zdaniem nie tak powinien wyglądać ostatni sezon w wykonaniu jednego z najwybitniejszych graczy (nie zamierzam się tu bezsensownie licytować czy był 2, 3, 5, 7, czy jednak 13 w hierarchii) w historii koszykówki. Oczywiście miał jakieś przebłyski geniuszu i zagrania jakich nie jest w stanie powtórzyć żaden inny śmiertelnik, ale nie zmienia to faktu, że to całe „Bryant tournee” odbieram jako jeden wielki cyrk. I mojej opinii na ten temat nie zmieni nawet ten zakończony kilkanascie godzin temu mecz. Mecz w którym Kobe po raz kolejny pokazał swój geniusz, zadziwił i zachwycił koszykarski świat. I z drugiej strony uruchomił kolejna falę jadu i hejtu.

    Miałem ogromne szczęście że mogłem obserwować Bryanta od początku jego kariery w NBA. Dwadzieścia lat?! Niesamowicie szybko ten czas leci… Mecz Gwiazd 1998 i ten bezczelnie wręcz pewny siebie, ale piekielnie utalentowany gówniarz rzucający wyzwanie samemu Jordanowi. Tak go zapamiętałem z tamtego meczu. Zarwanych nocy i niezapomnianych dzięki Bryantowi momentów było bez liku. Niechronologicznie – finały z 2000 i pierwsze mistrzostwo Kobe i Shaqa, następnie 2001 i mecze Lakers vs Iverson, 81 punktów vs Toronto, seria czterech meczów z ilością co najmniej sześćdziesięciu punktów, pierwsze mistrzostwo bez O’Neala, wspaniała siedmiomeczowa seria z Boston Celtics, indywidualne pojedynki ze wspomnianym Iversonem, Carterem, McGradym, fenomenalne, genialne, niepowtarzalne i nieosiągalne dla nikogo zagrania których zaprezentował nam tysiące.

    W mojej opinii Kobe mógł osiągnąć jeszcze więcej. Do dnia dzisiejszego nie mogę zrozumieć dlaczego nie potrafili po ludzku dogadać się z O’Nealem. Mogli spokojnie rządzić wspólnie ligą jeszcze przez wiele długich lat. Zresztą nie warto już tego roztrząsać. Po co? Zarówno wspólnie, jak i później każdy z osobna napisali wspaniałą historię.

    Kobe Bryant był graczem wobec którego nie można było być obojętnym. Budził skrajne emocje. Jedni go uwielbiali i widzieli w nim niemal boga, inni nienawidzili ale jednocześnie doceniali sportową klasę i umiejętności, aż po skrajnych hejterów dla których Kobe był winny całemu złu tego świata, a graczem po prostu był jednym z wielu, średnim (bo i takimi abstrakcyjnymi opiniami często się spotykaliśmy). Tych ostatnich było zaskakująco wręcz dużo. Oczywistym jest że każdy ma prawo do swoich opinii, sympatii i antypatii. Kobe Bryant być może (bo wiemy to tylko z wywiadów, artykułów itd., zresztą niejednokrotnie stojących w stosunku do siebie w absolutnej sprzeczności) jest człowiekiem z którym wyjątkowo trudno jest znaleźć nić porozumienia, skrajny indywidualista, a na boisku często do bólu irytujący, forsujący ekstremalne rzuty podczas gdy aż się prosiło oddać piłkę do lepiej ustawionego kolegi itd. I takich sytuacji też pamiętam wiele. Tak jak byłem strasznie poirytowany tą właśnie kończącą się dwuletnią umową Kobe, która uniemożliwiła Lakers zatrudnienie lepszych graczy i zapewnienie mu odpowiedniego wsparcia. W głównej mierze dlatego muszę teraz patrzeć na tabelę i widzieć Lakers na miejscu, na którym być po prostu nie mają prawa! Zatem zdecydowanie nie zaliczyłbym siebie do grupy zaślepionych fanatyków Bryanta. Bo było bardzo wiele rzeczy, które piekielnie mnie w nim irytowały. Ale tylko ignorant i ktoś nie mający pojęcia o tej grze włoży Bryanta gdzieś między wielu średnich, dobrych, nawet bardzo dobrych koszykarzy. Bardzo dobry gracz nie będzie miał w karierze meczu, w którym zachwyci cały koszykarski świat rzucając 80 punktów, nie będzie miał serii ”4×50+”, o bardzo dobrym graczu najlepsi defensorzy ligi nie mówią, że jest najtrudniejszy do upilnowania i że nienawidzą przeciwko niemu grać, nie wypowiadają się o nim tak najlepsi trenerzy NBA, nie każdy bardzo dobry gracz przeciwko wszystkim aktualnym teamom w NBA ma mecze z liczbą co najmniej 40 punktów itd. Wreszcie bardzo dobry gracz odchodząc na sportową emeryturę nie dostaje owacji na stojąco gdziekolwiek się pojawi przy okazji pożegnalnego meczu. Bo o ile to całe wspomniane ”Bryant tournee” to jakiś zupełnie sztuczny twór i jedna wielka niepotrzebna szopka, to już reakcją publiczności ciężko przypisać przymiotnik wyreżyserowana. I czy bardzo dobry gracz rzuci w swoim ostatnim meczu 60 punktów…. Dlatego nie ośmieszajmy się tekstami o ”przeciętności” Kobe. Można twierdzić, że w odróżnieniu od Jordana czy LeBrona nie sprawiał, że jego partnerzy stawali się lepsi. Czyżby? Bryant zawsze dawał z siebie maxa. Zawsze nie 100, ale 120 %. I tego samego wymagał od kolegów z teamu. Na treningach, meczach, zawsze maksymalne zaangażowanie. Jeśli ktoś tego nie potrafił szanse na osiągniecie kompromisu z Kobe rzeczywiście były zerowe. I już samo to powodowało, że gracze dzięki Kobe stawali się lepsi, bardziej zaangażowani.

    Nie twierdzę, że wszyscy musimy Bryanta wielbić. Ale wszyscy powinniśmy szanować go za to, jakim był zawodnikiem. Bo mieliśmy niewątpliwe szczęście mogąc śledzić jego niezwykłą, koszykarską karierę, być świadkami tej wspaniałej historii.

    Nie ulega wątpliwości, że karierę skończył koszykarski geniusz, gracz unikatowy, niepowtarzalny, pod względem umiejętności indywidualnych bijący wszystkich (tak Curry’ego również, i to w sposób póki co zdecydowany) graczy obecnie biegających po parkietach NBA. Wielu takich nie widzieliśmy i pewnie nie zobaczymy. Gracz który pod względem etyki pracy, zaangażowania, ambicji, dążenia do perfekcji i wyznaczonego celu może (powinien) stanowić wzór dla wszystkich uprawiających sport, nie tylko koszykówkę. I co do jednego jestem absolutnie pewny. Wszystkim nam będzie go bardzo brakować. Tym którzy go nienawidzą tak samo mocno jak jego fanom, ponieważ skończy się ich ”paliwo” do wypisywania tych wszystkich absurdalnych tekstów o nim.

    Nie mogę też nie odnieść się do historycznego wyczynu GSW. Wielkie gratulację dla Curry’ego i jego kolegów za dokonanie czegoś, co jeszcze do niedawna wydawało się wręcz nierealnym i niemożliwym do wykonania. I życzę im obrony mistrzowskiego tytułu, bo zasługują na to jak nikt inny. A ich ew. seria z San Antonio Spurs będzie prawdziwym, aczkolwiek przedwczesnym finałem NBA, oraz wielką koszykarską ucztą.

    A Lakers? Kończy się pewna epoka. Ale i coś się przecież zaczyna. Mamy prawo i podstawy do patrzenia w przyszłość ze sporym optymizmem. Są D’Angelo Russell, Julius Randle, Jordan Clarkson , będzie Ingram (albo przy wielkim szczęściu Simmons) plus bardzo dużo pieniędzy, co daje gwarancję, a przynajmniej ogromne i w pełni uzasadnione nadzieję, że LAL w niedalekiej przyszłości wrócą do grona teamów walczących o mistrzowskie pierścienie.

    Cóż, wielkie dzięki Kobe. Za to czego dokonałeś kilkadziesiąt godzin temu. I za te wszystkie lata. To był dla mnie zaszczyt.

Skomentuj